12.26.2016

"Love, Rosie" Cecelia Ahern

     To zabawne, jak długo mijałam tę książkę na półkach księgarni; jak bardzo odsuwałam od siebie myśl przeczytania jej, w końcu tak bardzo wszyscy twierdzili, iż film na jej podstawie jest po stokroć lepszy od lektury. Ale, że: u mnie zawsze trwa ta sama zasada - najpierw książka, później film; i gdy publikacja sama wpadła w moje ręce w ramach świątecznego prezentu... Wydarzyło się to, co wydarzyć się musiało. I dziś chcę o tym opowiedzieć, a później pewnie część z Was nie przyzna mi racji.



"Można uciekać i uciekać w nieskończoność, ale prawda jest taka, że wszędzie tam, gdzie się zatrzymasz, dopadnie Cię Twoje życie".

Alex Stewart i Rosie Dunne to para najlepszych przyjaciół od dzieciństwa; zawsze wszędzie przebywają razem, jedno niczego nie może ukryć przed drugim, powierzają sobie sekrety i tajemnice, wspierają się w każdej sprawie, planują przyszłość pod kątem wspólnego studiowania w Bostonie. Alex od zawsze pragnął być lekarzem, Rosie chce założyć swój własny hotel. Niestety, wszelkie zamierzenia psuje informacja, iż Alex przenosi się wcześniej do Stanów wraz ze swoimi rodzicami. Młodzi nie załamują się; wiedzą iż przeprowadzka Rosie to jedynie kwestia czasu. Jednak los bywa przewrotny. Rosie bowiem nigdy do Bostonu nie dotrze... 

"Życie jest zabawne, prawda? Kiedy już myślisz, że wszystko sobie poukładałeś, kiedy zaczynasz snuć plany i cieszyć się tym, że nareszcie wiesz, w którym kierunku zmierzasz, ścieżki stają się kręte, drogowskazy znikają, wiatr zaczyna wiać we wszystkie strony świata, północ staje się południem, wschód zachodem i kompletnie się gubisz. Tak łatwo jest się zgubić".

Cała powieść to zbiór maili, wiadomości z komunikatorów, listów przesyłanych sobie przez bohaterów powieści; nie tylko Rosie i Alexa, ale i ich przyjaciół, rodziny, znajomych. Z tej formy komunikacji dowiadujemy się, jak każde z nich układa sobie życie, jak spełnia swoje marzenia, plany i zamiary, jak podejmuje odpowiednie bądź i nie decyzje,  jak codziennie zmaga się z problemami (i tymi błahymi, jak i tymi większymi). Rosie i Alex utrzymują z sobą kontakt przez prawie pięćdziesiąt lat, nadal, tak jak w dzieciństwie, zwierzając się sobie ze swoich przemyśleń, rozterek, szukając porady i ukojenia w rozmowie z najlepszym przyjacielem. Nie da się jednak ukryć, iż każde z nich chcąc nie chcąc wybrało kompletnie inną życiową drogę od tego drugiego, przez co kłótnie i zawieszenia w kontaktach są nieuniknione. Tym bardziej, iż i jedno i drugie w końcu zaczyna się gubić we własnych uczuciach, dochodząc do wniosku, co by było gdyby...

Nie ukrywam, iż prozę pani Ahern uwielbiam; bardzo chciałabym przeczytać każdą z jej książek, za każdym bowiem razem odnajduję w jej twórczości pierwiastek czegoś innego, nowego. Przepełniająca Czytelnika afirmacja życia i jego codzienności wylewa się z każdej strony, do tego dochodzi tu nowe przesłanie, a właściwie dwa: nie marnuj czasu na rzeczy nieistotne, zacznij żyć, oraz że na pewne rzeczy NIGDY nie jest za późno. Prędzej czy później los się uśmiechnie, płatając figla. "Love, Rosie" to urocza, ciepła opowieść o tym, że pomimo błędów popełnianych każdego dnia, w końcu przyjdzie czas na podjęcie tej dobrej, jedynej, najważniejszej decyzji, ważącej na całokształcie. Że pewnego dnia obudzisz się z myślą, że wygrałeś/aś życie. To historia o tym, jak uważnie trzeba patrzeć, by nie przegapić szczęścia, którego się ciągle szuka, a które jest tuż pod nosem. Czasem to, co najważniejsze, jest tuż obok, wręcz krzyczy, by po nie sięgnąć. 

50 lat. Pięćdziesiąt lat. Tyle czasu czekania. Czy bohaterom się udało przetrwać tę próbę?

Po lekturze, zabrałam się za film; w końcu tyle pozytywnych recenzji się naczytałam, byłam świeżo po książce, główną rolę gra tam sam Sam Claflin (tak, ten z sam z "Me before you"), więc, pełna nadziei i radości zasiadłam wraz z Darcym do seansu. I... Nie powiem, film super, naprawdę z przesłaniem, zabawny, momentami wzruszający, ale... Nie mogę się zgodzić z twierdzeniem, że jest lepszy od książki. Według mnie, nie jest. Nie jest AŻ tak głęboki, poruszający, jak pismo pani Ahern. Rozumiem, że w ekranizacji pominięto kilka wątków, zmieniono je, by uprościć cały scenariusz i finalny efekt, jednak... To nie to samo. Na filmie nie płakałam tak jak nad książką; to ona wyzwoliła we mnie najwrażliwsze struny, to podczas czytania zastanawiałam się, jak bardzo kruche i nietrwałe jest życie, jak przez jedną źle podjętą decyzję może się ono diametralnie zmienić, jak bardzo należy doceniać tych ludzi, których się ma blisko siebie, jak właściwie należy dbać o przyjaciół, pomimo zmiany przez nich miejsca zamieszkania czy nawet cech charakteru, jak wiele może przetrwać prawdziwa przyjaźń i jak szczęście leży wręcz na ulicy. Są liczni, którzy twierdzą, że film jest lepiej zrobiony, ale... To książka niesie z sobą TEN sens, to przesłanie, to drugie dno, na podstawie których właśnie ów film powstał. I nie, nie przeszkadza(ła) mi wcale forma powieści; wręcz przeciwnie. Dzięki tym listom zrozumiałam, że sama również mogę to robić; pisać mailowe listy do przyjaciół, którzy są daleko. Bo chcę być na bieżąco w ich życiu, chcę wiedzieć co się u nich dzieje, w najdrobniejszymi szczegółami. Bo to jest właśnie przyjaźń - niezależnie gdzie jesteśmy, zawsze będziemy trwać w czymś razem...

Oczywiście polecam, bardzo gorąco. To jedna z tych książek, które zapamiętuje się na zawsze. Pełna ciepła, humoru ale i momentami goryczy opowieść o czekaniu, umieraniu z MIŁOŚCI, docenianiu codzienności. Pani Ahern, kolejna świetna robota! :)


Uwielbiam, uwielbiam! 

Cała obsada dobrana idealnie. Film jest uroczy, tętniący tęsknotą, marzeniem o lepszej przyszłości, sensem czekania, bo to, co ma przyjść i tak nadejdzie.








OCENIAM: 6/6!

Autor: Cecelia Ahern
Tytuł: Love, Rosie (pierwotnie: "Na końcu tęczy")
Wydawnictwo: Akurat
Ilość stron: 512
Tłumaczenie: Joanna Grabarek

A po więcej kobiecych spraw do omówienia (i nie tylko!) zapraszam tutaj: KobiecePorady ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz