12.23.2017

"Na gigancie" Peter May



Autor: Peter May
Tytuł: Na gigancie
W oryginale: Runaway
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 400
Tłumaczenie: Jan Kabat
Rok wydania: 2017

     
     Uwielbiam książki, które mnie zaskakują. Gdy spodziewam się czegoś trochę innego, a jest... Ciekawiej. Inaczej. Lepiej. Gdy mam do lektury kilka podejść; wciąż ją odkładam, by znowu wrócić i za chwilę odłożyć. A potem... A potem przepadam bez reszty. I tak właśnie było w tym przypadku. "Na gigancie" jest dla mnie prawdziwym gigantem!

     Od razu uderzają w Czytelnika dwie płaszczyzny czasowe. Rok 2015 i 1965. Jack Mackay to główny bohater opowieści i to z jego relacji wnioskujemy o całej historii. Obecnej i tej... Która wydarzyła się pięćdziesiąt lat wcześniej. 

Czym jest młodość? 

Buntem, naiwnością, nadzieją, gwałtownie podejmowanymi decyzjami, energią, planami i wzniosłymi marzeniami, zamiarem odniesienia sukcesu na każdej płaszczyźnie życia. Młodość rządzi się swoimi prawami; nie zawsze wtedy myśli się racjonalnie, emocje zwykle biorą górę, a konsekwencje wyborów nierzadko mają wpływ na szeroko pojmowaną przyszłość. 

Czym jest starość?

Rozrachunkiem z przeszłością, (czasem) bolesnym patrzeniem w lustro, docenieniem dobrze podjętych decyzji lub potępienie tych złych, nauką, doświadczeniem, godzeniem się z przeszłością i pogodnym przyjmowaniem tego, co przyniesie los. Starość również ma swoje prawa, do których należy się po prostu dostosować.

Jack Mackay ma siedemnaście lat, mieszka w Glasgow, jego marzeniem jest scena; chłopak gra, śpiewa, chciałby założyć zespół i koncertować po całym świecie. Wraz z czwórką kolegów ucieka z domu, by w porywie młodzieńczego szaleństwa dopiąć swego. Pakują do samochodu cały sprzęt i... Wyruszają na podbój Anglii. Przepełniają ich wielkie nadzieje, pragnienia, ogromne cele do zrealizowania. Wierzą, że ktoś w końcu się na nich pozna i pomoże w drodze na muzyczny szczyt. Jednak jak mawiają, najboleśniej spada się z wysokiego konia i Jack razem z przyjaciółmi niestety będzie miał okazję się o tym przekonać. Świat bowiem nie jest takim, jakim się wydaje; wciąż rzuca kłody pod nogi i trzeba mieć ogrom samozaparcia, by sięgnąć po swoje. Potrzebna jest też duża ilość szczęścia, bo odnaleźć swoje miejsce w wielkim świecie... Nie jest łatwo. Jack zaczyna rozumieć, że ludzie nie zawsze są uczciwi, pieniądze jednak stanowią pewną korzyść, a do osiągnięcia sukcesu czasem sam talent nie wystarczy. Podczas przygody w Anglii wydarza się również coś, co przez lata nie daje o sobie zapomnieć...

Mija pięćdziesiąt lat. Jack jest schorowanym mężczyzną po przejściach, mieszkającym w domu opieki. Z czwórki dawnych przyjaciół została mu tylko dwójka, również doświadczonych życiem. Jeden z nich niespodziewanie wraca do wydarzeń sprzed lat; chce wrócić do Anglii śladem dawnej historii, by zamknąć ją do końca. Podróż przyjaciół rozpoczyna się zatem na nowo. A finał jest nadzwyczaj niespodziewany...

