9.30.2016

"KUBUŚ PUCHATEK" Alan Alexander Milne

          Uwielbiam te leniwe jesienne wieczory, gdy opatulona w koc i zaopatrzona w kubek z gorącym kakao, mogę sięgnąć po książkę znajomą, jedną z ulubionych, klasyczną; taką, do której powrót jest zaszczytem a jej odbiór za każdym razem wnosi coś nowego. Uwielbiam te magiczne chwile, gdy pogrążona w lekturze na nowo przeżywam znane już mi historie, przygody bliskich bohaterów; gdy dostrzegam szczegóły wcześniej przeze mnie niezauważone, a teraz zapamiętane i zachowane w pamięci na długo. Uwielbiam momenty, gdy mogę pogrążyć się w baśniach i bajkach, na których się wychowałam, które zbudowały moje spojrzenie na świat i które pozostają wciąż i niezmiennie uniwersalne.

Jedną z takich cudownych książek jest ta, której bohaterem jest znany na całym świecie Miś o Małym Rozumku, uwielbiający Małe Co Nieco.



Klasyka, która nie znudzi się chyba nigdy nikomu, opowieść lekko już skomercjalizowana, wciąż ewoluująca; nie ma chyba dziecka, które nie znałoby Kubusia Puchatka i jego przyjaciół ze Stumilowego Lasu. I choć wielu milusińskich dziś kojarzy mądre zwierzątka bardziej z wersji disney'owskich niż tych, do których starszych Czytelników przyzwyczaili Milne jako autor i genialny Shepard jako ilustrator - to fakt faktem, iż popularność Misia nie maleje. 

Znów stałam się małą Asią, która zaczytuje się w przygodach Krzysia i jego przyjaciół. Puchatek, dla którego każda pora jest dobra na garneczek miodku, Prosiaczek, który boi się własnego cienia, Kłapouszek, którego ponury nastrój zaraża, by później ustąpić ogólnej wesołości, Kangurzyca bacznie obserwująca swoje nieposłuszne Maleństwo, Sowa, do której można "PRZYJŹĆ PORADY", Królik, za którym zawsze podąża tłum jego krewnych. Nie sposób nie zakochać się w uroczych zwierzątkach, których prostota myślenia skłania do zatrzymania się na chwilę i dostrzeżenia tego, z czym codziennie się mijamy. Nieważne, ile masz lat, zaręczam Ci, że literacka wersja przygód małego Misia urzecze Cię po stokroć bardziej niż wersje animowane. Nieważne, czy czytałeś/czytałaś już tę niewielką w rozmiarach książeczkę - gwarantuję, że każde podejście do niej będzie innej, być może dojrzalsze, jak w moim przypadku, być może dające jeszcze więcej niż do tej pory. Nieważne, że to bajka. W końcu w każdym z nas jest coś z dziecka, i niech tak pozostanie na zawsze ;).

Mnogość wydań chyba mówi sama za siebie.



 

I choć dzisiejsze dzieciaki Puchatka znają bardziej w takiej wersji:



... to chyba warto pamiętać, że Shepard pokazał to równie pięknie:





... tym bardziej, iż cytaty z tej oto bajki biją swoją popularnością największe światowe bestsellery.



 

 

Polecam, polecam najmocniej! :)


OCENIAM: 6/6!

Autor: Alan Alexander Milne
Tytuł: Kubuś Puchatek
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Ilość stron: 136
Tłumaczenie: Irena Tuwim

9.24.2016

Liebster Blog Award 6#2016

     Dziś przychodzę do Was z szóstą nominacją do LBA; bardzo się cieszę, że są blogerzy, którzy chcą się czegoś więcej o mnie dowiedzieć - sama z własnego doświadczenia wiem, że lepiej czyta się recenzje osób, które są jak najbardziej realne prawdziwe, czasem coś o sobie napiszą itp. W poniższym poście odpowiadam na pytania Łowczyni Książek (wybacz, że tak późno, ale wiele się teraz dzieje!)

Chodźcie. Zaczynamy.

1. Podaj tytuł piątej książki z twojej biblioteczki. Jest fajna, czy raczej za nią nie przepadasz?

Piątej, w sensie piątej w kolejności na półce? Co jakiś czas ustawiam sobie książki na półkach, w różnej kolejności, według różnych kryteriów, więc często się to zmienia, ale na dzień dzisiejszy... Jest to "Najdłuższa podróż" Nicholasa Sparksa. Przepadam zarówno za autorem, jak i ową książką - uważam, że to jedna z jego najlepszych, przy okazji gorąco polecam!

