6.24.2017

"Pocałunek na pożegnanie" Tasmina Perry



Autor: Tasmina Perry
Tytuł oryginału: The last kiss goodbye
Wydawnictwo: Kobiece
Ilość stron: 488
Tłumaczenie: Małgorzata Bortnowska

"MIŁOŚĆ nie polega na tym, że serce ci trzepocze na widok obiektu twego uczucia, ani na tym, że rozmowa z ukochaną sprawia, że czujesz się żywy, ani na tym, że jej nieobecność sprawia, że rozpaczasz z tęsknoty. Nie. Prawdziwa MIŁOŚĆ to po prostu pragnienie, by ta osoba była szczęśliwa, bez względu na to, ile cię to będzie kosztowało".

Ileż może zmienić jedna fotografia...


Abby Gordon to archiwistka, przygotowująca wystawę "Wielcy brytyjscy odkrywcy" dla Królewskiego Instytutu Kartograficznego. Dysponuje sporą liczbą zdjęć, jednak jedno szczególnie zapada jej w pamięć. Fotografia przedstawiająca żegnającą się parę, z dopiskiem "Peru, Amazonia, 1961 rok" wywołuje lawinę późniejszych wydarzeń...

Dawno nie czytałam powieści obyczajowej, z motywami romansu czy historii; w tej najpierw urzekła mnie cudownie klimatyczna okładka, od której nie sposób oderwać wzorku. A gdy poznałam treść... Zauroczył mnie lekki styl autorki, która posiada niebywałą zdolność do hipnotyzowania Czytelnika swoim przekazem. "Pocałunek na pożegnanie" to dwie płaszczyzny czasowe, jedna obecna, druga przedstawiająca akcję sprzed 50 lat. Dwie kobiety, dwie silne osobowości, które, jak się okazuje, połączy jedno zdjęcie... 

"Oddaję ci serce na zawsze".

Czasy współczesne to Abby, jej praca w muzeum i zaangażowanie w wystawę, której oddaje się bez reszty, próbując uciec od zdrady męża i planowanego rozwodu. Znajdując zdjęcie zakochanej pary, żegnającej się przed wyprawą mężczyzny ze zdjęcia na wyprawę w dżunglę Amazonii - Abby postanawia podrążyć temat, by znaleźć odpowiedź na dręczące ją pytania, ale i pomóc przeczekać ból złamanego serca. Czasy z lat sześćdziesiątych to Rosamund i Dominic. Ona to zagorzała aktywistka, dziennikarka, walcząca ze złem całego świata, niebojąca się własnego twardego zdania. On - dziennikarz, redaktor popularnego czasopisma, podróżnik, bywalec salonów, światowiec, skrywający kilka tajemnic. Rosamund i Dominic zakochują się w sobie do szaleństwa, poświęcając sobie każdą wolną chwilę. Do momentu, gdy on postanawia wyruszyć samotnie do Amazonii...

Wyciągnięta fotografia z przeszłości łączy Abby i Rosamund, które wspomagając się wzajemnie, próbują osiągnąć jeden wytyczony cel: dowiedzieć się, co stało się z zakochanym mężczyzną ze zdjęcia - po wkroczeniu do dżungli. Telefony, wywiady, szukanie informacji, research dawnych lat - każdy element układanki jest ważny, a Ros w końcu zaczynają otwierać się oczy.

Zwykle nie lubię, gdy w powieściach panuje podział na "kiedyś" i "teraz", jednak tutaj nie wyobrażam sobie, by został pominięty ten zabieg. Z jednej strony Czytelnik poznaje historię Abby, jej kontakty z przyjaciółkami, trudną sytuację małżeńską, gdzie sprawa opiera się o rozwód, jednak serce podpowiada coś innego. Niesamowicie ciężko wybaczyć zdradę, nie tylko fizyczną, ale i tę emocjonalną, która chyba boli bardziej. Abby, starając się uwolnić od rozmyślań o życiu osobistym, namiętnie angażuje się w wyjaśnienie zagadki sprzed 50 lat, dochodząc do kojących wniosków. Z drugiej perspektywy mamy Rosamund - kiedyś młodą, pewną siebie kobietę, ostro stawiającą na swoim, walczącą o swoje przekonania i ideały, zakochaną bez pamięci, teraz już starszą kobietę, która żyje wspomnieniami z dawnych lat. Emocje targające głównymi bohaterami powieściami mają ogromny wpływ na Czytelnika, który nie może się doczekać finału, który okazuje się... Mocno zaskakujący. Wywierający wrażenie. Dający nadzieję. Wyraźnie skonstruowane postaci, które są bardzo ludzkie, ze skazami, gdyż jak wiadomo, ideałów nie ma. Mamy tu rozpacz, smutek, rozczarowanie, ale i pewność siebie, upór i przywiązanie, jakiego można tylko pozazdrościć. Dodajmy do tego podróże, zalążek historii lat sześćdziesiątych, ważne wydarzenia z tamtego okresu, fabułę wciągającą niczym dobry kryminał i mamy bestseller. Autorka bardzo niebanalnie skonstruowała swoją powieść, dając Czytelnikowi to, czego najbardziej oczekuje. Polecam serdecznie, nie tylko kobietom! ;)

*

Za książkę bardzo dziękuję Księgarni TaniaKsiążka, gdzie znajdziecie również mnóstwo innych książek dla kobiet.

6.18.2017

"Confess" Colleen Hoover



Autor: Colleen Hoover
Tytuł: Confess
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 304
Tłumaczenie: Matylda Biernacka

"Czasami, żeby ocalić jakiś związek, musisz go najpierw poświęcić".

Oto pani Hoover w całej swojej krasie.

Autorka ta szczyci się nie lada popularnością; szturmem podbiła serca czytelników na całym świecie swoim mistrzowskim piórem w gatunkach New Adult i Young Adult. Jak nikt umie ona pisać o emocjach targających głównych bohaterów swoich powieści; kruszyć skały oporów nawet tych najzagorzalszych krytyków. Ja pokochałam ją za powieść "Maybe Someday", którą uwiodła mnie w całości; począwszy od fabuły, poprzez motyw obyczajowy, po MIŁOŚĆ - długo nie mogłam dojść do siebie po zakończeniu owej lektury. Później owszem, wpadały mi w ręce inne książki pani Hoover, w tym jedna napisana wspólnie z Tarryn Fisher (którą też bardzo lubię!), jednak wolę jak każda z nich pisze swoje powieści osobno, a duet niech sobie raczej odpuszczą ;). Wracając do Colleen - żadna z innych książek nie wywarła na mnie takiego wrażenia jak właśnie "Maybe Someday". DO TERAZ...

"Confess" to jej autorski szczyt. Wizytówka. Swoisty hymn. Powieść, po której nie można spokojnie zasnąć. Lektura, która wywołuje łzy już samym prologiem. Nie wspominając o części dalszej. Coś niemożliwego, pięknego, wzruszającego i dającego nadzieję. Chcę więcej!

"Zawsze będę cię kochał. Nawet jeśli już nie będę mógł".

Auburn Reed ma w pewien sposób zaplanowaną przyszłość od szesnastego roku życia. Powinna twardo stanąć na ziemi, spojrzeć z odwagą w przyszłość, nie bać się tego, co szykuje dla niej los. Oraz, bardziej przyziemnie - musi koniecznie zdobyć pieniądze. By osiągnąć zamierzony cel, co wydaje się cholernie trudne w jej sytuacji. Owen Gantry - to dwudziestojednoletni malarz, artysta, wystawiający swoje dzieła tylko raz w miesiącu, skrywający bolesny sekret z przeszłości, z którym do tej pory ciężko mu się uporać. Jak ta dwójka młodych ludzi może pomóc sobie nawzajem? No właśnie. Parzące tajemnice, niedopowiedzenia, ale i przeznaczenie, to tylko niektóre z wykładników, mających wpływ na ową parę. 

Tak jak wspomniałam wcześniej, wzruszenie wywołuje już sam prolog. Autorka nie oszczędza Czytelnika; funduje mu rollercoaster emocji już na samym wstępie przedstawianej historii. Auburn i Owen zostali wykreowani tak wyraziście, iż nie sposób nie utożsamić się z nimi w jak najmocniejszym tego słowa znaczeniu. Ona - zraniona przez życie, walcząca o lepsze jutro, skryta i wycofana, marząca o szczęściu, którego tak bardzo jej zabrakło. On - naznaczony przez przeszłość i tragiczne wydarzenia, ukojenia szuka w malarstwie; z otrzymanych od anonimowych ludzi wyznań - tworzy obrazy, z których się utrzymuje. Każdy element farby i płótna to dla niego swojego rodzaju odkupienie, dzięki któremu codziennie stawia nowy krok. Emocje aż kipią; do tej pory nie wiem, w czym upatrywać fenomenu autorki pod tym względem. Jak nikt umie ona poruszyć nawet najtwardsze serca; mało tego! Zniszczyć je, zgnieść, pogruchotać na drobne kawałki. Po lekturze jej książek nic już nie wydaje się takie samo. Ogrom uczuć i sprzecznych wrażeń nakłada się na siebie, tworząc nieprzejednaną mieszaninę. Jest tu strach, odwaga, ból, cierpienie, łzy, bezsilność, MIŁOŚĆ, wiara, nadzieja, sprawiedliwość, złość, bunt... I długo by wymieniać co jeszcze. Jest tu po prostu WSZYSTKO. Książkę pochłania się jednym tchem, a apetyt na więcej wciąż rośnie. Chciałabym móc poznać dalsze losy Auburn i Owena, bo ta historia zasługuje na ciąg dalszy, zdecydowanie. 

Nie sposób przejść obojętnie również obok samego pomysłu autorki na książkę. W "Maybe Someday" mieliśmy, oprócz walorów tych czytelniczych, również inne, muzyczne. W "Confess" mamy obrazy brytyjskiego malarza, które w lekturze są własnością Owena. Każdy obraz posiada wyznanie, na podstawie którego został namalowany, a jak zapewnia sama autorka: każde wyznanie jest prawdziwe. Bardzo udany zabieg, dodający wiarygodności, oraz poczuciu utożsamiania się nie tylko z bohaterami powieści, ale i z każdą osobą, która odważyła się dane wyznanie napisać. Ja jestem zachwycona tą książką pod każdym względem: fabuły, okładki (która jest fenomenalna!), kreacji postaci, obrazów, zamieszczonych wewnątrz, emocji, które towarzyszą od pierwszej do ostatniej strony. Coś niesamowitego, ileż reakcji może wywołać jedna książka. 

Oto pani Hoover, na którą czekałam. I której wciąż oczekuję.

POLECAM. POLECAM. POLECAM.

W Polsce książka ta dostępna jest także w drugiej wersji okładkowej (choć moim skromnym zdaniem ta biała jest dużo lepsza):


A oto dwa obrazy, które znajdują się w historii, jest ich więcej...


Ta książka niekwestionowanie dołącza do grona moich najulubieńszych ;)!


A za możliwość jej przeczytania ogromnie dziękuję Księgarni TaniaKsiążka, gdzie znajdziecie mnóstwo innych bestsellerów.

6.16.2017

"Tysiąc pięter" Katharine McGee



Autor: Katharine McGee
Seria/cykl: Tysiąc pięter (tom 1)
Wydawnictwo: Otwarte (Moondrive)
Ilość stron: 416
Tłumaczenie: Mariusz Gądek

"Czuła, jak wewnątrz niej coś się łamie i rozpada. Może była to jej głupia, uparta duma. A może jej serce".

Rzadko sięgam po książki reklamowane jako te z gatunku science fiction; nigdy nie interesowała mnie nowoczesna, technologiczna przyszłość. Czasem jednak mi się zdarzy, tak jak było w przypadku pani Ahern i jej "Skazy", oraz właśnie teraz, przy głośnej książce od Moondrive: "Tysiąc pięter". Chwytliwe hasło, że im wyżej jesteś, tym niżej możesz upaść, porównanie do uwielbianego przeze mnie serialu "Gossip girl", wizja luksusowego świata bogaczy za sto lat... I tak oto w moich rękach znalazła się owa historia. Historia na pozór banalna, jednak skrywająca głębsze dno. A właściwie kilka...

Avery. Leda. Eris. Rylin. Watt.

Pięcioro głównych bohaterów powieści; poznajemy punkt widzenia każdego z nich.  Dzieli ich sporo, łączy równie wiele, w tym jedna i najważniejsza rzecz: WIEŻA.

Wieża to tytułowe tysiąc pięter, gdzie toczy się życie Nowego Jorku. Elita mieszka najwyżej; biedota najniżej, podział jest prosty. Wieża zawiera w sobie wszelkie potrzebne rzeczy; są tu szkoły, place zabaw, wykreowane hologramowo parki, zalewy wodne, ścieżki spacerowe, ludzi podwożą nie taksówki a hovery, każdy element egzystencji jest tu skomputeryzowany. Do mieszkania wpuszczają specjalne boty, które przeprowadzają od razu skan ciała, w celu aktualizacji np. jego wagi, kluczem do pokoju jest potwierdzenie danych z siatkówki oka, co bogatsi posiadają soczewki kontaktowe, których używają zamiast telefonów komórkowych. Wystarczy napisać "flika" i kiwnięciem głowy wysłać go w świat. Operacje plastyczne są na porządku dziennym, można ustawić sobie każdy element mieszkania w taki sposób, by kontrolować to co się chce, na bieżąco. Np. ilość spożywanych kalorii, gdzie ich przekroczenie powoduje zamknięcie lodówki; alkohole na imprezach podawane są w wielkich bąbelkowych kulach, z których każdy może swobodnie się napić, ubrań nie trzeba mierzyć, gdyż specjalne maszyny robią wizualizację 4D dostosowaną do indywidualnych potrzeb klienta, komputerowo zdejmując z niego miarę w chwili przekroczenia przez niego progu sklepu. Gdy Czytelnik zaczyna pochłaniać z coraz większym zapałem nowości technologiczne, w które wyposażony jest świat z 2118 roku, zaczyna się łapać za głowę, jak bardzo możliwie logicznie to brzmi. Niemożliwa kontrola maszyn, otaczających nas z każdej strony jest miażdżąca. 

Wieża to również naturalny świat naszych postaci. Avery - zaprojektowanej genetycznie dziewczyny, której widok zapiera dech w piersiach, jest bowiem idealnie piękna, bez najdrobniejszej skazy; Ledy - przyjaciółki Avery, zakochanej beznadziejnie w jej bracie Atlasie, uzależnionej od narkotyków; Eris - dziewczyny z niższego piętra, której w jednym momencie rozsypuje się świat; Rylin - biednej, wychowującej siostrę nastolatki, która, by przetrwać, musi podejmować ciężkie decyzje; Watta - jedynego chłopca w tym zestawieniu, który nie rozstaje się z Nadią, swoją zmechanizowaną przyjaciółką. Każda z tych głównych postaci skrywa potężny sekret, drżąc o to, by nigdy nie ujrzał on światła dziennego. W kompilacji w innymi bohaterami tej futurystycznej historii - powstaje nam konkretna mieszanka wybuchowa. Już sam prolog wbija w fotel; kompletnie nie spodziewałam się czegoś takiego. Każda strona jest później tylko coraz bardziej gorączkowym dochodzeniem do finału. Finału, który i tak zaostrza apetytu na więcej, już wiem, że nie mogę się doczekać kolejnej części serii. 

Wydawać by się mogło, iż "Tysiąc pięter" to kolejna w swoim gatunku powieść młodzieżowa, płytka i niezbyt wymagająca. No bo o czym może być książka, której motywem przewodnim jest przepych, ekskluzywność, nowoczesność, bogactwo i problemy młodych ludzi? No właśnie. Nic bardziej mylnego. Pomimo młodego wieku bohaterów, są oni wykreowani bardzo wyraziście, widać, że autorka miała "mocną kreskę" przy tworzeniu postaci. Każda z nich jest inna, złożona, wyróżniająca się na podanym tle. Wszyscy, mimo życia w Wieży, która w założeniu nie powinna przysparzać żadnych problemów - posiadają swoje rozterki, kłopoty, z którymi się na co dzień zmagają. Mimo skomputeryzowanego świata, to wciąż ludzie z krwi i kości, uciekający przed przeszłością, walczący z teraźniejszością, bojący się przyszłości. Nie powiem, pierwsze kilkadziesiąt stron nie robiło na mnie wrażenia, wręcz wiało nudą. Jednak później... Dosłownie nie mogłam się oderwać, na moich policzkach kwitły rumieńce zaciekawienia i przeżywanych wraz z bohaterami emocji, kibicowanie podejmowanym przez nich dobrym decyzjom, piętnowanie tych niewłaściwych, ciągle wprowadzane elementy zaskoczenia i zwroty akcji... Aż do końca, gdzie w momencie skończenia czytania książki, usiadłam z uczuciem: ALE JAK TO? JUŻ? Jezu, gdzie jest kolejna część? Co będzie dalej? Przecież to nie mogło się po prostu tak skończyć!

Autorka bardzo zgrabnie wykreowała spójną wizję przyszłości, łącząc futuryzm, science fiction z młodzieżówką, obok której nie sposób przejść obojętnie. Podstępy, intrygi, tajemnice - zaczynają stanowić rysy na pozornie idealnej tafli szkła, jaką ma być Wieża i życie w niej. Postaci wzbudzają wiele uczuć u Czytelnika, mącąc mu w głowie swoim zachowaniem. Jak wspomniałam wcześniej to: idealna Avery, która wzbudza zazdrość u innych ludzi, nieszczęśliwie zakochana w chłopaku, do którego nie powinna żywić takich uczuć. Mściwa Leda, która idąc po trupach do celu, zawsze dostaje to, czego chce. Wyrazista Eris, zraniona przez najbliższych, zmuszona do degradacji z wyższych sfer na 130 piętro. Uboga Rylin, podejmująca decyzje chroniące jej siostrę. Watt - geniusz haker, który odkrywa przypadkiem to, czego nigdy miał się nie dowiedzieć. Dodajmy do tego poczciwego Corda (jestem nim totalnie zauroczona!), wrednego Brice'a, twardo stąpającą po ziemi Mariel i... Mamy dobrą powieść. Nawet bardzo dobrą. Bo to nie tylko ckliwa historyjka o podziale społecznym. To opowieść o tym, że nawet największe pieniądze nie są w stanie zapewnić MIŁOŚCI, przyjaźni, czy jakichkolwiek innych wartości; bowiem nie da się kupić wszystkiego. To opowieść o tym, iż w jednej chwili z wyżyn można znaleźć się na najniższym szczeblu, nigdy nie wolno zapominać, że jest się tylko (a może i AŻ) człowiekiem. To opowieść o tym, jak sekrety i tajemnice mogą niszczyć życie, odbierając z niego to, co najcenniejsze, jak intrygi i negatywne uczucia mącą, mieszają, burząc budowane konstrukcje swoimi konsekwencjami. To w końcu opowieść o tym, iż żadna podjęta decyzja nie przechodzi bez echa, a z każdej sytuacji jest wyjście. ZAWSZE JEST WYJŚCIE. Nieważne, czy mieszkasz na tysięcznym czy setnym piętrze. 

Polecam. I czekam na kolejną część.

Za książkę ogromnie dziękuję Księgarni TaniaKsiążka, gdzie znajdziecie również inne bestsellery.   

6.15.2017

"Quidditch przez wieki" J. K. Rowling (Kenneworthy Whisp)



Autor: J. K. Rowling (K. Whisp)
Tytuł: Quidditch przez wieki
Seria/cykl: Harry Potter
Wydawnictwo: Media Rodzina
Ilość stron: 144
Tłumaczenie: Andrzej Polkowski


Gdy tylko przeczytałam "Baśnie Barda Beedle'a" - od razu wiedziałam, iż prędzej czy później sięgnę po kolejne magiczne bonusy z serii o Harrym Potterze. Okazja nadarzyła się prędko, gdyż przyjaciel Darcy'ego dysponował akurat i powyższą książką, jak i "Fantastycznymi zwierzętami..." (o których innym razem), zatem co było do przewidzenia: trafiły idealnie w moje chciwe łapki. I muszę przyznać, iż ponownie (co chyba nie jest żadnym odkryciem) jestem zauroczona. Media Rodzina: strzał w dziesiątkę! ;)

Przyznam się od razu: owszem, jestem fanką całej sagi, jednak nigdy specjalnego wrażenia nie robił na mnie Quidditch. Ot, dyscyplina sportowa; zrozumiałe, że autorka musiała wynaleźć coś innego, magicznego, nieznanego dotąd w normalnym, mugolskim świecie. Do tej pory jestem pod wrażeniem ogromnej wyobraźni pani Rowling; to jest wręcz coś niemożliwego - każdy detal w całej historii jest dopracowany, doszlifowany, dopieszczony pod wszelkimi względami. Podobnie jest z każdą książeczką dodaną do serii. Twarda okładka, dość spora czcionka, no i najważniejsze: zawartość. W "Quidditchu przez wieki" mamy podane na tacy WSZYSTKIE najważniejsze informacje (a właściwie wszelkie informacje) na temat tej magicznej gry. Dowiadujemy się skąd to się wzięło, jak Quidditch ewoluował przez całe lata; jakie zmiany następowały w grze, jej wymiarze, wyglądzie piłek, zasadach i regułach. Czytelnik może prześledzić historię tego magicznego sportu, zobaczyć, jakie miotły były sprzedawane, a jakie są obecnie na topie, poznać każdą quidditchową drużynę, jej symbole oraz cechy charakterystyczne. Jeśli czytając którąkolwiek z części o Harrym Potterze czułaś/czułeś coś w rodzaju niedopowiedzenia, braku wyjaśnienia czegoś związanego z Quidditchem - ta maleńka książka rozwiewa wszelkie wątpliwości. Gra czarodziejów zostaje tutaj rozebrana na części pierwsze, rozpracowana od podstaw do obecnego jej wyglądu. Do tego dołóżmy kilka ilustracji... I mamy kolejny gotowy przepis na sukces.

I niech sobie mówią, że Rowling pisze pod wpływem popularności, że wykorzystuje okazję, że robi co może, by być wciąż na fali, że Potter to studnia bez dna... Ona robi to świetnie, genialnie! Każda z książeczek to cudowna perełka do kolekcji dla każdego fana Harry'ego Pottera, bez dwóch zdań. 

Już nie mogę się doczekać napisania kilku zdań o "Fantastycznych zwierzętach..." - teraz w końcu mogę obejrzeć film, bo tak, wciąż kieruję zasadą, iż nie oglądam nic stworzonego na podstawie książki, dopóki nie zapoznam się najpierw z pierwowzorem ;).

O tym już się tutaj ukazało:



A o tym już niedługo...



Zakochałam się w tych nowych wydaniach; postawione obok siebie wyglądają cudownie. Co myślicie o takich DODATKACH? Warto, nie warto? Dobry pomysł czy jednak reklamowy chwyt? ;)

6.13.2017

"Zapisane w wodzie" Paula Hawkins



Autor: Paula Hawkins
Wydawnictwo: Świat Książki
Ilość stron: 368
Tłumaczenie: Jan Kraśko

"Nie pamiętam tego, co chcę pamiętać, a to, o czym chcę zapomnieć, wciąż do mnie wraca".

Ta książka jest idealnym przykładem dawania drugiej szansy. Po prostu. 

Gdy wszędzie słyszałam zachwyty nad "Dziewczyną z pociągu" zastanawiałam się, co ze mną jest nie tak... Poważnie. Kompletnie nie porwał mnie debiut Pauli Hawkins. Mało tego; uznałam tę książkę za lekką stratę czasu, nie pojmowałam, jak Stephen King mógł wystawić jej aż tak dobra rekomendację. Publikacja owa miała tak rozdmuchaną kampanię reklamową, że obawiałam się, iż niedługo wręcz wyskoczy mi z lodówki, zwolennicy mnożyli się jak grzyby po deszczu, a ja - zagubiona, z odmiennym zdaniem, przyglądałam się temu z boku i z niecierpliwością czekałam na kolejne słowo od autorki. Żeby zobaczyć, czy to jej styl, pomysły, czy może jeszcze coś innego miało taki, a nie inny wpływ na moją opinię o "Dziewczynie z pociągu". I udało się. W moich rękach oto znalazło się "Zapisane w wodzie". I mogę teraz śmiało przyznać, iż to chyba tematyka poprzedniej lektury, jej specyfika nie odnalazła we mnie swojego sprzymierzeńca. Gdyż obecna książka robi wrażenie. Oj, robi.

Od pierwszych stron zaczyna nas otaczać aura tajemniczości. Mrok, sekrety, symbolika wody, jako mętnego źródła wszelkich problemów. I ani się obejrzysz, a jesteś w połowie ponurej historii, od której nie sposób się oderwać.