"Na gigancie" to moje pierwsze spotkanie z autorem. Słyszałam wiele dobrych opinii o cyklu "Wyspa Lewis", jednak do tej pory nie miałam okazji sięgnąć po jego twórczość. Ponoć "Wyspa..." jest dużo lepsza od opisywanej dziś przeze mnie książki. Nie wiem, bo nie mam porównania, jednak... Styl pana May'a bardzo mi odpowiada. Jest przejrzysty, wyraźny i dokładny; fakt, może stosuje on sporo opisów, jednak cała historia była dla mnie wręcz fotograficzna. I tak jak wcześniej wspomniałam, do samego czytania tej książki miałam kilka podejść. Mimo mocnego prologu - nie porwała mnie. Na przemian odkładałam ją, by później znowu przeczytać dosłownie jeden rozdział. Dopiero w kilkudziesięciu stronach zaufałam mocniej i... Pochłonęłam tę historię całościowo. Totalne zaskoczenie. Bardzo pozytywne. Nie wiem, które momenty podobały mi się bardziej; czy te z roku 1965, czy te obecne, których akcja działa się w roku 2015. Obydwie przestrzenie były ciekawe, intrygujące, trzymające w napięciu, a zbliżanie się do rozwikłania zagadki sprzed lat było przysłowiową kroplą drążącą skałę. Może nie jest to thriller, przez który nie można spać w nocy, jednak jest to dobrze spisana historia, w której nic nie jest oczywiste. Są ludzie młodzi, pełni ideałów, przepełnieni chęcią przenoszenia gór. Później ci sami ludzie muszą mierzyć się ze starością, która nie jest dla nich łaskawa. A najbardziej bolesnym wydaje się zmierzenie z samym sprzed kilkudziesięciu lat...

Autor stosuje wiele aluzji, przenikliwych analiz ludzkiego zachowania w kryzysowych sytuacjach; przez słowa przebija się wyraźny apel do dawania drugiej szansy, nieszufladkowania osób ze względu na ich wiek. "Na gigancie" to książka o dojrzewaniu, niespełnionych ideałach, dążeniu do perfekcji, która tak naprawdę nie istnieje. To opowieść o tym, że czasem źle podjęte decyzje mają swój finał w przyszłości, a sekrety skrywane przez lata prędzej czy później zawsze wyjdą na jaw. Życie w kręgu tajemnic bywa trudne, a nierozwiązane sprawy nie przysparzają chwały. To zestawienie młodości i starości, które przenikają się wzajemnie; wycieczka w ich głąb. Peter May osiągnął swój cel; napisał dobrą, trzymającą w napięciu książkę, której zakończenie zaskakuje. I zmusza do refleksji.

Polecam. Ja dałam tej lekturze szansę i nie żałuję. Wręcz przeciwnie. Niedługo sięgnę po kolejne książki autora!

Za książkę dziękuję Księgarni TaniaKsiążka! :)

12.14.2017

"Początek" Dan Brown



Autor: Dan Brown
Tytuł: Początek
W oryginale: Origin
Seria/cykl: Robert Langdon (tom 5)
Wydawnictwo: Sonia Draga
Ilość stron: 576
Tłumaczenie: Paweł Cichawa
Rok wydania: 2017

"Otóż życie jest wyjątkowo skutecznym sposobem na rozproszenia energii".

Odkąd tylko usłyszałam, że Dan Brown napisał kolejną książkę o przygodach Roberta Langdona - specjalisty od symboli i ukrytych znaczeń - wprost nie mogłam się doczekać lektury. Moja historia z autorem rozpoczęła się wprawdzie nie w odpowiedniej kolejności, bowiem od "Zaginionego symbolu" i dopiero później wkroczyła na właściwe tory, jednak zapałałam do niego natychmiastową sympatią. Lekkie pióro, charakterystyczny styl, mała objętość rozdziałów, przez co każdą jego książkę czyta się niemożliwie szybko; mnóstwo informacji dotyczących sfer życia, o których czasami nie ma się pojęcia, doskonale przeprowadzony research, malowniczość opisywanych miejsc, dzięki czemu ma się wrażenie przebywania w przedstawianych miastach, fotograficzna wręcz dokładność, klarowność, efekt nieustannego napięcia towarzyszący lekturze, wrażenie szeregu emocji występujących w trakcie czytania. Brown to pewna marka; gdy tylko widzimy jego nazwisko, od razu wiem, że książka z miejsca osiągnie wszelkie rekordy popularności, będzie się sprzedawała w milionach egzemplarzy, a liczba fanów autora wciąż będzie wzrastać. Nic dziwnego. Zasłużył sobie na to. Seria o Robercie Langdonie to bestseller cały czas utrzymujący się na szczycie.

"Początek" to piąta część przygód profesora z Harvardu, który tym razem musi zmierzyć się z mocami... Nauki. Słodkiej i doskonałej.

