9.29.2014

"Zwiadowcy. Cesarz Nihon-Ja" cz. 10, John Flanagan

     Tak jak zapowiadałam, pisząc recenzję dziewiątej części Zwiadowców (klik), ukażą się tu jeszcze trzy im poświęcone; dotyczące tomów dziesiątego (co właśnie ma miejsce), jedenastego i dwunastego. Pomiędzy częścią dziewiątą a dziesiątą zdążyłam "obskoczyć" kilka innych książek, jednak czasowo był to tydzień bez pochłaniania przygód Willa i jego przyjaciół: Halta, Horace'a, Alyss, Evanlyn i innych. 

Na szczęście stratę nadrobiłam, dzięki czemu mogę przejść do rzeczy.

     Moje dziesiąte spotkanie z Johnem Flanaganem okraszone było przede wszystkim pewnym lękiem co do trzymania poziomu prezentowanej serii. Napisać trylogię, czy nawet siedmioczęściową serię, np. jak w przypadku pani Rowling i Harry'ego Pottera - to co innego niż dwunastoczęściowa saga! Jednak wiedząc, że zwiadowcze siódemka i ósemka (według mnie) były najlepsze - bez wahania zabrałam się za  kolejną porcję fantastycznych wrażeń ;).

Po pierwsze: okładka! Rewelacyjne mistrzostwo. Zdecydowanie najpiękniejsza ze wszystkich części, i, mogę zaryzykować to stwierdzenie - chyba najładniejsza okładka (w ogóle) książki, jaką miałam zaszczyt kiedykolwiek przeczytać. Śliczna, piękna, żywa, orientalna, po prostu brak słów ;).
Po drugie: objętość. Największa z dotychczasowych, ale z tego to tylko się ucieszyłam, gdyż byłam niezmiernie ciekawa, co autor mógł nawymyślać, jaką kolejną historię stworzyć by zainteresować swoich czytelników po raz dziesiąty...
Po trzecie: treść. Z każdym następnym rozdziałem przekonywałam się, że Flanagan poszedł troszkę w innym kierunku niż do tej pory, jednak całkowicie z sukcesem. Przedstawienie świata, zupełnie różnego od tego dobrze znanego czytelnikom, było idealnym strzałem w dziesiątkę. 

W tej publikacji akcja toczy się w pewien sposób dwuwymiarowo; w dwóch miastach: Toscano, gdzie przebywają Will, Halt, Alyss oraz Selethen (bohater znany z części Okup za Eraka) oraz cesarstwie Nihon-Ja, gdzie wraz z misją protokolarną został posłany Horace. Grupa przyjaciół podróżujących w celach dyplomatycznych, miała za zadanie obserwować pokazy militarne Toskańczyków, młody rycerz natomiast - przyglądał się zwyczajom, kulturze, władzy panującym w najbardziej odległej krainie. Gdy zdrajca narodu, człowiek bez honoru i godności - Arisaka - postanawia zbuntować przeciwko cesarzowi klasę senshich, Horace bez chwili zastanowienia postanawia pomóc dobrotliwemu Shigeru w pokonaniu wroga. Obmyśla plan, ucieczkę z cesarstwa, niejednokrotnie narażając życie w obronie, bądź co bądź obcego państwa. O wszystkim dowiadują się jego daleko przebywający przyjaciele (+ zakochana w nim księżniczka Evanlyn), którzy od razu ruszają na pomoc. Od momentu spotkania, możemy już w jednym momencie śledzić ich dalsze poczynania. 

Cesarz Shigeru zasłynął dobrocią serca i chęcią bratania się z każdym człowiekiem ze swojego ludu, bez względu na kastę, pochodzenie itp. Nie spodobało się to Arisace, który, jako jeden z wyższych rangą senshich, chciał całkowicie zapanować nad krajem, traktując lud (lekko określiwszy) bestialsko. Nasi przyjaciele nie mogąc do tego dopuścić, rzucają się w wir ochrony cesarza i przygotowań do starcia, w którym nie dość, że mają mało zwolenników, to składają się oni głównie z drwali, cieśli i ludzi ubogich... By podołać wyzwaniu, muszą sprowadzić z gór okryte legendą plemię Hasanu, oraz przekonać oszukanych senshich, że prawda stoi po stronie Shigeru. Czy im się to uda? Do ostatnich stron nie wiadomo.