Dwie siostry. Jules i Nel. Niby łączą je więzy krwi, a jednak tak naprawdę dzieli WSZYSTKO. Jules pragnie nigdy nie wracać do rodzinnego miasta; z dzieciństwa ma jedynie złe wspomnienia, trauma, którą do tej pory przeżywa, nie pozwala jej normalnie funkcjonować. Chce żyć po swojemu, z dala od przeszłości, o której pomimo usilnych prób - nie da się zapomnieć. Nel to kompletne przeciwieństwo siostry. Ona nie ma powodów do ucieczki od dawnych spraw; wręcz przeciwnie. Lubi się zagłębiać w rodzinne tragedie, czytać i pisać o historii miasta, fascynuje ją woda w każdej postaci - zwłaszcza słynne Topielisko, gdzie od lat spoczywają ciała "problemowych" kobiet. Nel pragnie dowiedzieć się, gdzie leży prawda, co było, i co jest nadal powodem skrywania dawnych tajemnic, dlaczego rzeka jest odpowiedzią na tak wiele pytań... 

Gdy Jules dostaje wiadomość, iż Nel utonęła w wyniku samobójstwa, musi odłożyć na bok dawne urazy, by wyrównać rachunki z przeszłości i odnaleźć prawdę, która wydaje się leżeć na samym dnie.

"Obserwowanie kogoś pogrążonego w bólu to straszna rzecz.To naruszenie, brutalne pogwałcenie prywatności".

Gdy zaczyna czytać się "Zapisane w wodzie" można mieć niejasne poczucie zagubienia. Narracja prowadzona jest z perspektywy praktycznie każdego bohatera powieści; zdarza się jednoosobowa bądź trzecioosobowa, co może wprowadzać lekki chaos. Muszę jednak przyznać, iż im dalej w las, tym lepiej. Najpierw irytowałam się tym zamieszaniem, które wprowadza autorka, co chwilę zmieniając narratora, jego postrzeganie świata; myślałam, że totalnie się w tym pogubię. A tu proszę, powoli, każda kwestia zostaje wyjaśniona, prowadząc do końca, którego nie spodziewałam się do ostatniej strony! Byłam pod wrażeniem swojego poziomu zainteresowania tą lekturą; po prostu nie mogłam przestać jej czytać. I nawet jeśli nie jest to jakaś moja ulubiona książka z tego gatunku (do którego cały czas powoli się przekonuję), to jest naprawdę dobra, napisana z rozmysłem, przemyślana pod każdym względem, spajająca się w jedną kompletną całość. Jestem naprawdę pod wrażeniem i polecam każdemu, kto chce pomyśleć nad lekturą, zastanowić się, co może być motorem do podejmowania pewnych decyzji. Czym jest prawda, co łączy ją z historią, dlaczego niektórym tak bardzo zależy na ukryciu istotnych faktów, oraz jak wiele czasu zajmuje dochodzenie do konkluzji, iż nic nie jest takie, jakim się wydaje. Niewątpliwym plusem całej powieści jest mroczna otoczka; małe miasteczko, miejscowe legendy, tajemnie, swojego rodzaju fantastyczność pewnych wydarzeń, dawne wierzenia, zabobony, magiczne przekleństwa. Jeśli kogoś interesują podobne klimaty, to ta książka idealnie się mieści w takim zakresie. Czas nad nią upłynął mi niemożliwie szybko, teraz pozostaje tylko czekać na kolejną powieść pani Hawkins. Oby była jeszcze lepsza!

Za książkę ogromnie dziękuję Księgarni TaniaKsiążka, gdzie znajdziecie jeszcze mnóstwo innych bestsellerów!

5.27.2017

"Za zamkniętymi drzwiami" B. A. Paris



Autor: B. A. Paris
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 304
Tłumaczenie: Janusz Ochab

"(...) nic nie pozbawia nas sił równie skutecznie jak strach".

Sensacja na rynku wydawniczym.
Światowy  bestseller.
Imponujący debiut.

Czy sięgniesz po książkę, słysząc o niej takie opinie? Czy zaufasz reklamie, mając gdzieś z tyłu głowy świadomość, że może być zupełnie odwrotnie? Że lektura może kompletnie nie przypaść Ci do gustu, a toczący się wokoło medialny szum wyda Ci się totalnie niezrozumiały? Od razu Ci odpowiem: pewnie, że sięgniesz. A wiesz dlaczego? Bo historie, opowiadające o tym, co dzieje się u sąsiadów w domu, zawsze cieszyły się ogromną popularnością. Po książkę sięgnęłam z zamiarem przeczytania dosłownie kilku rozdziałów przed pójściem spać. Srogo się przeliczyłam. Tej nocy już nie zasnęłam, a publikację pochłonęłam dosłownie z zapartym tchem.

Jack i Grace to niesamowicie udane małżeństwo. Nigdy się nie rozstają nawet na moment, doskonale się rozumieją, porozumiewają się bez słów; ich dom jest idealny, każde przyjęcie dla znajomych to niebiańska uczta, mająca ukazać zdolności pani domu. On jest szanowanym prawnikiem zajmującym się obroną skrzywdzonych kobiet,  ona to perfekcyjna pani domu, dbająca o każdy szczegół... Wszystkiego. Oboje ogromnie wyrozumiali - Grace zawsze rozumie późne powroty męża do domu, Jack nie może się doczekać przyjazdu niepełnosprawnej siostry Grace, by zapewnić jej należytą opiekę. No cóż... Skoro jest tak cudownie i kolorowo, to dlaczego Grace nigdy nie wychodzi sama z domu, zawsze chodzi z pustą torebką, nie posiada telefonu komórkowego ani adresu mailowego, a w każdym oknie zamontowane są kraty? Bo to, co pozorne, zawsze ma głębsze dno.

Uważam, że powyższa historia to gotowy pomysł na film. Ktoś może powiedzieć, iż podobnych historii powstało już sporo; w końcu nikt nie odkrył Ameryki motywem tłamszonej i terroryzowanej żony przez męża, gdzie pozorne szczęście jest tylko ułudą. Owszem, to nie pierwszy taki temat pojawiający się w literaturze czy filmie, jednak nie sposób odmówić autorce pewnych aspektów, które wyróżniają "Za zamkniętymi drzwiami" na tle innych takich historii. Po pierwsze: budowanie nastroju. Książka została podzielona na dwa segmenty: kiedyś i teraz. Pozwala to na głębsze poznanie relacji Jacka i Grace, od momentu ich pierwszego spotkania, do sytuacji teraźniejszej, gdzie są już małżeństwem. Muszę przyznać, że każde ostatnie zdanie danego rozdziału jest takie, iż niejednokrotnie przewracałam strony, by dowiedzieć się, co będzie dalej; niecierpliwość i nieustanne trzymanie w napięciu towarzyszą przy lekturze cały czas. Ciągle chcemy się dowiedzieć co będzie dalej, co dalej, i przede wszystkim: jaki będzie finał powieści. Co zatryumfuje? Tragizm czy sprawiedliwość? Po drugie: psychologia postaci. To niesamowite, jak różne oblicza może mieć jeden człowiek. Przewijający się sarkazm w osobie Jacka Angela (anioła!), prawnika broniącego praw maltretowanych kobiet - gdzie tak naprawdę zajmuje się kompletnie czymś innym, niszczeniem psychicznym swojej żony. Nie dajcie się zwieść pozorom: na początku Jack to mężczyzna idealny! Jak tu nie pokochać człowieka, który akceptuje fakt, iż jego przyszła żona ma chorą na zespół Downa siostrę, którą musi się zajmować do końca życia? Poślubiając Grace, poślubia również fakt, iż bierze wraz z nią na siebie odpowiedzialność za inną osobę, wyrzekając się pewnych spraw, gdyż opieka nad chorą kobietą wymaga poświęceń i zaangażowania. Nic nie jest jednak takie, jakim się wydaje, a wyjaśnienie postępowania mężczyzny po prostu wbija w fotel. Coś strasznego. Stopniowe odkrywanie kolejnych kart, to niekwestionowana zaleta tej książki. Nie sposób się od nie oderwać; po prostu nie można przestać jej czytać. Jak potoczą się dalej losy Grace? No właśnie. Po trzecie: piętrzące się uczucie klaustrofobii. W powieści czuje się wręcz strach Grace; jej drżenie rąk, kołatanie serca, przyspieszony puls. Zamknięty dom, zabezpieczony na wszelkie możliwe sposoby, brak możliwości jakiegokolwiek kontaktu ze światem, pusty pokój, gdzie nawet długopis mógłby okazać się szansą ucieczki czy jedyną bronią przed psychopatycznym oprawcą. Cztery ściany, które naciskają wciąż z każdej strony, tworzą niepokojące poczucie zamknięcia i lęku. Czytelnik ma wrażenie, iż z czytanej przez niego historii nie ma ucieczki; coś nas przytłacza, nie dając cienia szansy na odwrót.