Robert Langdon jest zaskoczony, gdy dostaje zaproszenie na wystąpienie naukowe swojego byłego studenta - Edmonda Kirscha. Zdumienie jest tym większe, gdy okazuje się, że owo przemówienie będzie rejestrowane internetowo, na żywo prosto z Muzeum Guggenheima w hiszpańskim Bilbao. Kirschowi bardzo zależy na obecności profesora, gdyż, jak twierdzi, dzięki niemu doszedł do miejsca, w którym znajduje się teraz. Przedmiotem wystąpienia ma być szokujące odkrycie naukowe, które, według Edmonda ma zachwiać wszelkimi religijnymi filarami. Każda wiara, każda religijna nauka ma upaść, gdyż w wątpliwość poddane zostają dwa najważniejsze pytania ludzkości:

"Skąd przybyliśmy?"
"Dokąd zmierzamy?"

Sam Kirsch porównuje swoje dokonanie do odkrycia Kopernika; wie, że wstrząśnie ono całym światem, powodując lawinę dyskusji, domysłów, być może paniki. Zdaje sobie sprawę, że z naczelnego futurysty i genialnego informatyka może stać się nagle wariatem, który pragnie za wszelką cenę udowodnić swoje racje. Edmond jest jednak tak podekscytowany swoim odkryciem, iż nie cofnie się przed niczym, by je upublicznić. Całe swoje życie poświęcił na badania; wydał miliony na rozwój swoich wynalazków, m.in. sztucznej inteligencji, w której widział przyszłość ludzkości. Mężczyzna zaprasza najsławniejszych swoich znajomych, w tym Langdona, do Hiszpanii, gdzie przy pomocy swojej przyjaciółki i dyrektorki muzeum w jednym - chce pokazać wstrząsający wynik swoich badań. Wynik, który raz na zawsze zmieni ludzkie światopoglądy.

Jest jednak ktoś, komu bardzo zależy na tym, by odkrycie pozostało nieujawnione. Ktoś, kto zrobi WSZYSTKO, by tego dokonać...

Rozpoczyna się wyścig z czasem; skrywane tajemnice powoli zaczynają wychodzić na jaw, pozory coraz bardziej zaczynają mylić, nic nie jest takim, jakim się wydaje. Robert Langdon musi natychmiastowo podjąć decyzję, by rozwikłać ciążącą zagadkę. W jej rozwiązaniu pomaga mu przyjaciółka Edmonda - piękna Ambra Vidal, która, jak się okazuje, jest również narzeczoną księcia Hiszpanii...

Jeśli chodzi o sposób pisarstwa Browna - nie ma tu nic nowego. Utarty schemat, który porwał tłumy Czytelników. Langdon, towarzysząca mu piękna kobieta, ucieczka, sekrety, intrygi, konflikty, osobiste porachunki, "wyższe dobro", religia, miasto europejskie, które Czytelnik poznaje wręcz namacalnie, jakby spacerował sobie jego ulicami, mnogość wątków, które niebezpiecznie łączą się w całość... Tym razem jednak autor skupia się głównie na kwestii nauki, pod każdym względem; komputerów, wyższych technologii i ich rozwoju, robotyki, maszyn, które kiedyś zastąpią ludzi. Jest tu mnóstwo nowoczesnego żargonu, symboliki, na terenie których swobodnie będą się poruszać maniacy nowinek technicznych i technologicznych. To trochę inny Dan Brown niż do tej pory. Nie wiem, czy to kwestia tematu, jednak ta powieść niestety mnie nie porwała. Uwielbiam jednakowo cztery poprzednie z cyklu o Robercie Langdonie, ale ta... Ma coś w sobie, co nie kradnie tak uwagi i zainteresowania jak "Kod Leonarda da Vinci", "Anioły i demony", Zaginiony symbol" czy "Inferno". Te pochłaniałam w maksymalnie dwa dni, "Początek" zajął mi ponad dwa tygodnie. Główny bohater nie zachwycał; to już nie to samo, co dawniej. Brakuje mu energii, rześkości, werwy, w końcu ma już ponad pięćdziesiąt lat. Był... Bezbarwny. Ale nie tylko on. Żadna z postaci nie zaintrygowała mnie na dłużej; z żadną nie umiałam się utożsamić, nikomu nie kibicowała, nikogo nie potępiałam. Momentami lektura była wręcz nudna; przygniotły mnie skomplikowane opisy superkomputerów, sama intryga nie była tak wciągająca, zakończenie przewidywalne, a i tak na swój sposób rozczarowujące. Odnoszę dziwne wrażenie, iż autor po prostu "odgrzał" to, czym zaskarbił sobie uwielbienie; nie zaskoczył więc, nie porwał, nie chcę używać określenia "pójście na łatwiznę", bo książka jest dowodem na to, że się do tematu mocno przygotował, jednak... To jednocześnie schemat, do którego nas przyzwyczaił, a tak mocno naciągnięty. Niestety. Czegoś zabrakło. Iskry, której się tak bardzo oczekiwało. 

