7.07.2016

Po prostu żyj!

     Dziś post o charakterze bardziej osobistym. Wciąż pozostaję pod urokiem książki "Me before you", oraz nie mogę się doczekać, aż w moje ręce wpadnie druga część serii, Kiedy odszedłeś. Fakt, mogłam więcej się opisać w recenzji tejże publikacji, ale wyszłoby tego dużo więcej, więc uznałam, że po prostu powstanie o tym, co chcę powiedzieć, osobny wpis. Lubię pisać tu o tym, co akurat mi w sercu gra, no to proszę. Tak to już jest.

Są filmy, są książki, które w ogromnej mierze unaoczniają to, czego na co dzień nie dostrzegamy. Ile musi się zdarzyć, byśmy tak naprawdę docenili życie? Do jakiej granicy należy dojść, by ujrzeć to, czego nie widzimy (lub nie chcemy zobaczyć) w szarej rzeczywistości? I film i książka Zanim się pojawiłeś potrafią nieźle sprowadzić człowieka z wyżyn mniemania o sobie i prawie do decydowania o swoim życiu do poziomu parteru, gdzie warto chociaż na chwilę się zatrzymać i nabyć swojego rodzaju refleksji, co tak naprawdę jest ważne. 



Dlaczego jestem pod takim wrażeniem dzieła pani Moyes?
Bo kompletnie mnie zahipnotyzowała.

Wiem, że dużo można powiedzieć o powieściach, które są uznane za genialne. I powiem szczerze, że sama mam ostrożne podejście do takowych publikacji, jednak tutaj muszę w pełni się zgodzić z tą opinią. Książka jest genialna; nie znam nikogo (i nie wyobrażam sobie takiej osoby!) kto mógłby powiedzieć o niej złe słowo. Fabuła, akcja, postacie, styl autorki... Bajka.

Jeśli jeszcze nie wiesz, co zrobić ze swoim życiem, powiem Ci to, to co Will rzekł Lou: PO PROSTU ŻYJ. A co to znaczy? Może uda mi się wyjaśnić; sama bowiem sobie to uświadomiłam, pozwól zatem, że opowiem Ci trochę też o sobie.

Czasem za bardzo się wszystkim przejmuję; naprawdę głupotami, jak teraz sobie o tym pomyślę. A to jakąś rozmową, a to wyjściem gdzieś, a to (dawniej) egzaminem. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że przecież to są nic nie warte pierdoły, z którymi na luzie da się żyć; że na świecie są ludzie, którzy mają po stokroć gorzej. Nie zdałabym egzaminu? Świat by się nie zawalił. Nie poszłaby mi jakaś rozmowa z kimś? Trudno, poszłaby inna. Jestem zdrowa, mam sprawne ręce, nogi, otwarty i chłonny umysł, czego chcieć więcej? Skoro powinno się to na maksa wykorzystać? No właśnie. Człowiek za bardzo przykłada wagę do skupiania się na swoich porażkach i niepowodzeniach, nie bacząc na to, że powinien się rozwijać, przeć przed siebie, brać z życia garściami, stawiając sobie nieustannie poprzeczkę. Ale po co, skoro wolimy się skupiać na głupotach nic nie znaczących na dłuższą metę? Historia Lou i Willa DOBITNIE uświadamia, jak w wielkim błędzie jesteśmy, w jak wielkim błędzie byłam, podchodząc do siebie aż tak egoistycznie. Skupiałam się na sobie, zamiast na tym, co mam. A to ważne. Zaczęłam doceniać swoje życie. Mogę przejść przez błotniste podwórko bez problemu (no dobra, może trochę pobrudzę sobie buty), ale zrobię to. Osoby niepełnosprawne nie mogą tak zaszaleć. Zrobię sobie kawę, a moim problemem wciąż będzie to, czy ma być czarna czy z mlekiem. Osoby niepełnosprawne są zależne od innych i to od ich bliskich zależy jaką kawę wypiją. Może to brutalne, ale prawdziwe. Codzienne rzeczy są tak bardzo przez nas niedoceniane. Warto zobaczyć z jakimi problemami boryka się Will, by w jednej chwili nauczyć się żyć.