"Nie mogłam pogodzić się z myślą, że jego uroda tak bardzo kontrastuje ze szpetotą jego duszy".

"Za zamkniętymi drzwiami" to opis brutalnej rzeczywistości, która może mieć miejsce nawet w naszym sąsiedztwie; należy mieć tylko oczy bardzo szeroko otwarte. Autorka wykreowała klimat, od którego naprawdę ciężko się uwolnić; mrok powieści wciąż pochłania i pochłania, nie dając możliwości na ucieczkę. Do samego końca trzyma w napięciu, zapierając dech w piersi w oczekiwaniu na finał. I jeśli nie siedzę na co dzień w podobnym gatunku, to muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem tej historii. I skoro to jest debiut... To aż boję się pomyśleć, z jakim hukiem na rynek wejdą kolejne książki tej pani. Nie mogę się doczekać.

Polecam bardzo.


Za książkę bardzo dziękuję księgarni TaniaKsiazka.pl, gdzie znajdziecie również inne publikacje z gatunku sensacji.

5.13.2017

"Przeznaczenie Violet i Luke'a" Jessica Sorensen



Autor: Jessica Sorensen
Tytuł: Przeznaczenie Violet i Luke'a
Seria/cykl: THE COINCIDENCE (tom 3)
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 368
Tłumaczenie: Ewa Helińska

"Rozdarta pomiędzy obawą, że i tak kogoś zranię, a ciągłym bólem w środku, postanowiłam przestać cokolwiek czuć. Wyłączę to. Zamknę. Sama wzbudzę w sobie obojętność. Z początku było trudno, zwłaszcza nocą, kiedy mój mózg upierał się, by wszystko pamiętać".

Mam ostatnio szczęście do dobrych książek; do lektur, które zostawiają moje serce w strzępach - rozdarte, potłuczone, połamane w drobny mak. Uwielbiam ten stan, gdy w momencie odłożenia książki na półkę mam chaos w głowie, mówiący: dlaczego to już koniec? Ja chcę więcej! Więcej i więcej. Nie wiem czym to idzie, chyba lubię rozklejać się nad papierem, aż za bardzo wczuwając się w role głównych bohaterów. Razem z nimi przeżywam, cierpię, przyjmuję zewnętrzne ciosy, ale i śmieję się, kibicuję postaciom, zastanawiam się, co ja bym uczyniła w danej sytuacji. Sięgając po publikację autorstwa pani Sorensen - miałam to szczęście, że wiedziałam, czego się spodziewać. W końcu to już trzecia część jednej z moich ulubionych młodzieżowych serii, która wyciska serducho jak cytrynę, nie patyczkując się z niczym. Jeśli chcesz się przy tej lekturze odprężyć - natychmiast ją odłóż. Lecz może oczekujesz tego, czego oczekuję ja biorąc emocjonalny rollercoaster do ręki: wrażeń, sprzecznych uczuć, wielkiego bum! spadającego na głowę z prędkością błyskawicy. I właśnie dla takiego odbiorcy jest pani Jessica Sorensen.

W pierwszych dwóch częściach serii bliżej poznaliśmy Callie i Kaydena; ich historię, przeszłość, która swoje odzwierciedlenie miała w teraźniejszości, ból i cierpienie, z jakim musieli się zmierzyć ci młodzi ludzie, wkraczający w dorosłość. W trzecim tomie cyklu "The Coincidence" akcja toczy się wokół Violet - współlokatorki Callie, i Luke'a - najlepszego przyjaciela Kaydena. Bohaterowie pozornie znani z "Przypadków Callie i Kaydena" oraz "Ocalenia Callie i Kaydena", tak naprawdę teraz mają okazję dojść do głosu, opowiadając swoją historię, jedyną i niepowtarzalną, która momentalnie chwyta za serce. Autorka wciąż udowadnia, że miejsce na podium dotyczącego gatunku New Adult/young adult jest niezaprzeczalnie jej. Violet i Luke to bowiem kolejna para pełna sprzeczności, brutalnych myśli, toksycznej i uzależniającej przeszłości wlokącej się wciąż za nimi, gdzie nic nie jest oczywiste i pewne. 

 "(...) ja nie chcę aby ani on, ani ktokolwiek inny mnie poznał. To strata czasu. W końcu i tak mnie zostawi. Jak wszyscy".

Akcja powieści, podobnie jak w poprzednich tomach, toczy się z dwóch punktów widzenia; poznajemy myśli samej Violet oraz Luke'a. I nie są to myśli czy odczucia przyjemne. Oj, do przyjemności w tej książce daleko. Przesycona jest za to bólem, cierpieniem, wciąż na nowo otwierającymi się ranami z przeszłości, ucieczką od tragicznych wspomnień, próbą zapomnienia o ogromie nieszczęścia, które ukształtowało dwójkę bohaterów. Każde z nich jest inne, jednak łączy ich jedno: emocjonalna obojętność, pod której fasadami pragną ukryć swoje prawdziwe oblicza. 

 O Violet wiemy (z poprzednich części), że jest panną lekkich obyczajów. Luke to natomiast swawolny chłoptaś, który oprócz bycia gwiazdą futbolu, uwielbia pić na umór i w amoku zaliczać kolejne dziewczyny, nie zważając na konsekwencje. Dopiero, gdy poznajemy bliżej owe postaci, możemy dojść do wniosku, jak niewiele trzeba, by rzucać fałszywe oskarżenia, jak łatwo łata raz przypięta może zranić do granic oraz że nigdy nie należy ufać pozorom. Violet skrywa tajemnicę; rany z dzieciństwa wciąż się nie zabliźniły, bolesne wspomnienia wciąż nawiedzają ją w snach, utrata najbliższych osób nadal ma swoje odbicie w podejmowanych przez dziewczynę decyzjach. Odrzucona, błąkająca się z kąta w kąt, nareszcie znajduje ukojenie w handlu narkotykami. Luke pragnie zapomnieć. Pragnie zapomnieć o toksycznej relacji z mamą, która wykańczała go psychicznie od najmłodszych lat. Pragnie zapomnieć o samobójczej śmierci siostry, o ojcu, którego nigdy nie było, o negatywnych uczuciach, które w nim wzbierają. Gdy spotyka Violet, jeszcze się nie spodziewa, że to zderzenie z górą lodową, mające nieodwracalne skutki. Czy MIŁOŚĆ zawsze musi być piękna i czysta? Niekoniecznie. Uczucie to może być przepełnione bólem, rozterkami przy podejmowaniu decyzji, toksycznością, spod kontroli której bardzo ciężko się uwolnić, brudem postępowania. MIŁOŚĆ to nierzadko brak hamulców, żałowanie podjętych postanowień, nieustanna walka serca z rozumem, pożądanie, docieranie do kolejnych granic. Relacja Violet i Luke'a to ciągła sprzeczność, przyciąganie się i odpychanie dwóch na pozór tak różnych biegunów, rozstania i powroty, wspólne dzielenie bólu, odnajdywanie ukojenia w podobnym widzeniu świata, pocieszanie, iż "jutro będzie lepiej". Violet i Luke to okaleczone przez życie jednostki, które wcześniej wpuszczone w dorosłość, muszą sobie z nią jakoś radzić. Wydawać się może, że książek o podobnej tematyce jest wiele, jednak nie sposób odmówić autorce wyjątkowości przedstawiania zdarzeń i unikalnego kreowania bohaterów. Są oni bowiem tak wyraźni, tak ludzcy, tak pełni bólu, że aż nie sposób tego wyrazić. Ich historia ściska serce, porusza najczulsze struny uczuć. Nieobcy jest im sarkazm, ironia, cyniczna ucieczka od świata, który tylko ich rani, jedyne wyjście znajdują w obojętności, która staje się ich drugim "ja". 

Jak wiele jest w stanie znieść człowiek, byleby tylko uwolnić się od traumatycznej przeszłości, która codziennie zatruwa mu życie? W jaki poziom stagnacji można popaść, żeby tylko nie czuć nic, co mogłoby wprowadzić jakąkolwiek zmianę? Jak nisko można upaść, by chwycić wyciągniętą dłoń, która wyciągnie na powierzchnię? Jak dużo można wybaczyć najbliższej osobie? Jak zapomnieć o ogromnej krzywdzie, której się doświadczyło? Jak ponownie zaufać bez lęku, że ponownie się zostanie zranionym? I czy czas na pewno leczy rany? No właśnie. 

