7.29.2016

"KIEDY ODSZEDŁEŚ" Jojo Moyes

     Zapewne doskonale znacie to uczucie, gdy czytając daną książkę, okazuje się ona nie tylko pierwszą częścią danej serii (czy to dwutomowej, czy ciągnącej się w nieskończoność), ale i światowym bestsellerem, publikacją, na której temat złego słowa nie wypowie żaden czytelnik; murowanym hitem pod każdą postacią. Logicznym więc jest, że od kontynuacji historii wymagać się będzie dużo. Jeśli nie wyżej postawionej poprzeczki, to przynajmniej równego poziomu, porównywalnego z pierwszą częścią... Mówię od siebie. Ja, po przeczytaniu Me before you wymagałam niesamowicie od After you. Opowieść o prostolinijnej Lou i niepełnosprawnym Willu, który rozkazał jej żyć, zawładnęła całym światem, wzmagając apetyt na więcej. Rozpalając ciekawość na ciąg dalszy. Uruchamiając lawinę pytań w stylu "co było dalej"? Chciałam i ja dowiedzieć się, jak potoczyły się losy panny Clark; tym bardziej, gdy zobaczyłam piękne wydanie drugiej części serii pani Moyes. I co? No właśnie.



"Kiedy człowiek zamieszany jest w tragiczne wydarzenie, które zmienia całe jego życie (...) wydaje mu się, że będzie się musiał zmierzyć tylko z tym (...)".

Mijają prawie dwa lata od wydarzeń opisywanych w poprzedniej części; państwo Traynorowie się rozstali, ojciec Willa układa sobie na nowo życie z rudowłosą Dellą, jego była żona wyjechała z miasta, by wieść samotny, cierpiętniczy żywot, a Lou...  Lou, wróciwszy z Paryża, gdzie miała "po prostu zacząć żyć" zaczyna na powrót popełniać błędy z przeszłości. Pracuje w lotniskowym barze, nosząc codziennie do pracy upokarzający strój, wciąż nie umie urządzić swojego mieszkania, ciągle się nad sobą użala i nie potrafi ruszyć naprzód. Rozpamiętywanie Willa nie pozwala jej normalnie funkcjonować. Wiem, zaczynając pisać tę recenzję aż kipiałam od złości, bo książka już na samym wstępie bardzo mnie rozczarowała. Owo wrażenie niestety pozostało, choć im dalej się w nią zagłębiałam - było lepiej. Naprawdę. Ale minus jest jeden, podstawowy, niezmienny: nie ma tu Willa.

Historia Lou pokazuje, że po śmierci najbliższej osoby, mimo ogromu cierpienia, bólu, niewysłowionego żalu, momentami wyrzutów sumienia, że mogło się zmienić bieg pewnych wydarzeń - życie toczy się dalej. Świat się nie zatrzymał, rzeczywistość nie stanęła w miejscu. Trzeba cały czas iść przed siebie, nie oglądając się wstecz (mając jednak świadomość przeszłości, w końcu to ona kształtuje nasze postawy i charaktery), próbować na nowo poskładać części swojego funkcjonowania w jedność; wymagać od siebie jeszcze więcej, przy jednoczesnym zachowaniu umiaru. Kiedy odszedłeś to ciepła, poruszająca, ale i momentami denerwująca powieść; zachowanie głównej bohaterki czasem irytuje, doprowadza na skraj cierpliwości, to już nie ta sama osoba co dawniej. Motyw z Lily (kim jest owa postać nie zdradzę, bo zepsułabym całą ciekawość czytania) jest (ale to moje zdanie, MOJE) naciągnięty i niemożliwie nieprawdopodobny. Pomimo całej magicznej otoczki pisarstwa autorki, morału wypływającego z książki (o którym za chwilę) - kontynuacja serii nie dorównuje niestety pierwszej części, która tak zawojowała świat. 

"Ale dobrze wiedziałam, jak maska, którą człowiek decyduje się pokazywać światu, może być zupełnie inna od tego, co dzieje się w środku".

Zdaję sobie, że moja opinia na temat tej książki jest skrajna; z jednej strony naprawdę bardzo mi się ona podobała, z drugiego punktu widzenia - jednak coś nie do końca mi tu zagrało. Może oczekiwałam zbyt wiele, może za bardzo wierzyłam w inne prawdopodobieństwo zdarzeń w życiu Lou. Wzruszałam się, śmiałam w głos; ponownie odłożyłam lekturę z przeświadczeniem, że muszę jak najwięcej wyciągnąć od swojego życia, zacząć je naprawdę doceniać, cieszyć się każdą małą przyjemnością dnia codziennego, uśmiechem zarażać innych ludzi, być lepszą pod każdym względem, by później spokojnie sobie spojrzeć w twarz. Wiem, że zawsze można wszystko zacząć od początku, bo nigdy nie jest za późno na szczęście. 