Świetnym posunięciem autora był opis cesarstwa Nihon-Ja. Idealnie odwzorowane na podstawie kultury japońskiej; począwszy od słynnych powitań (ukłonów), dodawanie do imion końcówki -san, siadanie na podłodze przy niskim stole, poprzez wstawki zapożyczone z języka japońskiego, takową broń aż po opis charakterystycznych dla owej kultury szat, jedzenia i zachowania. Pan Flanagan przenosi nas w całkiem inny świat, tak bardzo różny nie tylko od rzeczywistości znanej Willowi i jego przyjaciołom, ale niejeden raz orientalnej dla praktycznie każdego czytelnika. Naprawdę można się sporo dowiedzieć na temat japońskich zwyczajów tam panujących, kulturze ludzi mieszkających na owych terenach oraz języku, dla niektórych tak bardzo trudnym. Autor w podziękowaniu zaznacza, że korzystał z pomocy dwóch Japonek, więc książka zawiera informacje, mówiąc kolokwialnie "z pierwszej ręki" co warto wziąć pod uwagę. 

Zbierając wszystkie informacje w jedność uważam, że jak na dziesiątą część serii, książka jest naprawdę na wysokim poziomie; autor zresztą sam podniósł sobie poprzeczkę toteż musiał jakoś wybrnąć. Skrótowe info:

Autor: John Flanagan
Tytuł: Zwiadowcy. Cesarz Nihon-Ja 
Seria/cykl: Zwiadowcy (część 10/12)
Ilość stron: 568
Wydawnictwo: Jaguar
Kategorie: Fantasy, dla młodzieży

Oceniam: 8/10

Spokojnie, jeszcze tylko dwie części, więc jeśli ktoś nie jest fanem tego typu powieści - niedługo koniec ;).

Pozdrawiam Was cieplutko!

9.27.2014

"Przewrotny kusiciel" Mary Balogh + muzyczny bonus

     Rzutem na taśmę, celując w gusta niektórych, kolejną recenzowaną przeze mnie publikacją jest pozycja z gatunku... Romansu historycznego. Wiem, że na blogu zaczyna przeważać liczba książek typowo "babskich", jednak nie ukrywam, widocznie akurat mam taką potrzebę, skoro pod rękę nawija mi się właśnie ich taka ilość. Uprzedzając pytanie tych, którzy liczą na jakiś horror/kryminał - takowe się na pewno tutaj pojawią, lecz póki co, w domu rośnie stos książek do przeczytania, niekoniecznie w tym stylu. Więc dajmy szansę najpierw im, a później całej reszcie ;).

Nie przedłużając... 

     Z autorką spotykam się po raz pierwszy, ale już teraz wiem, że na pewno nie ostatni. Na swoją internetową półkę lubimyczytac.pl dodałam już kolejne jej zachwycające publikacje. Co takiego ma w sobie ta starsza (bo 70 - letnia już) pisarka, że jej książki cieszą się wciąż niesłabnącą popularnością? 

Mary Balogh wybrała sobie typ powieści, w których będzie najlepsza i z powodzeniem się jej to udaje. Mówię tu oczywiście o romansach historycznych, bo to tego rodzaju książki należą do jej sztandarowych. Jak wspominałam wcześniej w swoich postach, lubuję się, po prostu uwielbiam klimaty XVIII i XIX wieku; te wszystkie "sir" i "madame", wspaniałe stroje, maniery, zachowania, ważność wykształcenia, umiejętności, które powinna posiadać kobieta będąca "materiałem na żonę", bale, przyjęcia, zaloty, afekty, płochliwość, skromność, prostoduszność, swojego rodzaju bogactwo (majątki, ogrody, suknie itp.), przepych... Coś wspaniałego. Ja chyba powinnam się urodzić w czasach XIX - wiecznej Anglii, bo całym sercem jestem oddana książkom w tej tematyce (czasem moje zachowanie również, ale nie będę tu prywaty urządzać ;)). 

Zachęcona opisem książki z tyłu okładki zabrałam się za czytanie. Dopiero w połowie książki (sprawdzając jej status na lubimyczytac.pl) zorientowałam się, że jest to już szósta część serii pod tytułem Bedwynowie. Dla mnie jednak, czytelnika, który na oczy nie widział poprzednich powieści, Przewrotny kusiciel był bardzo czytelny, przejrzysty i na bieżąco były wyjaśniane fakty, o których była mowa wcześniej (w 5 poprzedzających książkach). 