Niektórzy powiedzą, że ta książka jest przesadzona, że autorka wyzbierała wszelkie nieszczęścia świata i włożyła je w karty swoich powieści. Ja uważam, że takie historie są potrzebne; nigdy nie wiemy, co kryje się w środku drugiego człowieka, co przeżył, z jakimi wspomnieniami musi się zmagać, co spędza mu sen z powiek, ile wycierpiał, by znaleźć się w danym miejscu. Nie należy oceniać nikogo po pozorach, bo te lubią mylić i wprowadzać w krzywdzący błąd. Moje serce niezaprzeczalnie należy do pani Sorensen, nie mogę się doczekać sięgnięcia po kolejną część z serii, i choć wiem, że będę się zbierać po lekturze z części, na jakie mnie połamie, to warto. Polecam całą sobą. 


 *

Jak możecie zauważyć, na blogu pojawiły się drobne zmiany w pisaniu recenzji - przestałam oceniać. Uznałam, że nigdy nie byłoby to sprawiedliwe, porównywanie gatunków nie wychodzi mi na dobre. Po prostu będę polecać lub nie daną książkę. I wciąż zapewniam, że czytam Wasze blogi, mimo, że nie zawsze się na nich udzielam. 

:) 

5.03.2017

Damsko - męskim okiem o: "Harry Potter i Zakon Feniksa" J. K. Rowling [WSPÓLNIE]



Autor: J. K. Rowling
Tytuł: Harry Potter i Zakon Feniksa
Seria/cykl: Harry Potter (tom 5)
Wydawnictwo: Media Rodzina
Ilość stron: 959
Tłumaczenie: Andrzej Polkowski

No to nadszedł czas na piątą już część przygód młodego czarodzieja! Nie ukrywam, że jest to mój jeden z ulubionych, ale i najbardziej smutny (osobiście, z powodu jednego bohatera) tom serii. Ponownie wraz z Ciachem ze Świata Bibliofila zasiedliśmy do rozebrania powyższej książki na czynniki pierwsze. Jak nam wyszło tym razem? Zapraszamy! :)

Dla przypomnienia: dla mnie jest to już kolejne spotkanie z przygodami uczniów Hogwartu, Kamil natomiast czyni to po raz pierwszy. 

ZARYS FABUŁY

Przed nami piąty już rok nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa. Po finalnych wydarzeniach z poprzedniej części ("Harry Potter i Czara Ognia") możemy się spodziewać, iż sielankowa aura towarzysząca bohaterom - zdecydowanie się skończyła. Lord Voldemort powraca; Harry dzielnie stawia mu czoła na starym cmentarzysku, patrzy jednak z przerażeniem na śmierć Cedrika Diggory'ego. Chłopiec, Który Przeżył pragnie ostrzec cały czarodziejski świat przed niebezpieczeństwem, jednak wciąż natrafia na przeszkody. Ministerstwo Magii mu nie wierzy, w szkole pojawia się Umbridge - nowa nauczycielka obrony przed czarną magią, która nie cierpi "opowiadać kłamstw", sam Harry zaczyna miewać dziwne sny, a Dumbledore się do niego nie odzywa. Dlaczego? Co stoi za niepokojącym zachowaniem dyrektora? Dlaczego Snape zaczyna odgrywać coraz większą rolę w procesie nauki Pottera? Komu wierzyć? Jedno jest pewne: w tym tomie się dzieje. Żarty się skończyły. 

OGÓLNE WRAŻENIE:

Asia: Kurczę, mam straszną słabość do tej części. Przeczytałam ją (pomimo jej zdecydowanie największej objętości!) podobnie jak "Harry'ego Pottera i Więźnia Azkabanu" najwięcej razy, zawsze jakoś do niej powracałam. Podoba mi się mnogość wątków, powolne dochodzenie do odkrycia coraz to nowszych tajemnic, wprowadzenie większych ilości scen humorystycznych, ale i tych (pewnie dla ogólnej równowagi) bardziej mrocznych, niebezpiecznych. Lubię nowe postaci; wywołują we mnie szereg uczuć, od niesamowitej sympatii po ogromną złość i chęć rzucania czymś po ścianach (ale o tym później), wplatanie przeszłości w teraźniejszość, coraz bardziej widoczną dojrzałość bohaterów: nie mamy tu już do czynienia z dzieciakami, w żadnym wypadku!

Kamil: Niestety, ale obawiam się, że możesz mnie zacząć mniej lubić po tej rozmowie, bo nie podzielam Twojej pozytywnej opinii dotyczącej tej książki. Ogólnie to początek był interesujący, jakieś 100 - 150 stron, potem przez sześćset stron było bardzo średnie pitu-pitu, i na koniec, jakoś od 700-setnej coś się zaczęło dziać. Ten początek i koniec bardzo dobre, ale środek słaby, bo raz - nudno i mi się autentycznie oko przymykało, dwa - czytałem to jak jakieś zombie bez uczuć, którego w ogóle nie interesuje, co się tam dzieje, a tak być nie powinno. Uważam, że jest to najbardziej przegadany tom HP i jedno z najbardziej przegadanych fantasy ogółem, jakie czytałem. Dzieje się tyle "ciekawego" w tym tomie, że po wycięciu można by to upchać w książkę o połowę krótszą (nie przesadzam ani trochę), co wyszło by jej na zdrowie. A tak moim zdaniem jest to co najwyżej dobra powieść i oceniając wyżej, nawet przez wgląd na poprzednie dwie bardzo dobre części, wyrządziłbym ogromną krzywdę fantasy autorów, których czytałem w ostatnim czasie, jak Sanderson, Ambercrombie czy Wegner, których książki biją na głowę ten tom. Naprawdę nie rozumiem zachwytu nad "Zakonem Feniksa", gdy patrzę na lubimyczytać.pl, gdzie przy ponad 40-tysiącach (sic!) głosów ocenę ma 8,13, a poprzedni, znacznie lepszy tom ma 8,08... Jaki cudem - ja się pytam?

Asia: Hoho! Po pierwsze, to nie zacznę Cię mniej lubić! Pomimo mojego uwielbienia dla całej sagi o Harrym Potterze, naprawdę bardzo szanuję i doceniam każde zdanie na ten temat, nawet jeśli jest skrajnie inne od mojego ;). W sumie to nawet chyba się cieszę, że możemy się chwilę serio powykłócać. Rozumiem Twoje zdenerwowanie "przegadaniem" tej książki, z tym mogę się zgodzić, jest dużo, długo, ale konkrety dopiero wychodzą pod koniec.  Nie mam porównania do innych fantasy, może dlatego stąd taka moja opinia a nie inna ;).

Kamil: Być może i tak. Ale też inaczej ocenia się każde kolejne tomy cyklu, który już na początku zaczęło się uwielbiać, dlatego z większym przymrużeniem oka patrzy się na niektóre niedoskonałości niż w przypadku osób, które patrzą bardziej obiektywnie i na chłodno. Ale tutaj w zasadzie nie trzeba przyrównywać tego tomu z innymi fantasy, a wystarczy z poprzednimi bardzo dobrymi częściami. "Więzień Azkabanu" był świetny i na ten moment to moja ulubiona część, bo miała mnóstwo wydarzeń, ciekawych postaci i nie było nic przegadania. "Czara ognia" miała już więcej stron, więc momentami zaczęły się robić dłużyzny, ale były to naprawdę bardzo krótkie momenty, na które nawet się nie zwracało uwagi, bo ten turniej i wydarzenia z Voldemortem pochłaniały uwagę, wobec czego było bardzo dobrze. W tej części jednak więcej było niepotrzebnego lania wody, które nic nie wnosiło, a przysłaniało całkiem ciekawą historię, która była by pewnie również bardzo dobra ogółem, gdyby te kilkaset wyciąć. Ale powiem Ci jedno. Po zakończeniu książki, jeszcze zanim zaczęliśmy pisać, zobaczyłem sobie ekranizację i ta już podobało mi się bardzo. Dlaczego? Bo była właśnie takiej długości. Związany z tym jest jednak pewien paradoks, bo najdłuższa część HP ma najkrótszą czasowo ekranizację. Ale zawiera to co trzeba, bez zbędnych dłużyzn i dobrze się bawiłem, więc tutaj mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że film przegonił książkę. :)

Asia: No i sam widzisz! Film jest bardzo dobry, zwłaszcza również dzięki świetnej obsadzie. Aktorka grająca Umbridge (coś wspaniałego!) + Helena Bonham Carter w roli Bellatriks! :)

Kamil: To prawda, aktora bardzo dobrze odegrała rolę irytującej Umbride. Ciekawe czy jeszcze się kiedyś pojawi w tej historii. :)

NAJCIEKAWSZA SCENA:

Asia: Zdecydowanie ten fragment, gdzie bliźniacy uciekają z Hogwartu! W ogóle w tym tomie jest ich zdecydowanie więcej; zaczynają swoją przygodę z dowcipnym sklepem, wymyślają te nowe wynalazki, sypią żartami jak z rękawa, odczuwa się do nich jeszcze więcej sympatii niż zwykle! A motyw dokuczania starej nietoperzycy Umbridge jest wprost bezcenny, śmiałam się w głos ;).

