8.13.2018

Rola rodziców w wychowaniu dziecka - czy zachowaniu Fincha można było zapobiec? Czyli o najnowszej powieści pióra Emily Giffin "Wszystko, czego pragnęliśmy"



Autor: Emily Giffin
W oryginale: All we ever wanted
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 360
Tłumaczenie: Martyna Tomczak
Rok wydania: 2018

"Och, kochanie (...) to wszystko twoja zasługa... Jestem z ciebie taka dumna".

Dziś nie będzie typowej i zwyczajnej recenzji w moim wydaniu. Choć każda jest w pewien sposób unikalna i wiele o mnie mówi; dziś chciałabym skupić się na powyższej książce formą drobnego artykułu, felietonu, wolnej wypowiedzi. Emily Giffin nie jest mi obcą pisarką; przeczytałam kilka jej książek i spokojnie mogę powiedzieć, iż łączy je jedno: lekkość pióra, codzienna obyczajowość i prawdopodobieństwo historii (mogła/może się przydarzyć każdemu z nas!), trzeźwa ocena sytuacji, nieoczywistość postaci i podejmowanych przez nie decyzji, możliwość utożsamienia się z nimi, oraz finał, który być może nie zawsze jest przewidywalny, ale jest właściwy. A o to chodzi w tego typu powieściach. Dziś chciałabym się skupić na najnowszej powieści pani Giffin "Wszystko, czego pragnęliśmy" pod kątem jednego z problemów społecznych, bardzo aktualnego w dzisiejszym świecie.

Nina ma to, czego pragnie (przynajmniej tak może się wydawać) każda kobieta. Zamożnego męża, nastoletniego zdolnego syna Fincha (właśnie dostał się na Princeton!), cudowny dom, ubrania od najlepszych projektantów. Pozory jednak mogą bardzo mylić; kobiecie brakuje bowiem zainteresowania ze strony małżonka, który przebywa ciągle w rozjazdach, ciepła, którego miała aż nadto w domu rodzinnym, przyjaciółki, której mogłaby się zwierzyć z każdego problemu, bez obaw o ocenę swojego postępowania i fali krytyki powodowanej zazdrością o detale z życia. W świecie materialnym liczy się to, na ile sobie możesz pozwolić, jakiej klasy luksus staje się twoim udziałem, uroda, na którą zasługujesz lub wręcz przeciwnie, a także ilość imprez w stylu glamour, które zaszczycisz swoją obecnością. Nina dobrze czuje się w świecie, który zdobyła poprzez małżeństwo z Kirkiem, jednak coraz dosadniej zaczyna odczuwać efekty fałszywości pieniędzy, które przecież szczęścia nie dają. 

Tom to samotny ojciec; wychowuje córkę Lylę. Na życie zarabia zawodem stolarza, stara się z całych sił, by zapewnić odpowiedni byt swojemu dziecku. Jest dumny z Lyli, która dzięki uzyskanemu stypendium dostaje się do elitarnej szkoły Winsdor. Po burzliwym związku z Beatriz, którego owocem jest ukochana córka, Tom twardo stąpa po ziemi, pragnąc ochronić to, co dla niego jest najważniejsze. Gdy Lyla staje się ofiarą okrutnego żartu Fincha, Tom zrobi WSZYSTKO, by winowajca poniósł odpowiednią karę. Niespodziewanie sojusznika znajduje w osobie... Niny, która również pragnie dla syna tego, czego nigdy nie doświadczył. Powzięcia odpowiedzialności za swoje czyny. Bo do tej pory miarą jego moralności były odpowiednie kwoty pieniężne. Sprawy niespodziewanie się komplikują, a Nina zaczyna się zastanawiać, w którym momencie popełniła błąd.

Problemem poruszanym w powieści jest ogromny wpływ mediów społecznościowych na dzisiejszą młodzież. W zalewie Facebooka, Instagrama, Twittera, Snapchata i im podobnych nietrudno zatracić swoją tożsamość, osobowość, realność; niejednokrotnie ludzie ukazują w Internecie świat, w którym pragnęliby się znaleźć, chwalą się tym, do czego udało się im dojść, oraz kreują swoją rzeczywistość w najbardziej (pozornie) komfortowy dla siebie sposób. Krzyk "Popatrz na mnie!", "Zobacz, kim jestem!", "Udało mi się!" - to prośba o zwrócenie na siebie uwagi, jej motywy bywają różne, być może czasem chodzi o coś innego, ale nie na tym chcę się skupić. Sama nie stronię od mediów społecznościowych, lubię wiedzieć, co dzieje się u moich znajomych oraz u ludzi, których bardzo szanuję i podziwiam. Cudownie, że znajdują czas, by dzielić się sobą, swoimi doświadczeniami, przeżyciami w Internecie, gdzie kontakt bywa błyskawiczny. Pomimo ogromu plusów, jakie niosą z sobą strony społecznościowe (grupy ze studiów, kontakt ze znajomymi, konkursy, akcje, itp.), są też one czarną dziurą, jeśli chodzi o kontrolę tego, co się znajduje w Internecie. Przykładem jest Finch, który wysyła do znajomych kompromitujące zdjęcie Lyli - dociera ono do sporego grona odbiorców, dając wyraz tego, iż nikt w sieci nie jest anonimowy. Rozpoczyna się walka z czasem, uprzedzeniami, szacunkiem do drugiego człowieka, młodością, przeszłością i przyszłością. Nina zastanawia się, czy mogła temu w jakiś sposób zapobiec. Nie sposób odpowiedzieć na to pytanie. 

