5.17.2016

"Być jak płynąca rzeka" Paulo Coelho

     Zacząć muszę od tego, iż w tym roku otwieram się (wprawdzie powoli, ale odważnie) na publikacje, po które nie sięgnęłabym nie wiem, czy bym sięgnęła jeszcze kilka miesięcy temu. Z różnych powodów. A to niechęci (dziś już zupełnie nieuzasadnionej) do kryminałów, thrillerów, a to uwielbienia dla klasyki brytyjskiej, przez co odstawiałam na bok inne pozycje, godne uwagi. Błąd. Teraz już wiem, że nie warto się zamykać w jednym gatunku, bo można przegapić coś naprawdę interesującego i porywającego. Nie, żeby dzisiaj opisywana książka niemożliwie mnie pochłonęła czy pogruchotała emocjonalnie; faktem jednak jest, że w końcu dorwałam autora, którym tak zachwyca się cały świat (a po którego do tej pory nie sięgałam). Ale dlaczego? 



"Miłość zmienia, miłość uzdrawia. Czasem jednak tworzy śmiertelne zasadzki i niszczy osobę, która postanowiła się poświęcić. Cóż to za skomplikowane uczucie, które tak naprawdę jest jedynym powodem, dla którego żyjemy, walczymy, staramy się być lepsi?"

Autora chyba nie muszę przedstawiać. To chyba najczęściej cytowana osoba (teraz czasem i w żartach) w dzisiejszym świecie. Brazylijski pisarz szturmem skradł serca ludzi na całym globie przez swoje filozoficzne mądrości głoszone w swoich książkach. Nie powiem, jego ogromna popularność skutecznie odstraszała mnie od sięgnięcia po tak wymagającą oczywistą lekturę; jednak są momenty, gdy kupujesz książkę nie zastanawiając się nad samym owym faktem. Jakaż to okazja? Nie będę górnolotnie się rozpisywać. Powiem po prostu: promocja w Biedronce. Powyższy egzemplarz dostałam za niecałe 10zł i to właśnie TO jest powód przeczytania czegoś pana Coelho. I wiecie co? Jestem w stanie zrozumieć czym zachwycają się miliony ludzi. 

Być jak płynąca rzeka to zbiór króciutkich opowiadań zaczerpniętych z wielopłaszczyznowej pisarskiej działalności Coelho. Nie powiem, ucieszyłam się, że trafiłam właśnie na taką formę jego dzieła, gdyż otrzymałam po trochę z każdej książki, przez co mogłam uważniej poznać fenomen tego pana. Filozoficzne rozważania na każdy temat, głębokie spojrzenie na pozornie uciekające momenty codzienności, dostrzeżenie w małych rzeczach tego, co najistotniejsze, uwypuklenie refleksyjności nad życiem... Jeszcze niedawno nie wierzyłam, że filozofia może być literaturą. A jednak.

"Może istnieć sto sposobów komunikowania się we współczesnym świecie, ale nic nie zastąpi ludzkiego spojrzenia".

Ktoś powie, że Coelho pisze prosto, klarownie; że jest momentami kolokwialny, przewidywalny, że jego teksty nie wnoszą nic nowego do dzisiejszej literatury, czy zwyczajnego świata. Ja też to powiem, ale w zupełnie innym kontekście. Coleho właśnie przez swoją prostolinijność i niesamowitą szczerość z czytelnikami, oraz z samym sobą jest ogromnie wiarygodny i doceniany. Jego spojrzenie na życie, na każdy jego aspekt, dostrzeganie tego, czego my w codzienności zabiegania, wyścigu o wszystko, nie zauważamy - to właśnie to. To właśnie to, czego brakuje dzisiejszym górnolotnym lekturom, chwalącym wartości bez pokrycia; a przecież chodzi o to, by zachować w sobie człowieczeństwo, które tak bardzo dziś już zanika. Może i autor powtarza kilka razy jedno i to samo zdanie, ale tylko po to, by CAŁY CZAS przypominać czytelnikowi, o co tak naprawdę chodzi, co jest SERIO ważne w życiu. Przykłady z życia codziennego ilustrują jego poglądy, uświadamiając prostotę ludzkiej emocjonalności. Nie wiem czemu tak uciekałam od "tego Coelho", nie dając mu szansy przebicia się do mojego środka; teraz jednak wiem, że błędy można naprawić. Książka może nie jest wymagająca, może nie jest (dla mnie) szczytem literatury światowej, może nie wrócę do niej już nigdy, ale na pewno zostanie w serduchu, chociażby po to, by docenić małe rzeczy, których do tej pory nie dostrzegałam. 

"(...) każdy człowiek może uświęcić zadanie, jakie mu powierza życie".

Dobra, filozoficzna lektura, dla ludzi lubiących podobne klimaty, ale i dla osób, które w szybkości swojego życia czasem zapominają o tym, co naprawdę istotne. Zatrzymaj się na moment i uświadom sobie, jak wiele masz i jak dużo możesz z tym zrobić.

OCENIAM: 4/6! 

Autor: Paulo Coelho
Tytuł: Być jak płynąca rzeka
Wydawnictwo: Świat Książki
Ilość stron: 287
Tłumaczenie: Zofia Stanisławska


Książka idealna podczas podróży!

5.13.2016

"Niebo nad pustynią" Anna Łacina [BOOK TOUR!]

     Są takie książki, po które, bym nie sięgnęła. Z różnych powodów. I nie chodzi tu o rodzaj gatunku; czy jest dla mnie czy nie. Niektórzy polscy autorzy giną w natłoku tych zagranicznych, a ich mniej popularne powieści pod stosem tych "na czasie". Jestem tylko człowiekiem, który nie zawsze jest na bieżąco z rynkiem literackim, nad czym ogromnie ubolewam; chciałabym móc dzień w dzień obserwować nowości, premiery szturmem podbijające księgarnie, odkrywać nowych pisarzy, którzy podbiją moje serce. Na szczęście każdy człowiek jest inny i istnieje coś takiego jak "nić porozumienia", więź, która każe ci powiedzieć: POLECAM CI TĘ KSIĄŻKĘ. I po prostu ją czytasz, bo znajomy ci ją zareklamował. I co? I nagle się okazuje, że dostrzegasz coś innego, coś wspaniałego; nowy autor, nowa książka, nowe obrażenia na duszy. I wiesz, że już nic nie będzie takie samo.

Dokładnie tak jest z Niebem nad pustynią Anny Łaciny. Nie słyszałam wcześniej o owej pani; nie siedzę na co dzień w polskiej literaturze, tym bardziej określanej mianem "familijnej". Dopiero dzięki Marcie z Wymarzonej Książki miałam okazję poznać autorkę, jej książkę ii... Zakochać się w całości. BookTour to jednak super sprawa! Książkę ze swoimi uwagami i zaznaczonymi cytatami posłałam dalej w świat, a dziś przychodzę do Was z kilkoma słowami na jej temat. Siadajcie, bierzcie kubek kawy i lecimy ;).



"Przyjaciel zasługuje na prawdę".

Anastazja, Klara, Albert i Damian. Czwórka nastoletnich bohaterów, z których nikt nie jest tym, na kogo wygląda; każdy skrywa tajemnicę, która nie zawsze jest godna ujawnienia. Anastazja posiada rany nie tylko na ciele, ale i w psychice, Klara nigdy nie ściąga ciemnych ubrań, Damianowi wydaje się, że świat rzeczywisty pokrywa się z tym z gier komputerowych, a Albert wydaje się niepokojąco idealny. A cała akcja powieści toczy się pod rozpalonym słońcem Egiptu na wczasach all inclusive. Szczerze? Najpierw pomyślałam, że to kolejna, zwyczajna historyjka dla młodzieży; w dodatku jakoś naciągana, no bo gdzie Egipt, gdzie polska rzeczywistość, gdzie taka fabuła... I co? I znowu się pomyliłam, bo przepadłam, a przeżarte serce z emocji do teraz zbieram w kawałki. 

Anastazja jest beznadziejnie zakochana w Damianie, który oczywiście nie zwraca na nią najmniejszej uwagi. Przypadkiem podsłuchana rozmowa, gdy chłopak chwali się kolegom o planowanych rodzinnych feriach w Egipcie, zaszczepia w dziewczynie szalony pomysł. Pomysł, który spotyka się z aprobatą rodziców i... Para spotyka się w egipskim hotelu. Człowiek to rzeczownik, a rzeczownikiem rządzą przypadki. To jeden z morałów, którymi kieruję się w życiu. Co do tego jednak zaczęłam mieć wątpliwości. Ach, pani Anno, jak to się stało! :) Klara podczas pobytu w hotelu opiekuje się babcią, wciąż żałując, że to ona, a nie jej młodsze rodzeństwo ma szansę zasmakować luksusu wakacji, Damian najwyraźniej się nudzi, chcąc się ciągle alienować od reszty społeczeństwa, a Albert zaskakująco, nawet zbyt altruistycznie podchodzi do życia. Wydawać by się mogło, że problemy nastolatków to wydmuchana, pobłażliwa historia, na którą spojrzeć można z przymrużeniem oka, pozwalając jej przeciec przez palce. Nic bardziej mylnego. Każda z postaci to osobna opowieść, odkrywająca wraz z postępem Nieba nad pustynią kolejne karty. Niektóre mną wstrząsnęły, inne wzruszyły. Ogrom emocji otoczył mnie z każdej strony; nie tego się spodziewałam, dostałam bowiem dużo, dużo więcej.  