Książka dobra, mogę ją polecić fanom autora, jednak oni, przyzwyczajeni do fajerwerków - teraz tutaj ich nie dostaną. Pozostałym rekomenduję poprzednie książki Dana Browna. To po nich krystalizuje się jego fenomen.

Za książkę dziękuję Księgarni TaniaKsiążka ;)

12.12.2017

"Czarna Madonna" Remigiusz Mróz



Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Czarna Madonna
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Ilość stron: 460
Rok wydania: 2017

"Czekała mnie walka. Starcie z tym, co leżało uśpione w mojej duszy".

Chyba nigdy tak długo nie zbierałam się do opublikowania paru zdań na temat jakiejś książki, jak właśnie w tym przypadku. Wychodzi tu mój swoisty brak profesjonalizmu, gdyż swoje zdanie powinnam zamieszczać tu "na gorąco", zaraz po lekturze, by w jak najbardziej obrazowy sposób wyrazić swoją opinię. Tymczasem... Tak ciężko, tak trudno, tak dwojako - po prostu nie wiem, czy będę umiała. Choć pozornie powinno być łatwiej, bo teraz, na spokojnie mogę podejść do tematu i racjonalnie przedstawić swój odbiór "Czarnej Madonny". 

Gdy tylko ta publikacja ukazała się na rynku wydawniczym, wiedziałam, że będzie grom (nomen omen) z jasnego nieba. Promocja marketingowa była rewelacyjna, na innych blogach widziałam koperty z fragmentami informacji o "locie", co podsycało ciekawość, o czym tym razem napisze Remigiusz Mróz, i czy zawładnie sercami, kolejny raz? Jak wiadomo, dobra reklama się przydaje; gdy książka pojawia się w każdym możliwym miejscu, nie da się przejść obok niej obojętnie. Proste. Miałam tak i ja. Po rewelacyjnych wrażeniach, których dostarczyła mi seria z Chyłką i Oryńskim czy "Behawiorysta" (książka, od której moja mroźna przygoda się zaczęła), pomyślałam -  dlaczego nie? W końcu to Mróz, pewniak, na pewno będzie to dobre. No, ale cóż... Niestety.

Głównym motywem książki jest lot do Tel Awiwu; na pokładzie samolotu jest Aneta - narzeczona Filipa, byłego księdza, który dla kobiety zrezygnował z posługi kapłańskiej. Wraz z Anetą mieli się udać w podróż do Ziemi Świętej, jednak w wyniku zobowiązań Filipa, musiał on zostać w domu, a Aneta poleciała sama. I w całej tej sytuacji nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie to, że w pewnym momencie samolot znika z radarów gdzieś w okolicach Morza Śródziemnego, co wywołuje szok na całym świecie. Za nim kolejny. A na niebie pojawia się pentagram. Filip za wszelką cenę pragnie odzyskać ukochaną; nie wie jednak jeszcze, iż w całej tej historii jest przewidziana dla niego większa rola, a przeszłość, jak i inne aspekty , takie jak religia, wiara, Kościół niebezpiecznie dają o sobie znać. Co się stało? Dlaczego zaginął właśnie ten samolot? Co się stało z ludźmi na pokładzie? Co z tym wspólnego ma Filip? Pojawia się coraz więcej pytań, na które ciężko znaleźć odpowiedź. Czytelnik, niesamowicie zaintrygowany idzie dalej, a tam... Strach się bać, dosłownie. 

Sam autor wyznaje, iż bardzo źle się mu pisało tę książkę, że "nigdy więcej", chciał napisać horror religijny, więc spełnił swój zamiar, jednak nie będzie już szedł w tę stronę. I oby tak było, bo... To nie Pana klimat, Panie Remigiuszu ;).

