10.02.2014

"Niech w końcu coś się zdarzy" Trixi von Bülow

     Bardzo przyjemnie jest mi rozpocząć kolejny miesiąc na WirtualnejKsiążce! Kolejne publikacje, kolejne niespodzianki, duuużo recenzji ;) Na początku kilka spraw: na pewno zauważyliście baner WirtualnejKsiążki po prawej stronie bloga; jeśli ktoś jest zainteresowany wstawieniem go na swojego bloga/swoją stronę - będę ogromnie wdzięczna i zobowiązana. Ponadto, w zakładce Fanpage znajdziecie odnośnik do strony WirtualnejKsiążki na Facebooku. Bardzo zachęcam do dołączenia do tego prostego sposobu informowania Was o nowościach na blogu, ciekawostkach, w których biorę udział i nie tylko ;). Łapka w górę! 

A teraz przejdę już do recenzji, która to obejmuje książkę bardzo dla mnie ważną. Otóż... Publikację tę wygrałam w konkursie na portalu LubimyCzytać; pod linkiem znajdziecie mój tekst, który znalazł się w najlepszej piątce zwycięzców ;). Jest to pierwsza rzecz, jaką kiedykolwiek gdziekolwiek wygrałam, więc samo przez się jest zrozumiałe, że sentymentem darzyć będę ową książkę już zawsze. Ale jak to mówią: ad rem.

     Gdy trzymałam już w dłoniach moją nagrodę, dosłownie nie mogłam się napatrzeć na okładkę (tak, wiem, wielbiłam pod sufit również okładkę książki z poprzedniego wpisu, jednak nie miałam wpływu na to, że kolejna będzie równie piękna ;)). Publikacja prezentuje się ciekawie, intrygująco, aż chce się czytać widząc tę okładkową zachętę.

Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z autorką książki; z krótkiej informacji zawartej na jej temat na wewnętrznej stronie okładki dowiedziałam się, że pani B l o w jest Niemką, a Niech w końcu coś się zdarzy jest jej debiutem powieściowym (oprócz tego jest autorką kilku poradników typu Jak rozkochać w sobie mężczyznę itd.) 

Recenzja nie będzie zbyt długa, bo fabuła książki jest zbyt krótka, by jakkolwiek się nad nią rozwodzić; szczerze mówiąc byłam trochę zawiedziona, po czytało mi się ją błyskawicznie, i tak jak wspominałam wcześniej, zachwycona wciąż (mimo wszystko) jestem okładką. Historia jest prosta. 

Czterdziestoletnia Fritzi rozwodzi się z mężem (z jego winy) i jest tym faktem po prostu załamana. Musi teraz samodzielnie utrzymać nie tylko siebie, ale i kilkuletnią córeczkę Lili, co przy jej miernej pensji, jaką otrzymuje w wydawnictwie Best&Seller (gdzie pracuje od długiego czasu) nie jest proste. Zaczyna się okres użalania nad sobą i wylewania owych żalów do dwóch przyjaciółek: Johanny i Jasmin, które wspierają Fritzi z całych sił i nieustannie wierzą, że znajdzie w końcu prawdziwe szczęście. By pomóc jej to osiągnąć, Johanna namawia zdesperowaną (naprawdę zde-spe-ro-wa-ną) kobietę do szalonego, weekendowego wyjazdu nad holenderskie morze. W połowie pobytu w urokliwej miejscowości, Fritzi poznaje młodszego o dziesięć lat, przystojnego Tona. Nawiązuje się między nimi nić porozumienia (bardzo ładnie rzecz ujmując); a pozostałe dwa dni upływają im na rozmowach, zbliżeniach i nieustannym, wzajemnym komplementowaniu każdej ze stron. Fritzi totalnie wpada w wir tego "zauroczenia"; zachowuje się jak piętnastolatka, nie je, nie śpi, ciągle czeka na smsa od "ukochanego", wpada we wściekłość, gdy musi zająć się córką, zamiast jechać na weekend do Tona... Szok. Nie tak wyobrażałam sobie zachowanie poważnej i poważanej czterdziestoletniej kobiety po rozwodzie (z małym dzieckiem!), ale co ja tam mogę wiedzieć ;). Byłam lekko rozczarowana tym wątkiem fabuły, gdyż był on totalnie niepoważny; już myślałam, że książka jest piękna tylko z okładki, a w środku znajduje się infantylna historia rozwiedzionej kobiety... Ale, ale, ale!