2. Jesteś w jakichś książkowych fandomach?

Przyznam się szczerze, że chyba nie. Raczej nie udzielam się na stronach autorów czy konkretnych książek; aczkolwiek bacznie obserwuję co się tu czy tam dzieje ;).

3. Twoje ulubione książkowe zwierzę?

Oczywiście czarny pies - Łapa, Syriusz Black - z "Harry'ego Pottera"! Mój zdecydowany faworyt, nie tylko zwierzęcy, ale i postaciowy, jeśli chodzi o ulubionych bohaterów z książek! Nawet mój osobisty domowy pies nosi imię Syriusz, coś więc to musi znaczyć. No i generalnie uwielbiam psy - to jedyne zwierzęta jakie uznaję w domu, tyle.

4. Najbrzydsza okładka w Twojej biblioteczce?

Nie posiadam takowej ;). Nie no, żartuję, wiadomo, zdarzają się brzydsze okładki książek, jednak chyba mam w sobie coś z estetki kobiety lubiącej piękno i wybieram najczęściej publikacje, które cieszą nie tylko duszę, ale i oko. Może to syndrom sroki, bo niby wygląd nie ma znaczenia, ale tak naprawdę dobrze mieć ładne rzeczy u siebie na półce. Do tych najgorszych moich okładek zaliczyć muszę więc chyba "Tajemnicę rodu Sogliano" - jest jakaś taka... Nie w moim stylu, kompletnie.

5. Najgrubsza książka, którą przeczytałaś?

Proste! "Harry Potter i Zakon Feniksa" - ponad 1050 stron ;)! I żeby było śmieszniej - pochłonęłam tę książkę w jedną noc. Mam nadzieję, że niedługo będę miała okazję zrobić to ponownie, o ile Ciacho będzie chciał robić jeszcze ze mną wspólne recenzje z cyklu o HP.

6. Co najbardziej lubisz umieszczać na swoim blogu?

Wiadomo, recenzje. W końcu po to powstała WK, bym mogła dzielić się z Wami swoimi przemyśleniami na temat danej książki. Jednak lubię czasem też dodać coś od siebie, np. jakiś osobisty wywód na temat swojej codziennej egzystencji ;D. Tak jak wspomniałam wcześniej, wydaje mi się, że przez takie prywatne wstawki jestem bardziej wiarygodna. Jestem?

7. Czytasz fanfiction? Jeśli tak, to o kim?

Dobre pytanie! Swoją przygodę z blogosferą, czyli jakieś prawie 10 lat temu, zaczynałam właśnie od czytania fanfick'ów, głównie związanych z HP; ba! Sama nawet tworzyłam historię Dramione! Jak sobie teraz o tym pomyślę, to aż mi słabo, ale bardzo to uwielbiałam... Niektórzy mogą mnie kojarzyć z bloga ForbiddenWhisper, ale to było wieki temu, więc nie zdziwię się, jak nikt już o tym nie będzie pamiętał. Ale motyw uczucia pomiędzy Hermioną Granger i Draco Malfoy'em jest wciąż żywy w moim serduszku.

8. Czy jest taka książka, którą przeczytałaś dwa razy?

DWA razy? Wiem, że HP przeczytałam kilkanaście razy, mam zamiar i w tym roku ponownie to zrobić do końca ;). Ale tak dwa dwa? To chyba "Dumę i uprzedzenie" i "Rozważną i romantyczną" Jane Austen. Ale na dwóch razach na pewno się nie skończy.

9. Twoja ulubiona książkowa kraina?

No Hogwart, nie oszukujmy się. Wciąż czekam na list.

10. Która książkowa bohaterka mogłaby zostać Twoją przyjaciółką?

O! Wiadomo, Hermiona, bo to kujonka i mogłabym się wiele od niej nauczyć. Lisbeth Salander z "Millennium" Larssona, ale ona chyba by nie chciała być moją przyjaciółką, bo jest dośc specyficzną osobą... No i oczywiście Lizzy z "Dumy i uprzedzenia"!

11. Twoja książkowa MIŁOŚĆ?

Pan Darcy. Tylko i wyłącznie. O Boże. Jak oglądam ekranizację z Matthew Macfadyen to aż mam ciarki! <3 I nie, nie, Colin Firth wcale nie jest lepszy w tej roli.