Klimat egzorcyzmów, opętań; wiary katolickiej, religii chrześcijańskiej, polska rzeczywistość... Na pewno należy się ukłon w stronę autora za zmierzenie się z tak trudną tematyką, która ugodzić może w kilka czułych strun. Na uwagę zasługuje również fakt, iż pan Mróz nie napisał sobie tej książki ot tak; solidnie się do niej przygotował, chociażby czytając opisy egzorcyzmów watykańskiego egzorcysty Gabriele Amorth'a. Sama lekko zagłębiłam się w temat i mówiąc szczerze, nie dałam rady. Opis tych niewyobrażalnych rzeczy, o których opowiada ojciec Amorth; działanie szatana, opętania - jak silną trzeba mieć psychikę i jak niezachwianą wiarę, by móc pomagać ludziom obezwładnionym przez złego ducha? Dla zwykłego człowieka jest to nie do pojęcia. Po prostu nie do pojęcia. Opisy przeprowadzanych egzorcyzmów szokują, wydają się niewiarygodne, jednak cała struktura działania szatana na tym właśnie polega. Jego największa bronią jest to, że się w niego nie wierzy. I do takich ludzi najłatwiej uzyskać mu dostęp. Ojciec Amorth dobitnie to uświadamia, dzieląc się swoim doświadczeniem. Doświadczeniem, którego elementy na łamy swojej powieści przeniósł Remigiusz Mróz. Bo o tym właśnie jest "Czarna Madonna". To horror religijny, który ma za zadanie sprawić, by człowiek się bał. I zaczął się zastanawiać nad swoim życiem.

Nie powiem, bałam się, czytając tę książkę. W polskiej literaturze niezbyt często można zobaczyć podobną tematykę, dlatego tym bardziej jestem pełna podziwu dla autora, który się z tym zmierzył. Jednak uważam, iż cała historia; otoczka wokół niej tworzona - nie porwały mnie, ani ze względów stylistycznych, ani fabularnych. Bohaterowie lekko mdli, z żadnym nie umiałam się utożsamić, co bardzo cenię w powieściach. No i powracający wciąż obraz "Czarnej Madonny"... Nie wiem, jak to odbierać; czy Mróz oddaje hołd naszemu religijnemu cudowi, czy raczej wręcz przeciwnie. Starałam się szukać plusów, jednak bardzo ciężko czytało mi się tę książkę, po prostu nie była to lektura dla mnie. Lubię pisarstwo Dana Browna, szukałam tutaj podobieństw - i być może trochę ich jest w symbolice i religijności, jednak na tym porównywanie się kończy. Z Kingiem nie miałam zbyt wiele do czynienia, jednak horror, po którym nie mogłabym spać? Nie, "Czarna Madonna" do tego gatunku nie należy. Nie wiem, jak zaklasyfikować tę powieść; nie wiem, czy to kwestia tego, że spodziewałam się (po opisie z okładki i reklamach) czegoś innego? A może to moje zbyt ostrożne podejście do tematyki egzorcyzmów? Naprawdę trudno mi odpowiedzieć. Najlepiej by było nie pisać o tej książce, bo zdania są podzielone, opinie różne, kto chce ją przeczytać, to to zrobi. Dla mnie jest czymś w rodzaju... Ósmej części Harry'ego Pottera. Niepotrzebne to było, ale jednak się sięgnie, bo autor nigdy nie zawiódł. I mimo tego; mimo zastrzeżeń, niepewności, wątpliwości, mieszanych odczuć - nadal się będzie sięgało po książki tego autora, bo wzbudził on już wcześniej swojego rodzaju zaufanie. Poza tym, akurat w tym wypadku Remigiusz Mróz sam przyznał, że nigdy więcej nie napisze horroru religijnego, więc trzymam za słowo :).

Książki niestety nie poleciłabym nikomu, nawet fanom Mroza - czytacie na własną odpowiedzialność. Każdy ma prawo popełniać pomyłki, dlatego w żadnym wypadku nie zrażam się do autora (i Wam też odradzam, bo oprócz tej jednej potyczki ma rewelacyjny styl i polot)  i zabieram się za inne jego powieści.