W jednej sekundzie nauczyłam się doceniać to, co mam. Swoich bliskich, znajomych, otoczenie, pracę, możliwości, którymi obdarza mnie świat. Dawniej też bałam się tego, co nowe, nieznane; teraz wiem, że strach ma zwykle po prostu duże oczy, a diabeł nie jest taki straszny, jakim go malują. Warto próbować nowych rzeczy, zamiast od razu je krytykować; nigdy więcej takich błędów! Najważniejsze to wyciągnąć wnioski i zacząć zauważać życie. Bo mamy je jedno, prawda? Dzięki historii stworzonej przez Jojo Moyes wiem, że podobne sytuacje mogą zdarzyć się i mnie, więc choć trochę się dowiedziałam, jak to wygląda "od tej drugiej strony". I że nie zawsze na końcu opowieści występuje happy end. Bo życie to jednak nie bajka...

Ale warto przeżyć je tak, jakby każdy dzień miał być tym ostatnim.

Dlatego - doceń to, co masz i PO PROSTU ŻYJ.


Till the end.



*

PS.
Tak, jestem tym magistrem na 5! :)

16 komentarzy:

  1. Świetny post! Idealnie oddaje moje własne odczucia. Książką, która wrzuciła mnie do właśnie takiego jeziorka refleksji była "Dziewczyna z Pomarańczami" (serdecznie polecam, jeśli nie czytałaś). Niestety, jestem typem człowieka który przejmował się, przejmuje i zapewne będzie się przejmował takimi pierdołami, ale pod wpływem tego typu książek oraz mojej drugiej połówki zaczynam powoli odphszczać sobie właśnie takie "zmartwienia" i doceniać to, że co rano mogę samodzielnie wstać, usłyszeć budzik, zobaczyć która godzina, poczuć smak śniadania i dotknąć klamki od drzwi, bo przecież wiele ludzi nie może. Cierpią na ślepotę, głuchotę, paraliż... A my placzemy o niezdany egzamin.

    OdpowiedzUsuń
  2. Widzę, że książka mocno na Ciebie wpłynęła- zainspirowała Cię?- nie wiem, czy to dobre słowo. Ja również mocno się wszystkim przejmuję, ale ciężko mi to zmienić. Mam jednak nadzieję, że nadejdzie taki dzień, że ruszę przed siebie bez patrzenia wstecz. Tak, jak powiedziałaś, mamy tylko jedno życie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam, gdy książki wywołują takie emocje. To najlepsze co może dać nam słowo pisane.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zbyt często zapominamy o tym, co w życiu jest naprawdę ważne. Przejmujemy się naprawdę bzdetami a zauważamy to dopiero wtedy, kiedy mamy kontakt z człowiekiem, który MA PRAWO mówić, że ma problem. I co jest paradoksalne - wcale tego nie mówi!
    Postać Willa naprawdę odwzorowuje postać osoby niepełnosprawnej. Czy Will się kiedyś skarżył? Nie przypominam sobie. Był niemrawy, bez humoru... ale nie powtarzał wszystkim wkoło: "Ale ja mam problem!". Więc czy my mamy prawo tak powtarzać? Tak jak powiedziałaś - egzamin? Co to jest?! Zdany wcześniej czy później idzie w zapomnienie. Natomiast to, czy wstaniemy z łóżka o własnych siłach czy o czyichś... to jest prawdziwy dramat ludzki.
    Szczerze Ci powiem, że nie lubię ludzi, którzy narzekają. Czasami mam wrażenie, że ich nawet nienawidzę, ponieważ przez to wieczne narzekanie na jakieś bzdury nie zauważają tego, jakie mają szczęście!
    A ta książka to przypomina. Mamy szczęście! Ograniczenia są tylko w naszych głowach! Lou tylko na pozór była zadowolona z życia, który prowadziła... ale tak naprawdę mogła znacznie więcej. Ale dopóki ona tego nie zauważyła - nikt jej nie mógł zmusić do zmian!
    Każdy z nas potrzebuje takiego Willa przy sobie. Kogoś, kto będzie nam powtarzał: MOŻESZ WIĘCEJ! CO CIĘ POWSTRZYMUJE? MASZ TYLKO JEDNO ŻYCIE I TWOIM OBOWIĄZKIEM JEST PRZEŻYĆ JE DOBRZE! PO PROSTU ŻYJ!