*

Dziękuję Łowczyni Książek ze świetne pytania; wiem, że pewnie jesteś lekko zawiedziona, bo większość opiera się na HP, ale cóż, no... ;). Ja tradycyjnie nie nominuję nikogo, jeśli chcecie odpowiedzieć na powyższe pytania u siebie - dajcie mi tylko linka, na pewno przeczytam! I nie, odpowiadając na pewne pytania - nie zaniedbuję bloga, po prostu staram się ogarniać swój kalendarz, i walczę z czasem. Pozdrawiam! ;)

9.20.2016

"PIERWSZA PRZYCHODZI MIŁOŚĆ" Emily Giffin

     Na nową książkę Emily Giffin czekałam z niecierpliwością. Mimo, iż do tej pory przeczytałam tylko dwie jej powieści (Coś pożyczonego i Coś niebieskiego), to wystarczyło, bym zakochała się w prostocie stylu tej autorki, w jej lekkości pióra, mocy przekazywania codziennej obyczajowości w magiczny i wciągający sposób, w takim kreowaniu bohaterów, by mogli zagnieździć się w głowie Czytelnika na długo, w obrazowych historiach, które mogłyby przydarzyć się każdemu/każdej z nas. Jeśli jesteś kobietą, Giffin jest zdecydowanie dla Ciebie. W ciemno. Bo nikt nie zrozumie Cię, tak jak właśnie ona.



"Według Einsteina właśnie na tym polega definicja szaleństwa (...). Powtarzasz te same błędy, oczekując innych rezultatów".

Stwarzanie pozorów to jeden z głównych elementów dzisiejszego świata. Pozornie idealne, rodzinne szczęście, pozornie nadzwyczaj poprawne, ludzkie relacje. Wymieniać można bez końca; ważne, żeby pozory zostały zachowane, a wtedy wykreowanych zostaje mnóstwo perfekcyjnych ludzi, sytuacji, przypadków. Jednak to tylko błaha otoczka, nie mająca nic wspólnego z realnością, bowiem wszelako pojęta codzienność jest poraniona, naznaczona ułomnościami, zahartowana nieustającą walką o zbliżenie się do wyolbrzymionego ideału. Podobnie i w najnowszej powieści pani Giffin, wspólny mianownik losów głównych bohaterów stanowi tu gra pozorów.

Meredith i Josie to siostry, którym do rewelacyjnych siostrzanych relacji niestety daleko. Pierwsza z nich to pozornie szczęśliwa żona Nolana i mama czteroletniej Harper. Poukładana pani prawnik, z maniakalną wręcz obsesją na punkcie czystości gubi się jednak w swoim życiu, gdyż nie do końca wie, czy decyzje podjęte w przeszłości, oraz te podejmowane na bieżąco były/są słuszne. Josie to panna po trzydziestce, nauczycielka w szkole podstawowej, która uważa, iż zaczyna przegrywać życie z powodu nieposiadania męża ani dziecka, o czym marzy od lat. Obie siostry wmawiają sobie i innym, iż sytuacje życiowe, w jakich się znajdują im odpowiadają, jednak prawda jest zupełnie inna; bardziej prozaiczna, a może nawet brutalna? W kręgu owego rodzeństwa był jeszcze Daniel, najstarszy brat, wpatrzony w swoje siostry, zawsze ich broniący i strzegący ich dobrego imienia, zwłaszcza Josie, której do spokojnego ducha było daleko. Jednak pewnego dnia Daniel ginie w wypadku samochodowych i od tego czasu nic już nie jest takie, jakie było wcześniej. Akcja powieści zaczyna się piętnaście lat po tragicznych wydarzeniach w rodzinie, udowadniając, jakie może mieć znaczenie tłumiony żal, ból, oraz smutek po stracie najukochańszej osoby.

Tragiczne wydarzenia sprzed lat odcisnęły się piętnem na życiu każdego członka rodziny; rodzice Meredith i Josie się rozwiedli, nie mogąc poradzić sobie ze śmiercią dziecka, oraz z alkoholizmem ojca, Meredith zaczyna dostrzegać pochopność podjęcia decyzji o małżeństwie, a Josie żyje po swojemu, nie bardzo przejmując się opinią kogokolwiek. Dwuosobowa narracja, prowadzona raz z perspektywy Meredith, a raz z punktu widzenia Josie, zagłębia się w przeszłość, rozdzierająco opisuje czas bieżący, by zaczynać nawet spekulacje na przyszłość. Gdzie jest granica wewnętrznej krzywdy? Jak bardzo trzeba cierpieć, by w końcu pozbyć się bólu, o ile jest to w ogóle możliwe? Ile trzeba znieść, by zrozumieć, kto jest w życiu najważniejszy i jakie sprawy naprawdę mają znaczenie? Czy warto uszczęśliwiać innych, zamiast pomyśleć o sobie? Albo czy warto być totalnym egoistą, nie przejmując się kompletnie losem najbliższych osób? Czy jest sens walczyć o swoje marzenia, nie raniąc przy tym innych? 