"Kiedy umiera nam ktoś bliski, to jest właśnie trochę tak, jakbyśmy wysyłali przed sobą kolejną paczkę ze skarbami. A przyjdzie czas, gdy sami wsiądziemy do tego pociągu".

Polska autorka, polska książka, a TAK wspaniale potrafi poruszyć każdego, zapewniam! Trudne tematy, których zawsze obawiam się na łamach lektury, zostały tutaj tak zgrabnie przedstawione, jednocześnie nie oszczędzając czytelnika. PRAWDZIWI ludzie, żadnej gloryfikacji; spokojnie można wejść w skórę bohaterów, zastanawiając się "co ja bym zrobił w danej sytuacji?" - sama utożsamiałam się czy to z Anastazją czy to z Klarą, próbując zrozumieć ich motywy postępowania. Ogromne brawa również za przybliżenie kultury Egiptu; języka arabskiego, zachowania mieszkańców, klimatu gorącej pustyni... Przepadłam, no przepadłam.

Ale wiecie co wyniosłam najważniejszego z tej lektury? Że KAŻDY, niezależnie od wieku, ma swoje kłopoty, problemy, z którymi się zmaga; nawet bardzo młody człowiek może mieć już swój spory bagaż doświadczeń, który nie każda osoba jest w stanie zrozumieć. Ważne, by NIGDY nie oceniać po pozorach, drwiąc z czyichś słabości, bo nigdy nie wiemy, czym one są dyktowane. Czasem słabość można zamienić w najmocniejszą stronę; bo jak wiadomo, co nas nie zabije... Człowiek im więcej razy upadnie, tyle razy wstaje silniejszy i nie można o tym zapomnieć. Żeby odbić się od dna, najpierw trzeba w nie uderzyć. Kwestia tego, czy mamy kogoś, kto nam pomoże. I o to właśnie chodzi w życiu. By mieć najbliższych, sprawdzonych, którzy będą stać u naszego boku bez względu na wszystko. Bez wsparcia drugiego, człowiek jest słaby jak trzcina na wietrze; warto walczyć o możliwość posiadania kogoś do pokochania i kogoś, kto pokocha nas. 

Książka familijna? Tak, bo do bólu uniwersalna. Otwierająca nasze serca na wszelkie pozytywne uczucia; czułość, wrażliwość, empatię, chęć pomocy. Oprócz serc otwiera też oczy. Nadzwyczaj dobitnie. No i zakończenie.,. Nie wytrzymam, ta książka poraża wspaniałością wylewającą się z każdej strony. Nie mogę się doczekać momentu przeczytania wszystkich książek autorki. Mogę powiedzieć tylko jedno: dziękuję za obrażenia na mojej duszy.




<3!


OCENIAM: 6/6!

Autor: Anna Łacina
Tytuł: Niebo nad pustynią
Seria: Seria z kropką
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Ilość stron: 432

Przepełnia mnie duma, że mogłam rozpocząc tego Book Tour'a, ta książka powinna trafić do jak największego grona odbiorców! Czytajcie i chwalcie, bo ta publikacja naprawdę na to zasługuje! :)

Dzięki Marcie: Wymarzona Książka
Dzięki Wydawnictwu: Nasza Księgarnia

*

Stuknęło nam STO TYSIĘCY wyświetleń, nie wytrzymam! Kocham Was! 

5.11.2016

Co Ci daje bycie blogerem książkowym? Część trzecia!

     To już trzecia część z tego mojego osobistego cyklu. Ale cieszę się, że spotyka się to z takim pozytywnym odzewem z Waszej strony! Mam jeszcze coś do powiedzenia na temat korzyści płynących z prowadzenia książkowego bloga, a jakże! Dlatego zapraszam Was na ciąg dalszy moich wywodów ;). Dziś może trochę o tych "ciemniejszych barwach".