    Mogę być Twoim "Willem", skoro już podarowałam Ci tę książkę? :D Mogę, mogę?! Mogę! To spróbuj mi kiedyś narzekać (chociaż akurat Tobie to nie groźne) :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo wartościowy post - dający bardzo dużo do myślenia; zmuszający do refleksji. Czasem mam wrażenie, że w naszej ludzkiej naturze leży po prostu utrudnianie sobie życia, przejmowanie się czymś tam błahym, że czasem to aż boli. Mimo, że nie czytałam ani nie widziałam filmu zawsze podziwiam osoby, które mimo przeciwności losu potrafią się cieszyć.
    Mam koleżankę - jeździ na wózku, a jest chyba najbardziej pozytywną osobą jaką znam! Zawsze uśmiechnięta, mająca dobre słowo dla każdego, umiejąca śmiać się z innymi i podchodząca do siebie na "luzie". Możemy własnie od takich ludzi się uczyć... i jeszcze od dzieci - ich cieszenie się ze wszystkiego i spontaniczna reakcja na napotkane przeszkody niejednokrotnie mnie zadziwiała!

    Pozdrawiam ciepło ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Czytałam,cudowna książka. Film troszkę mniej mi się podobał.

    OdpowiedzUsuń
  7. Gratuluję magistra!:) Good job!:)
    Hmm...coś o niepełnosprawności wiem...sama jestem, hehe;]. Tzn. nie tak jak Will, nie jeżdżę na wózku, mam wszystkie kończyny. To tylko choroba skórna...tylko, ale wykańcza czasami sakramencko...czasami, tak jak dziś, potrafi doprowadzić do rozpaczy nad własnym życiem:(.
    Najgorsze jest to, że nie zawsze doceniam te dni, kiedy jest dobrze i mogę cieszyć się tym, że jestem w dobrym stanie i mogę w miarę normalnie funkcjonować...muszę wreszcie się tego nauczyć;].

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo interesujący post, a książkę naprawdę muszę przeczytać. Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Dużo słyszałam o książce, jak i o filmie, nie wiem nawet czy nie za dużo. Niestety gdy o czymś jest zbyt głośno, to trochę mnie to zraża do siebie, ale bardzo chciałabym kiedyś zapoznać się z tą historią, bo coś czuję że przypadłaby mi do gustu :) Gratuluję magistra! Pozdrawiam, Darin Kr blog.

    OdpowiedzUsuń
  10. Poruszyłaś mnie swoim postem....
    Muszę koniecznie poznać tę książkę i film.

    OdpowiedzUsuń
  11. Widzę, że sporo osób pod wielkim wrażeniem tego filmu, więc czekam aż będzie w necie (a może już jest, idę sprawdzić :)) i oglądam. A chwila... miałam iść na to ostatnio do kina, ale wybrałam Dory (polecam 10/10)

    OdpowiedzUsuń
  12. bardzo mądrze, żyjmy i cieszmy się życiem! mamy powody, dach nad głową, jedzenie, nawet takie niezwykłe luksusy jak technologia i internet.. nie warto przejmować się głupotami :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Bardzo wartościowy post! Mnie również ta książka wiele uświadomiła, a Twój wpis tak pięknie o tym przypomniał...
    Często żyjemy, przejmując się takimi błahostkami. Olewamy ,,tu i teraz". A tymczasem życie jest takie ulotne...

    Gratulacje, pani magister! :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Aż łezka stanęła mi w oku, kiedy czytałam ten post... Trafił prosto do mojego serca i śmiało mogę nazwać go wartościowym. Czytałam książkę pani Moyes i oglądałam film. Również pozwolił mi zastanowić się nad pewnymi sprawami, ale to Ty obudziłaś prawdziwą refleksję...
    Dziękuję bardzo!
    Pozdrawiam Cię cieplutko!
    Zapraszam do mnie na recenzję książki "Jak najdalej stąd",
    Isabelle West
    Z książkami przy kawie

    OdpowiedzUsuń