"Obrazy, które wolelibyśmy wyrzucić z pamięci, wracają z uporem i brutalną wyrazistością, a szczegóły, które pragniemy zatrzymać, wymykają nam się niczym sen tuż po przebudzeniu".

Powieść Emily Giffin zjednuje sobie serca Czytelników swoją prostotą, oraz wyczerpaniem tematu w jednej zasadniczej kwestii: że najważniejsza w życiu jest MIŁOŚĆ; i to niekoniecznie ta między kobietą a mężczyzną. Uczucie to może obezwładnić matkę, która oddałaby życie za swoje dziecko, siostrę, która zrobiłaby wiele dla rodzeństwa, mężczyznę, który jest gotów poświęcić się dla swojej przyjaciółki, byleby ona była szczęśliwa. Prawdziwa MIŁOŚĆ ma wiele twarzy i nie zawsze przychodzi pierwsza; czasem najpierw pojawiają się przywiązanie, ogrom zaufania, nabieranie pewności, stateczność, by dopiero później właściwa magia mogła znaleźć ujście. Niezaprzeczalnie jednak ta potęga, najmocniejsza z uczuć jest NAJWAŻNIEJSZA, bo dzięki niej istnieje ów świat; dzięki niej znamy cel życia, a widząc go, chcemy jakoś funkcjonować. Pani Giffin poprzez swoje klarowne przesłania trafia prosto w serca Czytelników, zwłaszcza Czytelniczek, które idealnie mogą się utożsamiać z bohaterkami powieści; zobaczyć siebie poprzez pryzmat ich zachowań czy odczuwania emocji, zawirowań, wahań, konieczności podejmowania decyzji niejednokrotnie ciężkich i trudnych do zrozumienia. Jednak zawsze wypływa esencja, iż nie wolno się nigdy poddawać, bo tym co umiera ostatnie, jest nadzieja. Dopóki ona i prawdziwa MIŁOŚĆ trwają, trwa i cały świat.

Polecam, może nie jest to najlepsza książka Emily Giffin w jej dorobku, jednak klimat został zachowany; płynie się przez nią z niebywałą lekkością, kończąc z właściwym przeświadczeniem. Że teraz już wiadomo, co tak naprawdę liczy się w życiu.

OCENIAM: 5/6!

Autor: Emily Giffin
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 448
Tłumaczenie: Martyna Tomczak


Za książkę ogromnie dziękuję Księgarni internetowej taniaksiazkagdzie oprócz najnowszej Giffin znaleźć można też inne świetne książki dla kobiet ;)

9.18.2016

"ZA WCZEŚNIE" Joanna Barnard

     Długo się zbierałam w sobie zanim usiadłam do napisania kilku słów na temat tej książki... Z jednej strony ogromnie zainteresował mnie temat, z drugiego punktu widzenia efekt finalny mnie rozczarował. Nie wiedziałam czy chwalić i polecać, czy raczej powytykać wady i odradzać. Może po prostu napiszę coś o swoich odczuciach, od razu uprzedzając, iż moja ocena będzie typowym pół na pół, a Wy sami ocenicie, czy chcecie sięgnąć po ową publikację, dobrze?



"Pamiętniki najwięcej mówią przez to, co pomijają".

Motyw romansu nauczyciela z uczennicą przewija się w powieściach od niepamiętnych czasów; nie jest zatem nowością temat literackiego debiutu pani Joanny Barnard. Temat, którego reklama na tylnej okładce książki zachęca bardziej słowami, iż  to thriller na miarę Zaginionej dziewczyny, porywający i prowokujący - głęboko zapadający w pamięć. Zachęcona, zaciekawiona, chciałam dowiedzieć się więcej. 

Henry Morgan jest charyzmatycznym nauczycielem, uwielbianym zwłaszcza przez swoje młode uczennice. Ściślej mówiąc, głównie te czternastoletnie, bo tylko w takich Henry widzi "coś więcej". Ten sam schemat działania; zrozumienie, wrażliwość, pomoc, budowanie wiary w siebie, bo dziwnym trafem obiektami jego zapędów zawsze są dziewczęta nieśmiałe, skryte, typowe szare myszy, zakompleksione pod każdym względem. Szczerze zainteresowany nimi nauczyciel, chcący pomóc, interesujący się ich problemami, współczujący, budzi zaufanie oraz bardziej angażujące uczucia. Oczywiście pod pozorami współpracy Henry nie odrzuca szczenięcych zalotów, coraz bardziej umiejętnie tworząc krąg swoich "zainteresowań". Można by rzec, iż manipulację ten człowiek opanował do perfekcji; niedoświadczone młode istoty nie widzą zagrożeń płynących ze strony ich mentora, a ten, mający życiową przewagę, bardzo dobrze to wykorzystuje. Naiwność, ślepa wiara w to, iż pan Morgan jest wspaniałym, bezinteresownym człowiekiem stanowią równię pochyłą. Doskonale o tym przekonuje się główna bohaterka powieści, Fiona Palmer. 