Odpowiedziałam na najczęściej zadawane mi pytania przez znajomych; jakie to niby korzyści (zwłaszcza te materialne) na mnie spływają. Niektórzy śmieją się, że nie jestem profesjonalną recenzentką - nigdy tego nie ukrywałam i nigdy mi na tym nie zależało. Uważam, że aby wyrazić swoje zdanie na temat jakiejś książki, wcale nie trzeba mieć do tego specjalnych kwalifikacji czy uprawnień. Nawet studia, które skończyłam (filologia polska) nie upoważniają mnie do nazywania siebie recenzentem przez duże R; mogą mi jedynie pomóc przy budowaniu odpowiednich zdań i konstrukcji, tak, żeby nie porazić Was swoją beznadziejnością. To mi chyba jednak nie grozi. Czasem jak czytam niektóre blogi, gdzie autorzy rzadko sprawdzają ortograficzną poprawność danych słów, lub ich "recenzja" ogranicza się do kilku zdań... Zastanawiam się, jaki ma sens nazywanie swojej działalności właśnie "recenzowaniem". Ale o tym może innym razem. Wracając. Tak, śmieją się. Że niby moje zdanie coś zmienia? Nie sądzę. Jednak wydawnictwom zależy na zdaniu blogerów; wystarczy wejść na jakikolwiek portal literacki, wszędzie królują nazwy blogów z linkami do recenzji. Każdy chce mieć swoją podpórkę w sieci, ja również. A to, że ktoś to czyta? To tylko sprawia mi radość, ja to lubię, nikogo więc nie powinno obchodzić, czy robię to profesjonalnie czy nie. Blog należy do mnie i tu rządzi moje zdanie.

Że ci się chce?

Za każdym razem rozbraja mnie to pytanie. Tak, do jasnej cholery, chce mi się! Nie jestem kanapowym leniem, który jedyną rozrywkę odnajduje w przeskakiwaniu po telewizyjnych kanałach, nazywając siebie władcą pilota. Owszem, oglądam seriale, nie jestem telewizyjną ignorantką, ale jeśli chcę robić coś ponad to, to nikomu nic do tego. Mój wolny czas jest moją sprawą i mogę w nim robić co chcę. Ktoś hoduje rośliny i im poświęca czas, ktoś zbiera znaczki i im poświęca czas, ktoś nałogowo uprawia sporty i im poświęca czas, ja prowadzę sobie WK i to jej poświęcam czas, tym bardziej, że lubię wracać do swoich zapisków sprzed kilku miesięcy. Tyle w temacie.

A teraz może o tym, czego sama nie lubię w blogowaniu. Tak, są takie rzeczy ;D. Cześć z Was może mnie za to zhejtuje, ale wiecie jakie mam zdanie... Mój blog, moje rozważania, Wasza decyzja, czy chcecie to czytać i czy się z tym zgodzicie czy nie. Wolny wybór.

Irytuje mnie kilka spraw. Jeśli chodzi o wydawnictwa, jest to wysyłanie mi książek, których nie zamawiałam. Ktoś powie "o co ci chodzi frajerko, tak strasznie kochasz książki, a wściekasz się, że ktoś ci je wysyła? To nic, że są kompletnie nie w twoim guście; powinnaś je przeczytać z pocałowaniem ręki, napisać pochlebną recenzję i cieszyć się, że ktoś w ogóle o tobie pomyślał". Jeszcze jakiś czas temu właśnie sama bym tak pomyślała, że o co tym blogerom chodzi, skoro mogą mieć książkę za darmo, to po co jeszcze narzekają? Otóż właśnie. Dziękuję za książkę, ale jeśli jest ona kompletnie nie dla mnie, raczej moja recenzja nie będzie przychylna, a kłamać nie zamierzam. Wciskać kity, że publikacja jest mega hiper super, mimo, że męczyłam się przy niej niesamowicie? Nie, nie, nie, nie moja bajka. Przykro mi. Wiem czego chcę i jeśli zależy mi na jakiejś konkretnej książce, właśnie o nią proszę przedstawiciela danego wydawnictwa; jeśli przysyłają mi coś innego - grzecznie informuję, że ewentualnie przeczytam, ale w wolnej chwili, bo niestety najpierw wybieram to, co mnie interesuje. Szkoda mi czasu na gnioty - przykro to mówić, ale takie książki wciąż istnieją na naszym rynku. Hejtujcie, ale ulżyło mi. Zawsze chciałam o tym napisać.

Jeśli chodzi o innych blogerów, to nie znoszę historii "obs za obs, kom za kom". Znacie to? Chyba nie muszę tłumaczyć, jak niskie wysokie pokłady zażenowania we mnie to powoduje? Dziękuję za zrozumienie. Mam ochotę tłuc głową w ścianę, gdy widzę coś takiego. Nigdy nie dołączam do obserwacji blogów, które mnie nie interesują. Czasem możecie myśleć, że Was nie czytam. Ale czytam zawsze. Nie zawsze mam po prostu czas by skomentować. Wiem, że komentarze nabijają w jakiś sposób tam statystyki, że to nie zajmuje wiele, ale... Wiecie jak jest... Przepraszam za to, nadrabiam, gdy tylko mogę, ale wierni czytelnicy to tacy, którzy są zawsze, nie tylko w momencie ciągłej działalności, ale i w momencie chwilowego braku weny ;).