Kamil: Fred i George to dwa łobuziaki i pozytywny akcent tego cyklu, wnoszący nieco pozytywnego humoru, ale w tym tomie mnie akurat nie rozbawili. Oczarowały mnie natomiast sceny z testralami (stworzenia przypominające konie ze skrzydłami). Czarne konie żywiące się mięsem, które widzą tylko nieliczni zrobiły na mnie wrażenie i nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, jak twórcy filmu ukazali je na ekranie. Pierwsza scena, kiedy Harry i Luna widzą testrala była magiczna i niepokojąca, dlatego zapamiętam ją na długo. Bardzo podobała mi się również wyprawa do strasznego lasu i walka centaurów z Graupem.

Asia: No coś Ty, nie rozbawiły Cię próby wykorzystywania Krwotoczków Truskawkowych czy Omdlejek Pomarańczowych? :D
  
Kamil: No tak średnio właśnie. Gdzieś tam mi się uśmiech pojawił na twarzy, ale więcej go było w poprzednich dwóch częściach. :)

NAJLEPSZA I NAJGORSZA POSTAĆ Z KSIĄŻKI:

Asia: Według mnie tutaj jest to niedoceniana przez wielu (przeze mnie również) w poprzednich tomach Minerva McGonagall. Nie wiem, zawsze była surowa, ale i szlachetna, jednak w tej części zdecydowanie wysunęła się bardziej na pierwszy plan. Jej inteligentny sabotaż Umbridge, świetne teksty w stronę uczniów i innych nauczycieli... Nieocenione! Chciałabym kiedyś trafić na taką osobę i porozmawiać sobie z nią twarzą w twarz. Dowaliłam nie? Tego się nie spodziewałeś? :D

Co do najgorszej postaci to wytypowałam aż dwie. Oprócz oczywistej Dolores Umbridge, starej ropuchy, wrednego nietoperza, małpy jakich mało, mściwej i okrutnej... Ach, zaraz braknie mi określeń! No więc, oprócz niej, dorzucam do tego wąskiego grona samego Ministra Magii - Korneliusza Knota. Prostak jakich mało. Drżący o swoją ciepłą posadkę, zazdrosny o poczciwego Dumbledore'a, z żenującym poczuciem humoru (w co tak zapatrzony był Percy Weasley - swoją drogą, też mnie denerwował jak mało kto). Dobrze, że dostał po nosie, bo bym chyba nie przeżyła jawnej niesprawiedliwości na łamach książki.

Kamil: Hehehe, dowaliłaś, to prawda. Ja jednak za najlepszą uważam - i tu Cię chyba zaskoczę - Severusa Snape'a. Tak jest! Autorka bardzo zręcznie kreuje tą postać od początku tomu tworząc wokół niej aurę postaci mrocznej, niepogodnej, negatywnej i bardzo tajemniczej, która skrywa w sobie coś ponad to, co widać od razu. Trzeba się trochę przyjrzeć i czytać między wierszami - a i sama autorka też już pod koniec tego tomu wyraźnie na to wskazuje - że jednak nie jest to aż tak zła postać, jak mogłoby się wydawać. Tym bardziej że akurat w tym tomie poznajemy Snape'a zdecydowanie lepiej i jest nawet moment, kiedy mu można współczuć, jak poznajemy jego niemiłe przygody w dzieciństwie z Jamesem i Syriuszem.

Najgorsze też bym wyznaczył dwie. Z jedną się zgadzamy i jest to - Dolores Umbridge. Szalenie irytująca, denerwująca, jadowita i przyprawiająca o wrzenie krwi kobieta. Rowling wykreowała kapitalną postać, która wywołuje mnóstwo emocji i według mnie jest gorsza od samego Voldemorta, którego w tym tomie jak kot napłakał. Druga postać to... Harry. Sorry, ale ten chłopak wcale dla mnie nie dojrzał, tylko się zatrzymał w miejscu i jest tak infantylny i zachowujący się jakby wszystko się kręciło wokół niego, że nerwy mnie brały jak zaczął się odzywać. Zwłaszcza, że w poprzednim tomie wydawał się już bardziej dorosły. Raz jest dorosły, raz jest dziecinny. Trochę niezrozumiała jest dla mnie ta nierównowaga. To już Ron jest dla mnie lepszą postacią, bo ten przynajmniej od początku jest tchórzliwy i wcale się z tym nie kryje. 

Asia: Nie, nie zaskoczyłeś mnie Snapem. Przez pryzmat kolejnych dwóch części sama zaczynam widzieć jego postać dużo wyraźniej, zresztą sam zobaczysz, zwłaszcza w finalnym tomie. I tak, też zrobiło mi się go szkoda po tym, jak dokuczali mu James z Syriuszem. Podobało mi się to, że postać Jamesa przestała być w końcu "sakralizowana"; że okazało się, iż wcale nie był taką kryształową i wspaniałą osobą, bohaterem, za jakiego miał go Harry. Co do Snape'a jeszcze - jest to tak zręcznie wykreowana postać, że aż sam będziesz chciał wrócić do poprzednich tomów, bo w 7 części okazuje się tak wiele... Tak dużo... Że wraca się, żeby zobaczyć, jak wiele istotnych faktów się pominęło przy czytaniu każdej książki ;). Jeśli chodzi o Pottera, to tak! Jak mogłam go pominąć ;D. On jest tak irytujący i denerwujący, że szok. Dziecinny, roszczący sobie pretensje o wszyyystko, wydaje mu się, że jest nie wiadomo kim, wkurzony bo nie dostał plakietki prefekta. No ludzie! Faktycznie, ma 15 lat a dojrzalszy wydawał się w pierwszym tomie. 

Kamil: Powiem Ci, że z tym Snapem to ja w ogóle sobie myślę, że więcej go (Harry'ego) łączy niż ze swoim ojcem. Trochę to może być dziwne, ale zauważ, że oboje byli od dziecka poszkodowani, porzuceni, pokrzywdzeni, wyszydzani przez rówieśników. Tylko że Snape postanowił zostać takim odludkiem, ponurakiem i człowiekiem złudnie ukazującym się jako ten zły, w przeciwieństwie do Pottera, który jednak poszedł w inną stronę. Kurdę, nie pomyślałem o tym wcześniej, dopiero teraz, jak zaczęliśmy rozmawiać. :D 

Asia: Oj oj oj, nie napalaj się tak, Snape nie jest ojcem Harry'ego! Chociaż... W sumie... Jak tak teraz sobie myślę, to... Mógłby nim być, kurczę, to by było coś! ;D
  
Kamil: Hehe, no właśnie. Ale na razie to zostawmy i dotrwajmy do końca, tym bardziej że Ty już wiesz co tam czyha za kurtyną. :)

PLUSY I MINUSY:

Asia: Plusów jest zdecydowanie więcej niż w jakiejkolwiek innej części! Mówię tu o nowych postaciach: Firenzo, Graup, testrale (żadnego zwierzęcia nie lubiłam w tej magicznej serii jak właśnie te konie), o całym temacie przewodnim - Zakonie Feniksa i jego kwaterze głównej, o dziwnych snach Harry'ego, no i w ogóle! Pani Rowling i jej głowa pełna pomysłów za każdym razem mnie zadziwia! :) 

Minusy? Hmm... Chyba najmniej podobał mi się wątek lekcji Snape'a z oklumencji... Nie wiem, jakoś to do mnie totalnie nie dotarło.