Fiona jest dorosłą już, dojrzałą, zamężną kobietą, mającą swoje życie i swoją rutynową codzienność. Do czasu. W chwili, gdy całkiem przypadkiem spotyka ponownie swojego nauczyciela sprzed lat, wspomnienia wracają. Podobnie jak dzika fascynacja, od której nie sposób się uwolnić... Fiona bez namysłu wdaje się w ponowny romans z Henrym, stawiając na szali to, co do tej pory żmudnie budowała, próbując zwalczyć myśli z przeszłości. Okazuje się jednak, iż to wcale nie jest takie łatwe, a ból złamanego nastoletniego serca może okazać się druzgoczący.

"Kiedy raz poważnie zaryzykujesz - swoje życie, szczęście - inne ryzykowne kwestie wydają się bez znaczenia. Czujesz się bardziej pełna życia, właściwie niezwyciężona, choć wiesz, że w każdej chwili wszystko może runąć, co sprawia, że masz poczucie balansowania na krawędzi. Bezbronności. To uzależniający rodzaj balansowania".

Ciąg wydarzeń prowadzi nas przez przeszłość Fiony, mieszając się z teraźniejszością, oraz myślami o przyszłości; o całym swoim życiu opowiada nam sama główna bohaterka w formie pamiętnikowych wspomnień. Momentami przez to właśnie nie mogłam przebrnąć; zaburzona chronologia, mieszająca związek Fiony i Henry'ego w czasach jej młodości i ponownie teraz, gdy już kobieta jest doświadczoną przez życie osobą, mającą pełną (czy rzeczywiście?) kontrolę nad decyzjami, które podejmuje. Każde słowo Fiony jest skierowane do Morgana, z nadzieją, iż przeczyta jej książkę, w której dokładnie opisane zostaje to, co działo się między nimi w każdym etapie tej znajomości. Wkradał się chaos, nad którym nie zawsze umiałam zapanować, przez co książkę odkładałam, by po jakimś czasie ponownie do niej powrócić, gdyż temat sam w sobie ogromnie mnie intrygował. Historia się dłużyła; dopiero finalne karty powieści odkryły jej meritum - ogrom zniszczeń przede wszystkim psychicznych, jakie zostawia po sobie tak toksyczna i niezdrowa relacja.  Jak okrutnym trzeba być człowiekiem, by myśleć, iż ma się władzę nad życiem drugiej osoby? Że można panować nad jej umysłem, manipulować jej emocjami, bezwzględnie niszczyć to, co budowała latami? Jak potężna jest moc manipulacji?

Momentami miałam wrażenie, że książka, podobnie jak Fiona - jest za bardzo rozchwiana emocjonalnie; kompletnie nie umiałam się utożsamić z główną bohaterką, nie rozumiałam jej toku myślenia, nawet pod koniec, gdy skrywane tajemnice w końcu ujrzały światło dzienne. Czas czytania powieści niezmiernie mi się dłużył; na pewno nie zapadnie mi ona w pamięć na długo. Jednak polecam tym, którzy lubią podobne klimaty. Na finał czeka się długo, ale wiem, że są osoby, które po prostu przepadają za takimi leniwymi wrażeniami, wolno płynącymi do mety. Mnie ta powieść nie powaliła, tak jak zakładałam, ale może kogoś z Was zachwyci. 

OCENIAM: 3/6!

Autor: Joanna Barnard
Tytuł: Za wcześnie
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 350
Tłumaczenie: Alina Siewior - Kuś


Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej taniaksiazka.pl

9.13.2016

Idź i spełnij swoje marzenia! [1, 2, 3, BUNGEE!]