Sir Gervase Rosthorn, trzydziestoletni książę spotyka na pewnym balu w Brukseli młodszą o dwanaście lat Morgan Bedwyn. Jak się okazuje, jest to siostra jego największego wroga, przez którego Gervase musiał wyjechać z Anglii i poddać się banicji. Jakby tego było mało, stracił szacunek i miłość ojca, wiarygodność w oczach najbliższych i możliwość rozwijania się/życia w ojczyźnie. Wyklęty, przez dziewięć lat błąkał się po świecie, szukając swojego miejsca, nierzadko oddając się hedonizmowi; uzyskując sławę przede wszystkim jako zawrotny uwodziciel... Do teraz, gdy znakomita okazja pcha go do zemsty. Wykorzystując swoje znajomości wkrada się w łaski lady Morgan, adoruje ją, chwali, oczywiście tylko w jednym celu - by zhańbić ją tak, aby jej brat poczuł to najdotkliwiej ze wszystkich. Gervase nie przewiduje jednak, że Morgan nie jest kolejną głupiutką, młodą panienką, której byle komplement zatraca poczucie myślenia i rzeczywistości... 

Fabuła jest niby oczywista, niby prosta, jednak nie byłam od razu taka pewna jak to wszystko się skończy. Do ostatniej strony emocje zapierały dech w piersi, kumulując się, to znowu opadając. Bez tego nie byłoby dobrego romansu, jednak Przewrotny kusiciel to jak wspomniałam wyżej - romans historyczny. Idealnym tłem dla całej sytuacji rozwijającej się między Rosthornem a Morgan jest motyw bitwy pod Waterloo. Naprawdę, nawet tacy laicy w temacie jak ja - mogą się sporo dowiedzieć o tym ważnym wydarzeniu w dziejach historii. Samo miejsce akcji: Bruksela przedstawia sytuację ludzi w niej mieszkających; strach i obawę o życie mężów, synów biorących udział w bitwie, rozterkę pomiędzy pozostaniem w mieście a ucieczką do Anglii, w końcu opiekę nad rannymi (bierze w niej udział sama Morgan, czym ponownie dowodzi, że bale i stwierdzenie by "nie zaprzątała sobie ślicznej główki sytuacją militarną" doprowadzają ją do szału). Pozostawiają ją wszyscy najbliżsi, ale odważna i waleczna dziewczyna ma pod ręką swojego najlepszego przyjaciela... Gervase'a. Mężczyźnie sytuacja wymyka się spod kontroli, gdy zdaje sobie sprawę, że mądra, inteligentna i dobroduszna dziewczyna w żadnym razie nie zasługuje na skandal i hańbę, w jakich chciał ją pogrążyć...

Oczywiście jest też tajemnica; co było kością niezgody między Rosthornem a Wulfriciem Bedwynem, której wyjawienie autorka zostawia sobie na koniec jako rewelacyjny smaczek dodatkowo wzmagający napięcie i emocje towarzyszące lekturze. Pozwolicie, że kończąc już moje chwalby pod adresem tej książki, zamieszczę jeszcze cytat z niej pochodzący, który wyjątkowo zapadł mi w pamięć:

"Przeciwieństwa to tylko dwie strony tego samego medalu.
Nie mogą istnieć bez siebie nawzajem."

Oceniam: 10/10


Podjęłam decyzję, że na zakończenie każdej recenzji będę dodawała tzw. info w pigułce na temat danej książki, by było łatwiej Wam ją odnaleźć, sprawdzić jaka jest objętościowo itp.

Autorka: Mary Balogh
Tytuł: Przewrotny kusiciel
Seria/cykl: Bedwynowie (część 6/8)
Ilość stron: 286
Wydawnictwo: Amber
Kategoria: Romans historyczny

     Tak jak w tytule posta - mam bonus, od którego nie mogę się uwolnić od dobrych kliku dni. Mianowicie... Na pewno ktoś z Was ogląda serial "Przyjaciółki". Tak, wiem, polskie seriale beznadziejne są, aczkolwiek ja uważam, że ten jest wyjątkowo udany. A muzyka do niego to już całkowicie. Chciałam się nią z Wami podzielić, dlatego zamieszczam stosowne linki. 

Pozdrawiam! ;).


9.26.2014

"Agnes Grey" Anne Brontë

     W ten słoneczny jesienny poranek mam dla Was kolejną recenzję, dotyczącą jednej z moich ulubionych książek. Wielu z Was na pewno kojarzy słynne siostry B., które ja od wielu lat darzę ogromną sympatią i uwielbieniem, choć nie przeczytałam jeszcze ich wszystkich książek. Jednak uroczyście przysięgam - robię wszystko, co w mojej mocy (i pozwalającym czasie) i dążę do tego z wciąż niesłabnącą przyjemnością.

Jeśli mimo wszystko przywędrował tu ktoś, kto nie słyszał o kobietach z nazwiskiem Brontëoj oj, szybciutko musimy nadrobić zaległości. 