Kamil:

+ testrale (w fantasy najbardziej uwielbiam kreacje świata i nowych gatunków, więc te koniki mnie po prostu oczarowały)
+ postaci Dolores Umbride, Luna Lovegood, i Severus Snape (pierwsza - bo powoduje, że chce się ją trzasnąć w głowę, druga - bo lubię takie zakręcone wariatki, trzecia - bo pokazuje że można wykreować postać jednocześnie dobrą i złą, zachowując odpowiedni balans)

- zbyt dużo stron (o jakieś 500...)
- dupowaty i denerwujący Potter
- niewiele ciekawych scen w porównaniu do poprzednich tom względem stron
- zbyt mało "groźnego" Voldemorta, którego więcej jest duchem niż ciałem a scena walki z jego wykonaniem nadaje się raptem na 10 minut pokazania na ekranie, a będzie trwać pewnie z 5 razy tyle...

Asia: Jakbyś zgadł z tym filmem... :D 

Kamil: Ale tak jak wspomniałem, bardziej mi się on podobał niż książka, więc było okej. :)

ULUBIONE CYTATY:
Asia:
"Obojętność i lekceważenie często wyrządzają więcej krzywdy niż jawna niechęć".
"(...) myśli mogą pozostawić głębsze ślady niż cokolwiek innego".
Kamil: U mnie jak zwykle Dumbledore:
"(...) cierpienie dowodzi, że wciąż jesteś człowiekiem. Taki ból jest częścią człowieczeństwa".
PODSUMOWANIE: 

Asia: Lubię tę część pomimo jej (dla mnie) druzgocącego finału. Nacieszyłam się moją ulubioną postacią zaledwie trzy tomy, i nigdy nie mogłam pogodzić się z myślą, iż jej więcej nie zobaczę. Nie ma co kryć, trup w kolejnych częściach ściele się gęściej, Rowling uśmierca innych głównych bohaterów, jednak to właśnie śmierć Syriusza (nie spojleruję, chyba wszyscy wiedzą, że ta postać ginie) wywarła na mnie najsmutniejsze wrażenie. Wiele się dzieje, ten tom jest stuprocentowym przykładem książki "przygodowej". Nie da się jednak ukryć, iż robi się poważniej, ciemniej, mroczniej, bardziej tajemniczo. 

Kamil: Ja spodziewałem się, że poziom z poprzednich części - 3 i 4 - będzie zachowany albo że nawet będzie lepiej, ale niestety nie było. Plusem było to zwieńczenie książki, garstki pojedynczych scen i postaci Luny, Dolores i Severusa, a cała reszta niestety szału nie robiła, więc nudą wiało zbyt często. Na szczęście czytało się całkiem szybko i sprawnie. Oby tom 6 był ciekawszy, wierzę, że będzie, skoro piszesz o większej liczbie śmierci (ta Syriusza jakoś mnie specjalnie nie ruszyła, może przez to że byłem znudzony poprzednimi wydarzeniami) bo szykuje się kolejne kilkaset stron do przeczytania...

Asia: Aż się boję, co powiesz, jak dowiesz się kto ginie w 6 części... 

Kamil: Wiesz co, ja w sumie chyba domyślam się kto zginie. Hagrid i/lub Dumbledore. Ale największym hardkorem byłaby śmierć Hermiony lub Rona, nie chciałbym tego, ale podziw do autorki i uznanie do cyklu na pewno p czymś takim by we mnie wzrosły. 

Asia: Nie powiem Ci nic więcej, ale łezka się w oku kręci.  

Kamil: W takim razie nie mogę się doczekać, bo wydaje się, że będzie nieźle. :)

OCENIAMY:

Asia: 5/6
Kamil: 4/6
 *

Dzięki Kamil za kolejny wspólny raz i mam nadzieję, iż niedługo pojawi się w tym naszym wydaniu kolejna potterowska część :)!

4.28.2017

"Baśnie Barda Beedle'a" J. K. Rowling



Seria/cykl: Harry Potter (dodatek do serii)
Wydawnictwo: Media Rodzina
Ilustracje: Tomislav Tomi
Ilość stron: 144
Tłumaczenie: Andrzej Polkowski

"Ludzie mają dziwną skłonność do wybierania tego, co prowadzi ich do zguby".

Nigdy nie ukrywałam, iż jestem totalnie i kompletnie zakochana w serii o Harrym Potterze. Odkąd tylko poznałam książki o przygodach młodego czarodzieja i jego przyjaciół - przepadłam z kretesem. Czytałam kolejne tomy dniami i nocami; nadal cały czas do nich wracam i mam wrażenie, że nigdy mi się to nie znudzi. Nic zatem dziwnego, że gdy tylko okazało się, iż wychodzą kolejne dodatki do serii ("Baśnie Barda Beedle'a", "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć", "Quidditch przez wieki")... Prędzej czy później wpaść one muszą w ręce każdego potteromaniaka.

Powyższy zbiór baśni to obowiązkowy "must have" każdej czarodziejskiej rodziny. Teraz dostępny również dla nas, zwyczajnych mugoli. Podobnie jak niemagiczne dzieci dorastają z bajkami o Kopciuszku, Jasiu i Małgosi czy Czerwonym Kapturku, dla dzieci czarodziejów na porządku dziennym są historie o Trzech braciach, Czarze Marze czy Włochatym sercu. Każda z baśni opatrzona jest komentarzem najlepszego z dyrektorów Hogwartu - Albusa Dumbledore'a, a przedstawione przypisy jeszcze dokładniej wyjaśniają mugolom, jaką wymowę ma każda z historii. Baśnie może i są przeznaczone dla rodzin czarodziejów, jednak przesłanie jest takie samo, jak w bajkach dla mugoli. Tu dobro spotyka ludzi, którzy właściwie postępują, a ci, którzy kłamią, oszukują i postępują niegodnie - muszą być przygotowani na karę. Tu wszystko jest proste; białe jest białe, a czarne czarnym pozostaje. Dziecko od najmłodszych lat zostaje moralnie ukierunkowane, stronę odpowiednich wartości etycznych; może samodzielnie osądzić poszczególnych bohaterów, zastanawiając się nad sposobem ich postępowania, oraz wydać odpowiednią ocenę. "Baśnie Barda Beedle'a" zostały przełożone z antycznych run przez Hermionę Granger, o czym dowiadujemy się z siódmego tomu serii: "Harry Potter i Insygnia Śmierci", skąd znamy również baśń o Trzech braciach. Ogromny minus zbioru to fakt, iż baśni jest zaledwie pięć! Zdecydowanie powinno być ich więcej; każdą czytałam z zapartym tchem, i pomimo, iż komentarze Dumbledore'a są niejednokrotnie od nich dłuższe - wcale nie odczuwałam nudy. Wręcz przeciwnie. W miarę zbliżania się do końca lektury - ja nabierałam ochoty na więcej i więcej. Niektórzy twierdzą, iż dopowiadanie wielu rzeczy przez Albusa umniejsza książce - moim zdaniem jest zupełnie na odwrót. Jest zabawnie, pogodnie, logicznie - o wielu kwestiach można się dowiedzieć, równie wiele pogłębić, z znanym sobie poczuciem humoru dyrektor Hogwartu prowadzi nas przez świat czarodziejskich opowiadań. Zaletą jest, iż do jego komentarzy włącza się również sama autorka, jak i nasz tłumacz pan Andrzej Polkowski. Całości dopełniają wspaniałe ilustracje chorwackiego artysty. Cudowna mieszanka, od której nie sposób się oderwać! Każda z baśni jest inna; jedna bardziej przystępna dla najmłodszych słuchaczy, kolejna momentami bardzo brutalna. Wszystkie niosą z sobą przesłanie, uświadamiające mądrość każdego świata - i tego magicznego, ale i również tego ludzkiego: na najwyższe uznanie zasługuje dobro, oddanie, skromność, bezinteresowna pomoc, szczerość, a na potępienie wyrządzanie krzywdy drugiej osobie, kłamstwo, obojętność i zemsta.

Czytając "Baśnie Barda Beedle'a" można sobie tylko wyobrażać ciepło kominka, bliskość dzieci i wspólne poznawanie przedstawionych baśni. Coś pięknego, prawdziwa perełka! Nie sposób nie oddać serca temu wydaniu, podobnie jak oddało się je kiedyś serii o Harrym Potterze.

Już nie mogę się doczekać sięgnięcia po kolejne dodatki do serii, już zacieram rączki! :) 

  
Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Księgarni TaniaKsiążka.pl!

PS Udanej majówki! ;)