     Jak wiecie, w styczniu miałam urodziny. Mam nadzieję, że pamiętacie. Mam też znajomych, którzy uznali, że będą spełniać moje ukryte marzenia (i zachcianki!), czego owocem był voucher na skok na bungee. Co, myśleliście, że zapomniałam? No dobra, może trochę. Dużo się działo (i wciąż dzieje), aczkolwiek w końcu, gdy nastał czas lekko napastliwych pytań: no Dżana, to kiedy skaczesz? Skakałaś już? No musisz się pośpieszyć, bo w październiku zamkną dźwig i zmarnujesz prezent... Musiałam podjąć decyzję. Wóz albo przewóz. Wiadomo, że był moment zawahania. Moja mama była masakrycznie przeciwna temu "wybrykowi"; naczytała się głupot, że skoro mam soczewki, to na pewno coś mi się stanie z oczami, albo, że jak mam problemy z krążeniem, to oberwą moje nogi. Nasączona mamowymi kazaniami, zaczynał pojawiać się lekki strach. A co, jeśli...? A gdyby tak... A co, jak będę pierwsza, która... 

Zapamiętajcie jedną podstawową rzecz, jeśli macie marzenia. Nigdy, ale to przenigdy się nie wahajcie. To WASZE pragnienia, Wasza sprawa i Wasze życie. Jeśli czujecie, że chcecie coś zrobić, po prostu to zróbcie. Życie jest za krótkie, by marnować je na zastanawianie się, co zrobić, czego nie robić, czy warto, czy można. Oczywiście, są ludzie, na których opinii bardzo mi zależy (moi rodzice, babcia, Pan Darcy, przyjaciele), i liczę się z ich zdaniem, jednak muszę zacząć brać w swoje ręce swoje sprawy, swój czas, swoje marzenia, bo wiem, że nie chcę obudzić się za parę lat z myślą, że żałuję. Że tego i tego nie zrobiłam. Że się bałam, że nie miałam odwagi. Babcia mi kiedyś powiedziała, że lepiej żałować czegoś, co się zrobiło niż tego, że strach odebrał pole działania. Dlatego, mając w głowie myśl, że CHCĘ to zrobić, chcę skoczyć, bo... Bo chcę popełnić coś szalonego, poczuć ten przypływ adrenaliny, chcę polecieć i na chwilę nie myśleć o niczym, chcę móc powiedzieć swoim dzieciom, że tak, mamuśka była zwariowana i nie bała się spełnić ukrytej głęboko myśli. Na domiar wszystkiego, miałam to w garści, w postaci biletu na skok, więc moim zadaniem było tylko pójść i to zrobić. Do końca jednak miałam przed sobą moich rodziców, którzy tego nie pochwalali, ale... Uznałam, że kochają mnie na tyle, że zrozumieją chęć spełniania marzeń. No i poszłam.

Oczywiście wspierał mnie mój Pan Darcy. Znajomych obdzwoniłam, że to dziś. Wszyscy trzymali kciuki. I wiecie co? Już zbieram pieniądze na kolejne skoki!

Jak to wygląda? Już mówię.





Bardzo mili panowie zapięli mnie w uprząż, oczywiście nie obyło się bez ich standardowych tekstów w stylu "Pierwszy raz? Spoko, nie martw się, my też tu pierwszy dzień w pracy jesteśmy", "Taśma alpinistyczna w linie? Dobre żarty, to zwykła tasiemka z Biedronki, ale może da radę", "Uważaj, żebyś nie uderzyła w dźwig jak będziesz lecieć". Generalnie bolał mnie już na wejściu brzuch, ale nie z nerwów, a ze śmiechu, świetna ekipa! Jeśli ktoś z Was chciałby taki skok to tylko tutaj, ludzie niesamowici; dbają, by skok był jeszcze bardziej niezapomniany. Następnie z jednym kolegą z obsługi wyjechałam na górę i... Takie widoczki.




Kraków jest PRZEPIĘKNY w tej perspektywie!

Standardowa rozmowa, masz lecieć jak ścięte drzewo, nie patrz w dół, miej oczy otwarte, jest mega super, na pewno nie będziesz żałować, ja ciebie nie wypchnę, bo to musi być twoja decyzja. I była. Pan nawet nie zdążył do trzech policzyć, a poleciałam! Bez zawahania, bez zbędnych pretekstów, by tego nie robić. Polecam.



Coś niesamowitego!



I po skoku, moja mina chyba mówi wszystko ;). Na zapytanie "jak było?" odpowiedziałam, że było ekstra i że chcę jeszcze raz! Tych wrażeń nie da się opisać, to po prostu trzeba przeżyć. Zrozumiałam, że od adrenaliny można się uzależnić i, że takie rzeczy naprawdę wciągają. Nie trzeba się bać, bo wszystko świetnie przebiegło, cała akcja trwała około 10 minut, czyli zdecydowanie za krótko. Nie mogę się doczekać przyszłego roku, bo zamierzam skoczyć ponownie! I wiecie co? Bardzo bym żałowała gdybym jednak tego nie zrobiła! Polecam, polecam, kto się boi, niech porzuci swoje obawy, i niech spełnia marzenia.