Co mi jeszcze czasem przeszkadza... To niemożność bycia ciągle "na bieżąco" w literackim świecie; na rynku wydawniczym. Nie zawsze mogę zapoznać się "na czas" z nowościami, premierami, są dni gdy po prostu muszę odpocząć od książek. Złoszczę się sama na siebie o to, ale nic nie poradzę. Zwłaszcza teraz, gdy dostałam pracę. Czasem obiecuję sobie i wydawnictwom, że recenzja będzie wtedy a wtedy, a później okazuje się, że nie mam JAK ogarnąć tematu... Bywa. Niczego nie da się na 100% przewidzieć. Ale staram się! Staram! :)

Mam nadzieję, że wytrwaliście do końca. Pozdrawiam! <3


Właśnie tak! :)

5.07.2016

"I nie było już nikogo" Agat(h)a Christie

     Czytając różne książki, zawsze gdzieś z tyłu głowy miałam myśl w rodzaju "Boże, czytam głupoty, zamiast wziąć się za jakąś klasykę gatunku"; jeśli chodzi o kryminały/horrory/thrillery - czy to Kinga, którego jeszcze nie miałam okazji poznać,  czy Nesbo, czy właśnie pani Christie, z którą dziś do was przychodzę. Kultowi autorzy "kryminalni"zawsze gdzieś mi uciekali, nie pozwalając się poznać. Nie wiem czemu, bo po lekturze I nie było już nikogo... 

Chyba nie spocznę dopóki nie poznam KAŻDEJ książki Christie. Poważnie.



"Nie zwracali uwagi na pozory, nie silili się na konwencjonalną rozmowę. Byli wrogami, których przykuwał do siebie jedynie instynkt samoobrony".

Gdyby nie moja wizyta w Gdańsku u Marty i jej zachwyty, uwielbienie, wszelkiego rodzaju ochy i achy nad twórczością Christie - pewnie wciąż żyłabym w niewiedzy, iż istnieje taka literacka genialność.  Marta chwaliła, ja kiwałam głową z politowaniem (Marta, tego nie czytaj teraz!), że gdzie ja będę się zaczytywać w kryminałach, że to kompletnie nie dla mnie, że przeczytam, żeby Cecelskiej smutno nie było, tym bardziej, że książkową ową rzuciła mi w twarz obdarowała mnie o trzeciej w nocy, zaraz po moim przyjeździe :D. Nie powiem, okładka mnie PORWAŁA od razu, samo wydanie książeczki (ma zaledwie 200 stron!) również. Lubię dobre i precyzyjne wydania; takie zrobione kompletnie "byle jak" zupełnie do mnie nie przemawiają. 

A, że miałam przed sobą pięć godzin w pociągu...

Przepadłam kompletnie. 

Autorki nikomu przedstawiać nie trzeba; Christie to postać kultowa, jej książki obrastają legendami, nie znam osoby, która by chociaż w przelocie gdzieś, jakoś, o niej nie słyszała. Ja też kojarzyłam nazwisko, ale do publikacji mnie nie ciągnęło. Aż do teraz... Brak słów, by przelać tu wszelkie zachwyty jakimi umiałabym dysponować w tej chwili. Jedno wiem na pewno, przygoda z Christie dopiero się zaczyna... Wszystko przede mną! 

Na tajemniczą Wyspę Żołnierzyków przybywa równie tajemniczo zaproszonych dziesięć osób. Każda z nich znajduje się na wyspie w konkretnym celu, jednak okazuje się, że nic nie jest takie, jakie się wydaje. Gdy goście zaczynają ginąć, a dodatkowym przerażającym czynnikiem jest to, iż śmierci znajdują swoje odzwierciedlenie w wierszyku o dziesięciu żołnierzykach... Zaczyna się prawdziwa walka instynktów; wynaturzenia ludzkich odruchów, zaniku człowieczeństwa. Ile człowiek jest w stanie zrobić, by przeżyć? Jak bardzo winy z przeszłości odnajdują się w teraźniejszości? Jak daleko mogą zabrnąć wyrzuty sumienia i do czego są w stanie skłonić zaszczutego przez siebie człowieka? 