Zanim przejdziemy dalej, zastanów się, Drogi Czytelniku, czy aby NA PEWNO nie słyszałeś nic o twórczości tych trzech sióstr? Pewnie nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy, że są one Ci bliższe niż Ci się wydaje ;). Pewnie niejeden raz słyszałeś o sławetnych Wichrowych Wzgórzach czy Dziwnych losach Jane Eyre; jeśli nie w wersji papierowej, to z pewnością tej filmowej. Opowieści o ogromnym uczuciu, poświęceniu, walce z przeciwnościami losu, porzuceniu, rozpaczy, determinacji, radości, szczęściu, dążeniu do spełnienia swoich najskrytszych marzeń, celów, zamiarów nierzadko obiły Ci się o uszy... 
A opowieści te należą, rzecz jasna, do jednych z najlepszych pisarek XIX wieku - sióstr Brontë!

W Emily B. zakochałam się po lekturze Wichrowych Wzgórz, w Charlotte po przeczytaniu Dziwnych losów Jane Eyre, a w przekonaniu do dozgonnej miłości właśnie do owych sióstr ostatecznie przekonała mnie trzecia z nich - Anne. I to właśnie jej powieść będzie przedmiotem mojej dzisiejszej recenzji ;).

     Wpadła mi w ręce nieprzypadkowo, bo od dawna polowałam na nią w bibliotece, więc gdy tylko ktoś ją oddał... Była moja ;).
Powieść, jak wszystkie dzieła sióstr Brontë jest osadzona we współczesnych im realiach, czyli w XIX wieku. Klimat ten jest dla mnie wymarzonym; począwszy od wspaniałych strojów, poprzez zwyczaje, a skończywszy na nieśmiałości, która towarzyszy zakochanym (+przyzwoitki, dobre maniery, zachowanie, majątki, uczucie nierzadko aż po grób itp.)

Bohaterką tej oto książki jest tytułowa postać: Agnes Grey. Ta niespełna 19 - letnia dziewczyna żyje wraz z rodzicami i siostrą w skromnym majątku. Rodzina nie jest żadną z tych wyższych sfer; ojciec jest duchownym, ale panuje w niej niepodzielna prawdziwa miłość i oddanie. Agnes czuje coraz większą odpowiedzialność za swój los; rozumie, że w pewnym momencie życia nadchodzi taki czas, że musi zacząć dbać o siebie, że nie może wciąż liczyć na swoich bliskich. Łącząc owe myśli ze swoimi pragnieniami i marzeniami, postanawia zostać... Guwernantką. Praktycznie od razu dostaje pracę w bogatej rodzinie, gdzie ma kształcić dwójkę dzieci. Jest podekscytowana, szczęśliwa, ale i smutna z powodu opuszczenia rodzinnego gniazda... Ale tak musiało być. Nie spodziewała się jednak, że owa rodzina będzie (jakby można to określić współczesnym słowem) patologiczna. Ulubionymi zabawami jej podopiecznych jest wykradanie jaj z ptasich gniazd, wydzieranie z nich piskląt i najwymyślniejsze ich tortury. Oczywiście, przy pełnej aprobacie rodziców... Agnes jest przerażona i równie szybko jak zaczyna tam pracę, tak szybko z niej rezygnuje. Nie rezygnuje jednak z planów bycia dobrą nauczycielką. Znajduje kolejną posadę, z nadzieją, że może będzie lepiej, jednak kolejni jej wychowankowie (tym razem czwórka) szybko sprowadza ją na ziemię. Skandaliczne zachowanie dzieci, wykorzystywanie przez nie innych, czysta złośliwość i upór, ciągłe "stawianie na swoim", brak szacunku dla wszystkiego i wszystkich - są niezłą lekcją życia dla dobrodusznej, religijnej, skromnej, uczciwej Agnes. 

Jednak dziewczyna się nie poddaje. Wytrwale dąży do celu, jakim jest ujarzmienie oddanych jej pod opiekę dzieci, mimo, że pozornie nieskutecznie. Nie chcąc zamykać się w czterech ścianach swojego pokoju odbywa też liczne spacery, podczas których zaprzyjaźnia się z okolicznymi ludźmi; pomaga im, wspiera, podnosi na duchu. Podczas jednej takiej wizyty spotyka... Nowego wikarego. Na początku zupełnie nie zwraca na niego uwagi, jednak z czasem, po usłyszeniu kilku jego wspaniałych kazań, dostrzeżeniu, jak dobrym i wartościowym jest człowiekiem... Agnes zmienia zdanie. Rozpoczyna się seria ukrytych domysłów, czy aby na pewno coś ją do niego ciągnie, czy on odwzajemnia uczucia, czy sama by tego chciała...