Gdy ktoś Ci mówi, że nie dasz rady, że nie potrafisz, że jesteś za słaba/y...

Odwróć się i po prostu idź spełniać swoje marzenia. Nikt nie przeżyje za Ciebie Twojego życia. 

*

1. Wywiad z Panem Kasdepke
2. Bałtyk zimą
3. Praca w przedszkolu
4. Obrona mgr
5. Skok na bungee
6. Chorwacja 2016
7. Znalezienie Pana Darcy'ego
8. Targi Książki 2016
9. Zdobycie jakiegoś górskiego szczytu w 2016
10. Kurs językowy

Spójrz, ile planów/marzeń/zamierzeń na ten rok, udało mi się już zrealizować! Pora na Ciebie! :)
"Nie pozwól, aby strach przed działaniem wyeliminował Cię z wejścia do gry" ;)

9.10.2016

"NEVER NEVER" Colleen Hoover&Tarryn Fisher

     Zastanawialiście się kiedyś, co by było gdybyście nagle stracili pamięć? Tak po prostu; jakby to było obudzić się pewnego dnia, z pustą, białą kartą w głowie, zamiast wspomnień, przeszłości, podjętych decyzji? Dla jednych pewnie byłby to dobry krok do rozpoczęcia życia od nowa, bez analizowania tego, co było; dla innych załamałby się świat, bo jak żyć bez szczęścia, którym się otaczało swoje cztery ściany? No właśnie. Mogłabym wymieniać i wymieniać całe "gdybanie", nawiązując do przeczytanej właśnie przeze mnie książki, ale nie chcę. Bo to, o co pytam, przydarzyło się dwójce głównych bohaterów najnowszej powieści dwóch ostatnio bardzo poczytnych autorek, które złączyły szeregi.

"Do tego czasu nigdy nie trać nadziei. I nigdy nie przestawaj mnie kochać. Nigdy, przenigdy nie zapominaj. Nigdy, przenigdy". 

Moja ostatnia przygoda z panią Hoover nie była za bardzo udana; pani Fisher jednak swoim debiutem na moim koncie czytelniczym przeważyła szalę wahania "brać tę książkę, czy nie brać, oto jest pytanie". Głośne nazwiska na okładce, oraz niezliczona ilość fragmentów recenzji na pierwszych stronach książki przywiodły mnie do miejsca, gdzie stanowczo mówię: czytam! Pełna jednak obaw, gdyż czasem nadziewałam się na przerost formy nad treścią, zagłębiłam się w historię dwójki młodych ludzi, którym przytrafiła się nieprawdopodobna rzecz, i wiecie co? Nigdy, przenigdy nie daruję sobie, że przeczytałam tę książkę tak późno.

Charlie i Silas. Dwójka młodych ludzi, wkraczająca powoli w dorosłe życie; para, która ponoć była sobie przeznaczona. Była. No właśnie. Bo pewnego dnia oboje budzą się i... Niczego nie pamiętają. Nie pamiętają, jak mają na imię, kim dla siebie są, co robią w życiu, co lubią jeść, czy mają rodziny, rodzeństwo, do jakiej szkoły chodzą, gdzie mieszkają. Według znajomych byli dla siebie wszystkim, teraz są całkiem obcy, zupełnie nie rozumiejąc absurdalnej sytuacji, jaką nagle stworzyła utrata pamięci. Co się stało? Dlaczego? Co miało wpływ na taką ingerencję przeznaczenia w życie dwójki nastolatków? I jakie tajemnice muszą wyjść na jaw, by Charlie i Silas zaczęli na nowo odbudowywać od początku swoją rzeczywistość?

Powiem, że pomysł na fabułę szalenie intrygujący, nieszablonowy, niebanalny. Kusi, pociąga, trzyma w napięciu; nie sposób odłożyć książki na chwilę, by zająć umysł czymś innym. Myśl o losach bohaterów nieustannie błąka się po głowie, powodując ponowne powolne uzależnianie się od twórczości zarówno i Hoover, jak i Fisher. Książka to idealne połączenie tych dwóch charakterów i niby pozornie odrębnych specjalności pisarskich. Motyw uczucia i ogromu emocji, które towarzyszą Czytelnikowi na każdej stronie, to z pewnością zasługa Colleen, która w opisywaniu magii MIŁOŚCI jest po prostu bezsprzecznie perfekcyjna. Z kolei szereg tajemnic i powoli wychodzących na jaw sekretów, intryg, które splatają się z sobą, tworząc w końcu jeden wyraźny obraz, to dzieło Tarryn, która w swojej serii "Love me with lies" nie przebiera w środkach doboru fabuły czy słownictwa, by wyrazić dokładnie to, co chce. Ta wybuchowa mieszanka to idealne połączenie i dla fanów romansu, ale i historii nie do końca jasnych,. wyklarowanych, przewidywalnych.