Nie mogłam się oderwać od tej historii; każda z postaci zostaje wyraźnie zarysowana, możemy pokrótce wniknąć w każdej psychologiczny aspekt, poznać motywy działania, odkryć to, co wcześniej wydawałoby się wiecznym sekretem. To przerażające, jak przewidywalna i zwierzęca potrafi być ludzka natura... Ile jest się w stanie poświęcić w imię wszelako pojętego egoizmu. Pani Christie dowiodła swojej wielkości, jeśli chodzi o mistrzostwo dobrze skonstruowanego kryminału. Stawiam ją na równi z Larssonem, jeśli chodzi o ujęcie mojego serducha i zaszczepienie w nim uwielbienia dla tego gatunku! 

"Łatwiej uwierzyć w kłamstwo niż w prawdę".

Do samego końca nie wiedziałam, kto stoi za morderstwami; żadna z osób nie miała możliwości ucieczki, skomunikowania się ze światem zewnętrznym, perfekcyjnie skonstruowana intryga skutecznie to utrudniała... No cóż mogę więcej powiedzieć, polecam, polecam serdecznie! Kto jeszcze nie czytał, a wydaje mu się, że kryminały nie są dla niego... Z ręką na sercu mogę powiedzieć: nie popełniaj mojego błędu i czym prędzej sięgaj po tę książkę.

OCENIAM: 6/6!

Autor: Agatha Christie 
Tytuł: I nie było już nikogo
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Ilość stron: 212
Tłumaczenie: Roman Chrząstowski



Chciałabym już zawsze dostawać takie książki w ramach prezentu! <3

5.05.2016

Moja II gdańska przygoda!

     Marta już zdążyła opublikować swoją relację z mojego pobytu w Gdańsku; ja zebrałam się dopiero teraz, musiałam odespać/nadrobić zaległości na uczelni/chodzić do pracy (bo dostałam pracę, hurra ja, koniec laby tak bardzo :)). Jest piątek, świeci słońce, a ja patrząc na zdjęcia, nie mogę uwierzyć, że jeszcze kilka dni temu o tej porze po prostu siedziałam na plaży. Kto nie chce czytać tego osobistego (kolejnego, ale cóż!) wpisu - może właśnie w tym momencie wyjść. Kto woli zostać i popatrzeć jak zacnie bawią się dwie młode damy na weekendach - niech siada wygodnie, bierze kubek z kawą i zazdrości!




Zaczęło się właśnie na tym przystanku. Zdjęcie z miejsca odjazdów i przyjazdów w najróżniejsze zakątki obowiązkowe! Ci co czytali relację Marty, wiedzą, że na miejsce mego przeznaczenia przybyłam dopiero przed trzecią nad ranem - jechałam z koleżanką autem, a z racji korków wyszło tak jak wyszło. Ale Marta nie spała! Cierpliwie czekała, aż w końcu gdy ja, zdjęta trudami podróży wylądowałam na Klonowym przystanku. Myślicie, że poszłyśmy spać? A skąd. Marta łasuch pospolity wyjęła PUDŁO lodów, które zaszczytnie pochłaniałyśmy do prawie piątej, wciąż nie mogąc się nagadać. Wiedziałyśmy, że czekają nas bardzo intensywne dwa dni, więc chciałyśmy wspólny czas wykorzystać do granic możliwości! 

Jaki prezent dostałam rano, zobaczyć mogliście na blogowym fcb; ale ja wciąż nie mogę się nim nacieszyć!




Po takim pięknym poranku nie pozostało nam nic innego jak ruszyć w drogę, by zobaczyć kolejne wspaniałe gdańskie miejsca! Nie będę Wam opisywać szczegółowo w kolejności atrakcji, których dane mi było doświadczyć; bo zwyczajnie nie wystarczyłoby mi czasu i miejsca tutaj, by to wszyyystko spisać! Pokrótce jednak było tak: zaliczyłyśmy Górę Gradową, wzgórze widokowe, pomnik Heweliusza (znanego gdańskiego browarnika, tylko zapamiętałam z obszernej notatki pod jego podobizną :D), moją ulubioną już Bramę Wyżynną (jak zwykłam mawiać Więzienną :D), oraz oczywiście PLAŻĘ! W niedzielę wpadłyśmy też ze znajomymi Marty do EscapeRoomu, gdzie najedliśmy się strachu przy rozwiązywaniu zagadek z cyklu nawiedzonego cmentarza; w ostatnich sekundach udało nam się uwolnić z pokoju, w którym zostaliśmy zamknięci na godzinę. Polecam serdecznie każdemu takie atrakcje :). Wspomnień moc, radości co nie miara, a i pogoda nam niesamowicie dopisała. Słońce i słońce! Sami zobaczcie :).