Brak obecności Willa jest chyba największą wadą tej książki; nie wiem czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego, co otrzymałam. Książka jest dobra, naprawdę dobra, jednak po lekturze pierwszej części - można wymagać więcej. Dużo więcej. Nie zmienia to faktu, że niedługo sięgnę po kolejne książki pani Moyes i być może ponownie będę nią zachwycona ;). Ocena taka a nie inna - głównie z powodu rozczarowania.

OCENIAM: 3/6!

Autor: Jojo Moyes
Tytuł: Kiedy odszedłeś
Seria: Zanim się pojawiłeś (tom 2)
Wydawnictwo: Między Słowami
Ilość stron: 495
Tłumaczenie: Nina Dzierżawska

Za książkę ogromnie dziękuję Księgarni taniaksiazka.pl ;)

10 komentarzy:

  1. Słyszałam że kontynuacja nie dorasta do pięt pierwszej części, która już od niemal miesiąca stoi u mnie na półce :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem strasznie ciekawa tej historii:) Oglądałam film "Zanim się pojawiłeś" i wywołał u mnie falę emocji. Teraz czas na książki:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie również w tej książce ogromnie, ogromnie brakowało Willa! Wszystko było takie jakby...puste... :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie czytałam pierwszej części, więc o drugiej nawet nie myślę. Szkoda jednak, że kontynuacja nie jest tak dobra jak jej poprzedniczka.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zdecydowanie nie chcę mi się czytać drugiego tomu. Jakoś nie za bardzo interesuje mnie dalsze życie Lou - tym bardziej, że książka zbiera przeróżne opinie, niektóre nie do końca pozytywne - tak jak Twoja.
    Pozdrawiam!
    houseofreaders.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. niewybaczalne rozczarowanie :< szkoda, jak sequele nie spełniają oczekiwań.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jestem w trakcie jej czytania. Świetna, ale pierwsza część zdecydowanie lepsza.

    OdpowiedzUsuń
  8. Na moim bibliotecznym stosiku czekają obie części, zobaczymy jak u mnie się przyjmie.. .;)

    OdpowiedzUsuń
  9. W końcu się zebrałam i poznałam Twoją opinię.
    I tak, wiem, o czym mówisz i szkoda, że nie mogłyśmy porozmawiać o tej książce, gdy już ją skończyłaś (bo jak rozmawiałyśmy, to miałaś jeszcze do przeczytania z 20/30 stron - tak kojarzę). Ale dobra, do rzeczy.

    Na pewno zgadzam się co do Lily - wątek naprawdę aż do bólu naciągany, a już końcówka i list od niej do sama-wiesz-kogo był takim gwoździem do trumny. Okej, ja wiem, że miało być dramatycznie, wiem, że miała być jakaś puenta, przypuszczam, że Moyes chciała, żeby czytelnicy śmiali i płakali jednocześnie... no ale nie! To było takie typowe granie na emocjach.

    Wątek rodziców Willa natomiast... cóż, tu mi w sumie grało. Skoro (SPOILER!) mieli się rozejść i a i tak pan tata już dawno w sumie zadawał się z tą kochanką, to to chociaż było spoko. Ale już o tym, jak Lily dramatyzowała, że dziadkowie jej nie chcą... tu już znowu było przesadzone...(KONIEC!).

    Także Moyes przechodziła ze skrajności w skrajność. Raz było dobrze, raz było źle. Na dobre-dobre spodobał mi się motyw Sama i tej "pomyłki z ojcostwem" - to było naprawdę fajnie rozegrane. Natomiast Lou nie była Lou, którą polubiłam w pierwszej części. Z jednej strony było mi przykro, a z drugiej strony to najlepiej zobrazowało fakt, że człowiek po śmierci bliskiej mu osoby przechodzi bardzo często poważną zmianę. Dlatego tutaj mogę to zrozumieć! ;)

    Nie napisałam do tej książki recenzji (dostałam ją od takiej uśmiechniętej blondyneczki z Krakowa z piękną dedykacją o pierwszej nad ranem :*), ale tutaj mogę podsumować. Książka nie jest mistrzostwem. Można było się bez niej obejść na plus dla autorki, LECZ w jakiś sposób ma "mini-misję" - obrazuje, że 1) Autor nie powinien pisać dlatego, że czytelnicy proszą go o kontynuację; 2) Ludzi żyjącym w traumie trzeba mocno kopnąć w dupę, żeby się ogarnęli! :D

    OdpowiedzUsuń