Nic więcej nie powiem na temat tej książki, bo chyba jestem już nieobiektywna ;). Ale mam coś, co pomoże mi z tego wybrnąć: garść cytatów, między innymi, dzięki którym ta książka (jak i inne sióstr B.) jest tak wyjątkowa...

Świadomość, że ma pani dom musi być dla pani wielkim pocieszeniem (...). Niezależnie od tego, jaka odległość dzieli panią od niego i bez względu na to, jak rzadko go pani odwiedza, jest to coś, do czego zawsze może pani wrócić myślami.
 Łaknienie piękna jest niedorzecznością. Rozsądni ludzie nie pragną go dla siebie ani nie dbają o to, czy widzą je w innych. Jeśli umysł jest dobrze wykształcony, a serce łaskawe, nikt nie dba o powierzchowność (...). 
Nasze pragnienia są (...) niczym łatwo tlący się materiał: jeżeli iskry sypiące się z nieustannie zderzających się ze sobą okoliczności nie niego nie natrafią, natychmiast zgasną - lecz jeśli nań spadną, w jedną chwilę przeobrażają w płomień nadziei. 

 Jak dla mnie - mistrzostwo świata ;). Zgadzam się z każdym tych stwierdzeń, a jest ich o wiele więcej w Agnes Grey. Polecam polecam polecam!

Oceniam: 10/10 (nawet 11/10!)

     I pytanie z innej serii: jaką książkę osadzoną w latach 1800 - 1900 polecacie?


9.23.2014

"Zabójcze zauroczenie" Linda Howard

     Po nieco dłuższej przerwie zamieszczam kolejną recenzję. Teraz, gdy robi się coraz zimniej, ciągle pada deszcz, wieje przenikliwy wiatr - najlepszym rozwiązaniem na zwalczenie oznak nadchodzącej jesieni (i niedługo już zimy) jest... Oczywiście książka :). W tym okresie czyta się ich zdecydowanie więcej; jak dla mnie nie ma nic lepszego niż zaszyć się pod kocem z kubkiem gorącej herbaty w jednej ręce, a lekkim czytadłem w drugiej. 

Z jednej strony, jesienna chandra jest czynnikiem motywującym do poszerzania swoich książkowych półek, z drugiego jednak punktu widzenia studenci dobrze wiedzą, że jak zacznie się semestr, to czasu będzie mniej... Ale jak to mówią: dla chcącego nic trudnego! Ja zamierzam czytać przede wszystkim w pociągu i podczas "okienek". A Wy? :)

Dziś mam dla Was lekki romantyczny... Thriller.

   Po książkę tę sięgnęłam kiedyś zupełnie przypadkowo. Nigdy nie czytałam nic pani Lindy Howard, podobnie jak rzadko przyswajałam lektury z gatunku jakim jest thriller. Zaintrygowała mnie jednak okładka, mała objętość (ok. 300 stron) i oczywiście zarys fabuły. Decyzja była szybka: dlaczego nie spróbować? 
Z informacji zasięgniętych przed lekturą dowiedziałam się, że autorka specjalizuje się w romantycznych thrillerach, cechuje ją lekki styl pisania; w jej dorobku artystycznym figuruje około dwudziestu książek. Nie wahając się długo, zaczęłam czytać.

Główną bohaterką powieści jest Sara Stevens, wykonująca zawód... Kamerdynera. Tak, tak, to nie błąd. Kobieta jest pomocą emerytowanego sędziego; jej zadania zaczynają się od badania poziomu jego cholesterolu, a kończą na ochronie jego życia, nawet za cenę własnego. I od tego właśnie zaczyna się wciągająca fabuła. Sara udaremnia napad na willę swojego pracodawcy, pomaga w schwytaniu włamywaczy, a przy okazji... Wpada w oko przystojnemu policjantowi. Od tego momentu Sara staje się rozpoznawalna, pojawia się w telewizji, jako dzielna, waleczna, odważna pracownica, ale i piękna kobieta, na punkcie której może oszaleć niejedna osoba... Tak się dzieje. Skromną panią kamerdyner zauroczony jest pewien mężczyzna, który widząc ją w mediach, postanawia zrobić wszystko, by przyciągnąć ją do siebie; najpierw w charakterze jej zawodu, później w innym celu... Rozpoczyna się seria niefortunnych zdarzeń, które wywracają świat Sary do góry nogami... A co z policjantem, z którym zaczyna się spotykać? Czy wszystkie podjęte przez kobietę decyzje są zgodne z jej sumieniem i czy aby na pewno stuprocentowo bezpieczne? KONIECZNIE musicie przeczytać tę pasjonującą książkę, która zaskakuje do samego końca! 