Gdy Frtizi dostaje przysłowiowym "obuchem w głowę" - zaczyna w końcu myśleć poważniej, zachowywać się stosowniej (ale najpierw nastąpiła, a jakże, fala fontanny łez), doceniać szczęście w postaci córeczki, patrzeć optymistycznie w przyszłość właśnie pod kątem dziecka, a nie swoim, dostrzegać zalety kolejnego adoratora, tym razem starszego o dwadzieścia lat, pragnie wierzyć w Opatrzność i cieszyć się dniem codziennym... Na pierwszym miejscu stawia swoje zdrowie, gdyż nieustanna praca przy biurku daje się jej we znaki, dobre samopoczucie i swojego rodzaju stabilność na każdej płaszczyźnie. Po szaleńczym, gwałtownym romansie przychodzi czas na (fantastyczne!) refleksje i docenienie prawdziwych wartości. Wszystko to okraszone świetnym humorem, naprawdę! ;)

Poniżej kilka (według mnie) dobrych cytatów:
"(...) teraz jest źle, a w takich chwilach skupiamy się na tym, co akurat utraciliśmy. Ale w tym samym czasie dzieje się wokół nas wiele nowych, również pięknych rzeczy, których w bólu zupełnie nie widzimy."
"Plan był tylko planem, niczym więcej. Czymś teoretycznym, co powstaje w naszych głowach, a w rzeczywistości życie często chadza własnymi ścieżkami." 
Mimo, że na początku bardzo sceptycznie podeszłam do wątku desperacji po rozwodzie - dałam i autorce i książce szansę, której nie żałuję. Publikacja naprawdę godna polecenia, oczywiście głównie kobietom, ale myślę, że niejeden mężczyzna mógłby wyciągnąć wnioski z tej naprawdę życiowej, codziennej książki.

Info w skrócie:

Autor: Trixi von Bülow
Tytuł: Niech w końcu coś się zdarzy
Ilość stron: 286
Wydawnictwo: Świat Książki
Kategorie: Obyczajowe, kobiece

Oceniam: 7/10

A teraz najważniejsza informacja! Jestem na etapie rozpoczęcia współpracy z wydawnictwami! W zakładce "Współpraca" dowiecie się, kto do mnie dołączył. Jestem bardzo tym podekscytowana, ale i szczęśliwa ;) Pozdrawiam.


9 komentarzy:

  1. Słyszałam o tej książce i nawet kręciłam nosem, choć okładka bardzo ładna i melancholijna, ale książka wydawała mi się nudna. A teraz stwierdzam, że - po kilku lekturach tego typu - mogłaby mi się i ta spodobać:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratuluję współpracy :)
    Książka nie w moim stylu, ale kto wie..;)

    OdpowiedzUsuń
  3. No okładka faktycznie robi swoje... :) a o książce nie słyszałam

    OdpowiedzUsuń
  4. A na mnie zrobił wrazenie tytuł ksiazki i myslalam ze bede zaskoczona jakaś wspaniała fabuła, a tu psikus :P

    Gratuluje współpracy!! :))

    OdpowiedzUsuń
  5. jakie ładne zdjęcie masz po prawo:)

    OdpowiedzUsuń
  6. książki z serii Leniwa Niedziela należa do grona moich ulubionych, głównie ze względu na... okładki ;) ale nie tylko, tak czy inaczej - ta powyższa znajduje się na mojej liście "do zdobycia" ;)
    recenzjeami.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytałam tę książkę i również przypadła mi do gustu. Zgadzam się, że okładka jest po prostu... magiczna ;)

    OdpowiedzUsuń