Bezsprzecznym atutem powieści jest MIŁOŚĆ, przez którą serce drży niejednokrotnie, a gęsia skórka pojawia się raz za razem. To niewiarygodne, jak autorki potrafią oddać falę emocji, która przelewa się przez Charlie i Silasa; ich przypominanie sobie fragmentów przeszłości, sklejanie w jedność tego co było, odkrywanie swoich dawnych natur, budowanie tego, co nowe. 

"(...) trzeba ufać instynktowi. Nie sercu, bo bywa, że oszukuje, i nie głowie, bo za bardzo opiera się na logice".

Historie rozpoczynające się od utraty pamięci, zawsze bywały interesujące; po kolei odkrywane karty nowych faktów, puzzle tworzące momentami całkowicie odmienny obraz tego, co wydawało się oczywiste, seria często niechronologicznych wydarzeń, która prowadzi do spojrzenia głębiej niż zwykle. I to nieustanne poczucie "co będzie dalej?", które wzmaga się wraz z każdą przewracaną stroną. Muszę powiedzieć, że Colleen Hoover i Tarryn Fisher zrobiły kawał naprawdę dobrej roboty, łącząc swoje moce ;). Dodajmy do tego jeszcze narrację z perspektywy głównych bohaterów, przez co możemy zagnieździć się w ich umysłach, ich myśleniu; nie ma nic bardziej wciągającego w lekturze, niż możliwość psychologicznej analizy postaci, utożsamienia się z nią w jak najbardziej ścisły sposób. Fragmenty pamiętników, urywki filmów, listy... Z poszarpanych szczątków dziwnej historii wyjawia się jeden widowiskowy obraz. Którego nigdy, przenigdy nie zapomnę. Spróbuj. Zaręczam, że na pewno Ci się to nie uda. 



OCENIAM: 5/6!

Autor: Colleen Hoover&Tarryn Fisher
Tytuł: Never never
Seria/Cykl: Never never (part 1)
Wydawnictwo: Moondrive (Otwarte)
Ilość stron: 392 
Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski


Za książkę ogromnie dziękuję księgarni taniaksiazka.pl

9.04.2016

Zasłuchana WK! [cz. 2]

     Dziś przychodzę do Was z drugą częścią moich muzycznych odkryć z minionego miesiąca; jako, że zaczął się już wrzesień mam tu do odsłuchania kilka naprawdę fajnych kawałków z sierpnia. Niektóre staaare, ale odświeżone, inne całkiem nowe, dobrze trzymające się w rozgłośniach radiowych, a pozostałe gdzieś znalezione i zatrzymane na dłużej ;).

Na pierwszy rzut idzie piosenka Killersów, która niemożliwie wpadła mi w ucho całkiem przez przypadek; pewnego razu, słuchając innej piosenki tego zespołu z charyzmatycznym wokalistą "Miss atomic bomb" - niechcący włączyłam "Shot me..." ii... Przepadłam! ;)




Teraz kolej na ulubionego Rudzielca ;). Mogłabym go słuchać godzinami i wcale mi się chłopak nie znudzi! Uwielbiam jego prostotę, taką pozorną nieporadność w zachowaniu na scenie, skromność, talent oraz TĘ magię głosu! Sierpień zdecydowanie należał u mnie do Eda ;).






Teraz dwie z tych letnich piosenek, których słuchamy tylko w wakacje, albo w zimie, gdy chcemy poczuć gorący klimat! Nogi aż same rwą się ;). Do tej drugiej gięłam się nawet na zajęciach z zumby!




Ale żeby nie było, że tylko szybsze rytmy mają miejsce na mojej muzycznej liście, przedstawiam teraz piosenki o lżejszym charakterze, bardziej do odpoczynku. Zwłaszcza ostatnia pozycja, którą wprost UWIELBIAM i zapewne się domyślacie skąd ją przytargałam ;). Ponad godzinna przygoda z kołysankami dla dzieci... Moje przedszkolaki w moment przy tym usypiają ;). Zasłuchajcie się i Wy!

Ale to za moment, teraz rewelacyjne perełki od Kodaline. I w tekstach, i w muzyce, i w teledyskach można się wprost zakochać.






I jest!



*

I jak wrażenia? Znaleźliście coś dla siebie? :) Zasłuchajcie się wraz ze mną!