Nawet nie wiem kiedy skończyłam czytać. Rewelacyjna książka pod każdym względem. Wszystko dokładnie przemyślane; począwszy od opisów, a skończywszy na dialogach. Dodatkowym plusem jest wielowątkowość (choć na początku może to lekko razić, jednak niesłusznie!). Czytelnik utożsamia się z bohaterką, głęboko wchodzi w jej umysł, myśli jak ona, podejmuje takie same decyzje. Podobnie jest z "tajemniczym nieznajomym", o którym nie wiadomo nic, on sam podsyca ciekawość aż do ostatniej strony. 
Myślę, że sięgnę jeszcze po niejedną książkę tej autorki.

Oceniam: 9/10

9.18.2014

"Zwiadowcy. Halt w niebezpieczeństwie" cz. 9, John Flanagan

     Dziś obiecana porcja fantasy. Jestem świeżo po lekturze nr 9 z dwunastoczęściowego cyklu, jednak oprócz wyżej wymienionej pozycji chciałabym Wam przybliżyć całą serię, którą zaraził mnie mój szesnastoletni brat ;). Książka zaliczana jest również do tych młodzieżowych, jednak niczemu nie ustępuje "doroślejszemu fantasy" jak Wiedźmin itd.

   Zwiadowcy to moje pierwsze spotkanie z panem Johnem Flanaganem. Ponoć bardzo trafne, bo cała seria jest największym dziełem tego australijskiego pisarza. Jednak, gdy skończę ze Zwiadowcami, na pewno sięgnę po inne książki tego pana dla młodzieży.

Cały cykl jest historią i opisem przygód Willa: chłopca - sieroty, który zostaje tytułowym zwiadowcą. Will jest jedną z pięciu osób wychowywanych na zamku Araluen, gdzie wraz z ukończeniem piętnastego roku życia musi znaleźć swoje miejsce w szeregu. Dla jego przyjaciół wszystko jest jasne od początku: uwielbiająca kuchnię Jenny zostaje "czeladniczką" u kuchmistrza, elokwentna Alyss wędruje do mistrzyni dyplomacji, waleczny Horace - do służby rycerskiej... Tylko Will nie przejawia żadnych talentów... Do czasu. Przyłapany na kradzieży przez Halta - mistrza korpusu zwiadowców wykazuje niemałe zdolności w technice kamuflażu, bezszelestnego poruszania się, oraz niewiarygodnie celnego strzelania z łuku. Ostatnia cecha należy do wizytówki ludzi stojących na czele ochrony królestwa w cichy, tajemniczy, ale i inteligentny sposób. Od tej pory zaczyna się fantastyczna przyszłość Willa, który szybko odnajduje się w nowym świecie, przyczynia się do wielu zwycięstw królestwa, oraz po ojcowsku zaprzyjaźnia się ze starym mistrzem. 

Każda z książek opowiada o kolejnych przygodach młodego bohatera; jego poznawaniu świata, ludzi, swojego rodzaju naiwności, jego emocjach, uczuciach... Z kolejnymi tomami Will dojrzewa, dorośleje, podejmuje coraz bardziej odważne decyzje. Nierzadko musi stawiać czoła poważnym problemom, jak opracowanie techniki oporu przeciwko najazdowi niebezpiecznych Skandian, czy Temudżeinów. 

Dziewiąta część przygód Willa jest kontynuacją poprzedniej: Zwiadowcy. Królowie Clonmelu. Wspaniała trójka: Halt, Will i Horace muszą powstrzymać Tennysona - przywódcę sekty Odszczepieńców przed głoszeniem fałszywego świadectwa i ograbianiem biednych ludzi z majątków. Wyruszają w tym celu jego śladem, by ostatecznie rozprawić się z nim i jego poplecznikami. Wśród nich są dwaj pozostali przy życiu Genoweńczycy - wyrachowani mordercy, szkoleni w dziedzinie śmiercionośnych trucizn. To właśnie oni zorientowawszy się, że są śledzeni przez dwóch zwiadowców i młodego rycerza - zastawiają pułapkę... W którą wpada Halt. Zainfekowany groźną trucizną z aracoina zaczyna niknąć w oczach. Zrozpaczeni Will i Horace'em szukają każdego możliwego rozwiązania, by stłumić działanie cichego zabójcy. Rozpoczyna się szaleńczy wyścig z czasem, mający na celu uratowanie życia mistrza, przyjaciela i opiekuna. 
Sytuację dodatkowo pogarsza fakt, że działania zwiadowcy i rycerza są nieustannie obserwowane przez wysłannika Tennysona, który nie chcąc pozwolić sobie na kolejny pościg - dąży do ostatecznego unicestwienia wrogów. 