Mimo, że po sobocie zaczynałam odczuwać już pierwsze objawy zmęczenia i niedospania, wcale nie miałam dość. O ósmej rano w niedzielę zabrałyśmy koc, zimne co nieco, dobre nastroje i pojechałyśmy na plażę (Marta ma do niej dwadzieścia minut tramwajem, co dla mnie jest niewiarygodnym szczęściem; gdybym mieszkała w takim miejscu, leżałabym na piasku CODZIENNIE!) ;D

Po plaży EscapeRoom, kawa i odliczanie minut do mojego odjazdu. Mój pobyt minął zdecydowanie za szybko, jak mgnienie oka. Otrzymałam wspaniałe prezenty, oczywiście nie mogło się obyć bez rozmów o książkach, czyli naszej największej pasji, która połączyła dwie blogerki z dwóch różnych końców kraju ;). Dostałam w ramach rozpoczęcia u Marty BookToura - Niebo nad pustynią pani Anny Łaciny, którą Marta wielbi i coś Agathy Christie. W końcu miałam okazję poznać klasykę kryminału i wiecie co? Zakochałam się! Nie mogłam się od książki oderwać i zdecydowanie powiedziałam: eeej, chcę więcej! I znowu mega nałogowo czytam i czytam. A chyba o to chodzi w pasjach, prawda? 

Łapcie foty z plaży i dzielcie ze mną zdanie, że dla chcącego nie ma nic trudnego; że jeśli czegoś się bardzo pragnie, to nic nie jest w stanie stanąć na przeszkodzie w osiągnięciu celu, że kilometry nie mają znaczenia, odległość to tylko wymówka, sen jest dla słabych a bratnią duszę można odnaleźć w człowieku, którego nie widzi się codziennie. Takie rzeczy nadają naszemu życiu sens i doceńmy to. Dziękuję za uwagę.









Mam nadzieję, że następna fotorelacja będzie brzmieć "Gdańsk w końcu wpadł do Krakowa!", bo i Marta musi w końcu do mnie przyjechać ;). Pozdrawiamy!

5.01.2016

Co Ci daje bycie blogerem książkowym? Część druga!

     Do końca nie wiedziałam, jakie reakcje wywoła w Was pierwszy post z tego cyklu; jak zwykle stanęliście na wysokości zadania i... Dziękuję za takie wsparcie i tyle ciepłych słów ;). Żeby jednak nie było, że nie mam już nic do powiedzenia w kwestii korzyści płynących z bycia blogerem książkowym, zapraszam na część drugą!

W poprzednim wpisie (tak osobistym), opowiedziałam Wam, że WirtualnąKsiążkę założyłam głównie z jednego powodu: by móc w każdej chwili wrócić do swoich wrażeń i wspomnień związanych z daną książką; by sprawdzić, co mnie w konkretnej lekturze zaintrygowało, zainteresowało, co poruszyło i porwało, co pogruchotało serce, lub wręcz przeciwnie - odstraszyło je raz na zawsze. To główna kwestia posiadania swojej strony; do zapisków łatwo wrócić. Kolejnym niesamowicie przyjemnym aspektem bycia blogerem książkowym, jest możliwość poznawania nowych ludzi posiadających również taką pasję! Pisałam Wam, kogo poznałam i jak bardzo cieszę się z owych znajomości... Niedługo na blogu pojawi się kolejna fotorelacja z pobytu w Gdańsku u Marty - taaak, tej samej, u której byłam w styczniu, właścicielki Wymarzonej Książki ;)! 

Czas przejść dalej. 

Ciągle spotykam się z pytaniami (głównie od znajomych) typu: czy Ty coś w ogóle z tego masz? Finansowo da się z tego jakoś wyjść z twarzą? Jak to jest z tymi wydawnictwami? Ale jak to Ci przysyłają książki? W ogóle chce Ci się to robić za darmo? Po co? Nie szkoda Ci czasu?

No to Wam teraz, drodzy znajomi pojadę po całości, odpowiadając RAZ, a konkretnie na wyżej wymienione pytania, żeby już nigdy nie musieć tłumaczyć owych rzeczy tysiąckrotnie ;). 