Jak wiecie, jestem nauczycielką w przedszkolu. Codziennie spotykam się z około 150 dziećmi, w mojej grupie jest magiczna 25, gdzie poznałam bliżej i dzieciaki i ich rodziców. Pozostałe znam pozornie "tylko z widzenia", jednak śmiało mogę powiedzieć (zresztą zawsze tak przy tym obstawałam), że wychowanie ma OGROMNY wpływ na zachowanie dziecka. Dziecko z rodziny, gdzie brakuje jasno ustalonych zasad moralnych; norm, które kształtują jego umysł od najmłodszych lat, kodeksu postępowania, do którego w każdej chwili można się odnieść - błądzi, poszukując swoich własnych rozwiązań w gronie rówieśników, zdając się kompletnie na ich wpływ. Wyobraźmy sobie, że właśnie mamy grupę około 25 takich dzieci. Błędne koło samo się nie zamknie. W swojej pracy codziennie widuję dzieci, które są rozpieszczane do granic możliwości, którym się pozwala dosłownie na WSZYSTKO, gdzie w domu najciekawszą rozrywką jest komputer, gry, playstation, telefon z odpowiednimi aplikacjami, tablet. To nic, że te dzieci nie potrafią samodzielnie trzymać łyżki - ważne, że kciuk i palec wskazujący są rozwinięte aż nadto od ekranów smartfonów. Takie dziecko nie zna granicy, za którą rodzic mówi wyraźne "stop". Zaznaczam, iż mam do czynienia z dziećmi w wieku 3-6 lat. Nie wspomnę, co będzie, gdy owe dziecko tak bardzo przyzwyczai się do dobrobytu; dostawania tego, czego chce, w tym momencie (bo przecież nie może być "zaraz"), iż rodzic nawet się nie obejrzy, a na efekty nie trzeba będzie długo czekać. 

Czy zachowaniu Fincha można było zapobiec? Wydaje mi się, że tak. Gdyby ojciec i matka trzymali jeden front, uczyli chłopaka oboje wyznawania pewnych wartości, poszanowania tego, co dostał od nich i od życia, być może zastanowiłby się dwa razy, zanim zrobiłby obrzydliwe zdjęcie z Bogu ducha winną dziewczyną. On jednak bywał rzucany ze skrajności w skrajność. Z jednej strony jest mama, która wychowała się w biednej rodzinie; docenia zatem wartość pieniądza, szanuje ludzi podobnych do niej, nigdy nikogo nie ocenia po pozorach, wpaja synowi, iż nie liczy się stan materialny, a to, co człowiek reprezentuje swoją postawą moralną, za każdy błąd trzeba zapłacić (metaforycznie, nie dosłownie), a nauczka to dobra lekcja na przyszłość. Z drugiej strony jest tata, który pieniędzmi otaczał się od zawsze; twierdzi, że kwestia "dogadania się" to po prostu ustalenie odpowiedniej kwoty, liczy się to, na ile cię stać, a nie to, kim jesteś. Kirka cechuje brak szacunku do ludzi uboższych od siebie, najważniejszy jest prestiż, lans i szpan, a to, że synuś troszkę przesadził ze swoim zachowaniem? No przecież nic się nie stało... Gdyby i Kirk i Nina zajęli jednostronne stanowisko od początku życia Fincha - być może nie doszłoby do wydarzeń mających miejsce w książce. Sytuacja jest tak bardzo realna i tak bardzo dzisiejsza; mogła się zdarzyć każdemu z nas w dowolnym momencie życia. Gdyby Finch miał wpajane od urodzenia zasady, dzięki którym stałby się po prostu dobrym człowiekiem - może nie krzywdziłby tylu ludzi na swojej drodze, co zaowocowałoby totalnie innym finałem. Oczywiście nie zawsze tak jest, iż rodzic ma wpływ na to, na kogo wyrośnie jego dziecko. Czasem po prostu tak się dzieje. Dają o sobie znać głęboko skryte geny, wpływ znajomych, zakorzeniony swojego rodzaju bunt, nad którym nie sposób zapanować. Nie ma jednej reguły. Ale to nie znaczy, że należy przestać się starać. Dlatego tak bardzo dbam o to, by "moje" dzieciaki miały granicę, wspólnie staram się negocjować ją z ich rodzicami, by obrać wspólny punkt działania, mając na celu wyłączne dobro dziecka. I jego przyszłość. Bo należy pamięć, iż "czym skorupka za młodu nasiąknie..." ;).

Emily Giffin daje do myślenia i zmusza do refleksji. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz.

Co myślicie o takiej "recenzji"?

#JaTeżCzytamGiffin #BlogujęNieHejtuję #WeźNieHejtuj #StopHejt 

Za egzemplarz książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Otwartemu!