Książka trzyma w napięciu do samego końca. Te 512 stron pochłonęłam nie wiem kiedy; czyta się bardzo szybko (zresztą jak wszystkie poprzednie części :)). Pan Flanagan rozbudował żartobliwe dialogi, okraszone ciętymi ripostami bohaterów, które prowadzą między sobą, ale i które kierują do swoich wspaniałych zwiadowczych koników (...). Tak jak wspomniałam wcześniej, serią tą zaraził mnie mój młodszy brat, który zakupił pierwszą część i pochłonął w dosłownie parę godzin. Nie namyślając się długo (jako, że akurat zbliżały się jego urodziny) dokupiłam mu kolejne jedenaście :D I tak teraz, gdy on zajęty jest już totalnie czymś innym, ja, gdy tylko przyjadę do domu rzucam się na kolejną zwiadowczą książkę ;). Przypomina mi to wszystko trochę Harry'ego Pottera; gdyż przesłanie jest podobne: dobro zawsze zwycięży, a przyjaźń to wartość niemierzona niczym, a cenniejsza niż wszystko inne...

Pojawią się tutaj na pewno jeszcze trzy recenzje końcowych części, póki co, załączam zdjęcia całej serii. 

Nawiasem mówiąc, dawno nie spotkałam się z tak pięknymi okładkami książek (mój absolutny faworyt to Cesarz Nihon - Ja ;)).






Wiadomo, jak to bywa w takich seriach, poziom kolejnych książek może być różny. Do moich ulubionych, póki co, należą 7 i 8, choć 9 też jest bardzo mocna :). Naprawdę polecam KAŻDEMU, niezależnie od wieku i zainteresowań. Ja sama mam 21 lat, a od tych młodzieżowych książek, napisanych cudownie lekkim stylem - nie mogę się oderwać. I proszę się nie zrażać "chłopięcym" charakterem serii. Jest tam wbrew pozorom duuużo miłości!

Oceniam: 8/10




9.15.2014

"Portret w bieli" Nora Roberts


     Nadciągam z kolejną recenzją! Tak, zdaję sobie sprawę, że jest to kolejna książka z serii romans/babskie/przewidywalność do bólu, jednak akurat wpadła mi w ręce w bibliotece i musiałam ją po prostu przeczytać ;)

Następna książka będzie z kategorii fantasy, więc proszę o cierpliwość.


      Wiele dobrego słyszałam o autorce; że ma lekki styl pisania, że jej książki bardzo szybko się czyta, że krótko, treściwie i na temat. Niektórzy porównywali ją do Nicholasa Sparksa czy Danielle Steel. Trudno się nie zgodzić z wyżej wymienioną skrótową charakterystyką tej pani. Jednak, jednak... Byłam lekko zawiedziona.
Wchodząc w Wikipedię czy jakiekolwiek inne źródło, z którego wypływa coś więcej na temat Nory Roberts, na pierwszy rzut oka przeraża (innych może raduje ;)) ilość książek, które napisała. Jest ich około... Dwustu. Mnie, szczerze mówiąc, lekko to zaszokowało; nie umniejszam oczywiście nikomu, byłam po prostu zdziwiona i pierwsze pytania jakie się pojawiły w mojej głowie to: jaką ta kobieta musi mieć wyobraźnię, ile pomysłów, chyba nic innego nie robi tylko pisze, wymyśla kolejne historie itd... Tym bardziej więc, gdy w bibliotece zobaczyłam jej książkę na wierzchu, do tego niezbyt dużą objętościowo (340 stron), podjęłam decyzję: biorę ją. W porównaniu do Sparksa, którego książki o większej objętości pochłaniałam w jeden dzień, myślałam, że z tą pójdzie mi o wiele szybciej. Myliłam się.
           Portret w bieli to pierwsza część serii Kwartet weselny. Pani Roberts słynie z całych ciągów danego cyklu, co w sumie jest zrozumiałe, patrząc na ilość jej wydanych książek. Konkretny wątek można przecież przeciągać ile się da, prawda? :) Głównymi bohaterkami książki (jak i całego cyklu) są CZTERY (jakżeby inaczej) przyjaciółki, mające wspólny interes. Agencję ślubną "Przysięgi". Każda z trzydziestoletnich kobiet odpowiada w pracy za coś innego: Emma zajmuje się dekoracjami, Laurel poczęstunkiem, Mac jest świetną fotografką a Parker pełni funkcje "szefowej". Wszystkie są pełnymi profesjonalistkami; zapewniają dosłownie WSZYSTKO. Łącznie z krótkofalówkami, szampanem w celu "rozluźnienia" panny młodej i zapewnieniem ochrony przed nieproszonymi gośćmi weselnymi.