Co z tego mam? Co mam z posiadania WirtulnejKsiążki? Może zabrzmi to górnolotnie, ale mam dziką satysfakcję. Bo lubię czytać, lubię pisać, więc... Czemu nie? A jak jeszcze ktoś to czyta? Tym bardziej! Blog sam w sobie motywuje do działania; niejako wymusza pewnego rodzaju systematyczność, wiesz, że albo dajesz z siebie wszystko, albo nic. Nie można być blogerem od czasu do czasu (to moje zdanie, nie każdy musi się z nim zgadzać ;)). Albo piszesz, albo nie. Albo się w coś angażujesz na 100%, albo nie angażujesz się wcale. I tak tu sobie jestem; nie dążę do "popularności", po prostu robię swoje, dla siebie. Mam z tego swoją internetową bibliotekę, gdzie w każdej chwili mogę wrócić!

No to następne sprostowanie.

Finanse? Jakie finanse? Jak w coś wkładasz serce, to z całą pewnością nie zakładasz od razu, że będziesz mieć z tego pieniężne korzyści. Wiadomo, super by było zarabiać na tym co się uwielbia; jak to powiadają, jak kochasz swoją pracę, to nigdy oficjalnie nie pracujesz, ALE... Nie zawsze tak jest. Ludzie, którzy nie mają pasji, nie rozumieją, że w życiu nie chodzi tylko o pieniądze. Że sama świadomość, iż fragment pasji (w tym przypadku: książki) możesz mieć na własność. To coś wspaniałego móc oglądać swoją wciąż powiększającą się biblioteczkę; patrzeć z dumą na rozrastającą się kolekcję, mieć SWOJE książki... Dlatego, każdy prawdziwy mól książkowy cieszy się, gdy ma możliwość otrzymania publikacji od wydawnictwa - owszem, pisze recenzję, zamieszcza ją tu i ówdzie, ale książka zostaje na zawsze, trafia na półkę i cieszy oko. Bez wychodzenia z domu do księgarni! A jakie są ceny książek? Chyba każdy wie. Na oko - 40zł. Czy to nie wystarczy? Muszę dodawać więcej?

A co do wydawnictw...

No właśnie.

Jeśli myślisz, że "O, założę sobie bloga, będą mi książki przysyłać" to jesteś w błędzie. Przykro mi to mówić, ale muszę Cię lekko sprowadzić na ziemię. Wydawnictwa nie przyślą publikacji komuś, kto napisze dwa zdania o książce i zadowolony czeka na następną. Nie dostaniesz też książki jeśli nie masz czym się obronić w kwestii języka, stylu, dowodów na to, że to właśnie TOBIE warto dostarczyć książkę do recenzji. I nie, nie uważam się za jakąś mega super hiper blogerkę, bo taką nie jestem, wciąż się staram i pracuję nad sobą, poza tym wiem, że baaardzo dużo blogerów współpracuje z różnymi wydawnictwami, autorami i przedstawicielami księgarni. Ale mimo wszystko, by wejść w jakąkolwiek współpracę recenzencką - naprawdę trzeba się postarać. Często jest tak, że to TY musisz odezwać się do wydawnictwa, z prośbą o ewentualną współpracę. Zrób to jednak tylko wtedy, gdy będziesz mieć za sobą już sporo napisanych recenzji, by przedstawiciel wydawnictwa mógł ocenić Twoją pracę. Napisz też co lubisz, ile masz lat, jakie są mniej więcej statystyki wejść na Twoją stronę itp. To nigdy nie zaszkodzi, a zawsze może pomóc ;). Jeśli pozytywnie przejdziesz dalej - nie zawiedź! Dawaj z siebie wszystko! Jeśli to jednak wydawnictwo odezwie się do Ciebie pierwsze... Szacunek, bo to znaczy, że ktoś zobaczył co robisz, jak to robisz, ile z siebie dajesz i postanowił to docenić ;). W zależności od tego jak dalej Twoja współpraca się będzie rozwijać - zaczniesz otrzymywać książki, będziesz mógł/mogła wybierać, zamawiać itp. A nie ma nic piękniejszego niż otrzymanie wymarzonej książki jeszcze przed jej oficjalną premierą! :)

Nie wiem, co jeszcze mogę w tej kwestii napisać - jeśli coś pominęłam, zwróćcie mi na to uwagę, doprostuję ;). Cieszę się, że współpracuję z kilkoma świetnymi wydawnictwami, księgarniami, że te książki napływają i napływają, a moje półki wciąż się rozrastają. Tak jak wspomniałam, dla prawdziwego pochłaniacza książek - ów fakt jest czymś wspaniałym i pięknym!

*

Znowu się rozpisałam; planuję nawet trzeci post z tego osobistego cyklu, by jeszcze bliżej pokazać Wam, co mam z tego bycia Aśką z WirtualnejKsiążki ;). Pozdrawiam ciepło!