Pierwsza część przybliża nam losy Mac. Kolejne książki to opowieści o pozostałych przyjaciółkach: jedna przyjaciółka = jedna książka. Mackensie jest fotografką; temu zajęciu poświęca się bez reszty. Jedynym przerywnikiem w jej pracy są natarczywe telefony od matki, która słynąca z licznych romansów/małżeństw wyciąga od zamożnej córki pieniądze na kolejne "miłości swojego życia". Wszystko się zmienia, gdy Mac spotyka swojego kolegę ze szkoły; takiego, który podkochiwał się w niej 17 lat wcześniej. Jak nietrudno się domyślić, po kilku zwrotach akcji, spiętrzonych problemach, Mac (która uważa siebie za totalną singielkę) troszkę zmienia swoje życie.

Jak dla mnie - książka PRZEWIDYWALNA do bólu, po prostu cukierkowo - słodka... Nie wspomnę, że owe 340 stron męczyłam dobre cztery dni. Nie wiem, czy sięgnę po kolejne części. Może to wina tego, że sięgnęłam po złą książkę w celu rozpoczęcia przygody z Norą Roberts? Podejrzewam, że to mogło zaważyć na obecnej mojej opinii. Dla fanów autorki to będzie z pewnością jej kolejna książka, którą przeczytają. Dla mnie - nowicjusza, który w końcu chciał sprawdzić, kim jest w ogóle pani Roberts - nic specjalnego. Oczywiście każdy ma swoje zdanie :) W ostatecznym rozrachunku jest to po prostu dobre czytadło dla lubiących wiedzieć już na początku jak książka się skończy.

Oceniam: 4/10


9.13.2014

"Od pierwszego wejrzenia" Nicholas Sparks + słów kilka

         Wielu z Was pewnie będzie zdziwionych widząc post tutaj, tym bardziej napisany przez kogoś innego ;). Patrycja nie dość, że darowała mi adres, to pomogła mi się tu zadomowić. Szablon jest jej autorstwa, a mnie się szalenie podoba! Mam nadzieję, że Wam też. Bardzo JEJ za wszystko dziękuję, złota dziewczyna, szczęściara, siedzi w Niemczech i spełnia swoje plany.
          Stałam się nową właścicielką bloga, ale jego tematyka będzie taka sama. Recenzje, recenzje, recenzje. Tematyka najprzeróżniejsza; od ckliwych romansów, przez fantastykę, po kryminały. Czytam dużo i zaskarbioną wiedzą chciałabym się dzielić z Wami, Czytelnikami, którzy wchodzą tu, by zobaczyć, czy daną książkę warto przeczytać, a którą może sobie darować. Uprzedzam jednak, że zamieszczone tutaj recenzje są najbardziej subiektywne jakie tylko mogą być ;).

       

Na pierwszy ogień idzie Nicholas Sparks, którego osobiście wielbię pod niebiosa (chociaż nie za wszystkie książki).
  Z Panem Sparksem spotkałam się po raz (bodajże) szesnasty. Jego książki pochłania się wręcz jednym tchem; pisze stylem lekkim i bardzo przystępnym. Miewał momenty słabsze (Wybór, Na zakręcie), ale mimo wszystko jest dla mnie niekwestionowanym mistrzem w swojej dziedzinie.
    Od pierwszego wejrzenia to ciąg dalszy losów bohaterów powieści Prawdziwy cud. Pierwsza część bardzo mi się podobała, jednak kolejna jest o wiele lepsza... Jeremy Marsh zostawia wszystko dla swojej narzeczonej Lexie: Nowy Jork, miejsce pracy, znajomych, by z dala od tego wszystkiego rozpocząć nowe życie w małym miasteczku Boone Creek. Na dodatek Lexie jest w ciąży, co tym bardziej podkreśla "cudowność życia" obojga. Niestety, nie wszystkim jest w smak owe poświęcenie oraz przeszłość dziewczyny. Czy zakochani w końcu odnajdą szczęście? Zakończenie książki wbija w fotel. Kto zna Sparksa ten wie, że łzawe zakończenia z motywem śmierci w tle to jego specjalność. W sumie, po przeczytaniu Trzech tygodni z moim bratem (biograficznej powieści autora) nie ma się co temu dziwić. I tutaj więc Sparks, ten najwspanialszy - wraca z ogromnym impetem. Na przemian w oczach kręciły mi się łzy wzruszenia, radości jak i smutku. Książka jak dla mnie jest rewelacyjna, udowadniająca, że miłość od pierwszego wejrzenia ISTNIEJE :).

Oceniam: 10/10.

Recenzja krótka, ale na początek powinna wystarczyć. Trzymajcie się ciepło ;).