Za książkę dziękuję Księgarni TaniaKsiążka :)

"Szczypta MIŁOŚCI" Amanda Prowse



Autor: Amanda Prowse
W oryginale: A little love
Wydawnictwo: Kobiece
Ilość stron: 384
Tłumaczenie: Anna Sauvignon
Rok wydania: 2017

"Moim zdaniem ludzie pozbawieni marzeń żyją tylko w połowie, a ja chcę żyć pełnią życia".

To już moja trzecia książka pani Amandy Prowse i... Wciąż mam nadzieję, że nie ostatnia. Nadal pozostaję pod urokiem jej powieści obyczajowych, które dosłownie kradną nie tylko uwagę, ale i serce. Gdy sięgam po podobną lekturę, oczekuję czegoś mocnego; fali emocji, efektu, który będzie Czytelnikiem szarpał w każdą możliwą stronę, wrażenia, że o tej książce długo nie zapomnę i że na pewno trafi do grona tych moich ulubionych. No i jestem kobietą - dlatego, gdy tylko kobieca publikacja znajdzie się w moich rękach, chcę uzyskać od niej jak najwięcej kobiecych aspektów. Ale o co dokładnie chodzi? 

Poznajcie Prudence i Millicent Plum - dwie kuzynki, które zawładnęły w najsłodszy sposób sercami Londyńczyków. Jak? Bardzo prosto. Realizując swoje marzenia, otwierając Mayfair - wspaniałą piekarnię i cukiernię w jednym, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Główną bohaterką powieści jest Pru - dojrzała, bo ponad sześćdziesięcioletnia bizneswoman, która ciężką pracą i ogromem poświęcenia doszła do miejsca, w którym znajduje się teraz. Nie klepie już biedy, może sobie pozwolić na zakup dosłownie każdej rzeczy, mieszka w pięknym mieszkaniu nad piekarnią i właśnie przygotowuje się do wydania za mąż swojej ukochanej siostrzenicy. Ale, jak wiadomo, życie lubi płatać figle i nic, co do tej pory wydawało się Pru pewne - teraz już takie nie jest...

Pru nigdy nie doświadczyła MIŁOŚCI. Dlatego, gdy to uczucie spada na nią, jak grom z jasnego nieba, w najmniej oczekiwanych okolicznościach, kobieta musi znaleźć w sobie determinację, by nie pozwolić odejść tej "szczypcie", która właśnie ją odnalazła. Jakby tego było mało, los rzuca jej niewyobrażalne kłody pod nogi, wystawiając na próbę każdy pierwiastek tego, w co Pru wierzyła. Nie mogę zdradzić za bardzo fabuły, gdyż cały sens w tym, iż kolejne elementy układanki zaczynają się odkrywać powoli, ale i... Szokująco. Nic nie jest pewne, stałe i stabilne, cały czas lekturze towarzyszy uczucie rozpadu, rozbicia i zaskoczenia tym, co autorka przygotowała na kolejnych stronach. Jest to powieść zupełnie inna od "Trzech sekund" czy "Córki doskonałej" - bo z tymi dziełami Amandy Prowse miałam do tej pory do czynienia, jednak "Szczypta MIŁOŚCI" jest równie poruszająca, sprawia, iż drga serce, emocje sięgają chmur, a główna bohaterka zachwyca swoją klasą. 

"Wyznaję zasadę, że życie zaczyna się wtedy, kiedy mu pozwolisz, nieważne, ile masz lat (...)"


Jestem pod ogromnym wrażeniem stylu pani Prowse. Lekkość, ciepło, prostota, klarowność to tylko niektóre jego cechy. Autorka wie, jak poruszyć najczulsze struny serca Czytelnika, wyzwalając w nim być może do tej pory skrywane emocje. Z łatwością można utożsamić się z dowolną postacią; bohaterowie zostali wykreowani wyraźnie, tzw. "grubą kreską", bez upiększeń i dopieszczeń. Są LUDZCY, tacy jak każdy z nas. Mają życiowe rysy na pozornie idealnie gładkiej powierzchni, są popękani, doświadczeni, dźwigają swój bagaż z przeszłości. Nie mamy tu do czynienia z młodzieżą (choć do podobnych powieści nic nie mam, broń Boże!), tylko ze starszymi ludźmi, za co również należy się ukłon autorce. Nieczęsto ma się możliwość czytania powieści obyczajowych o prawie siedemdziesięcioletnich bohaterach, którzy dopiero teraz doświadczają wrażeń typowych dla ludzi o połowę młodszych. Być może to tylko moje odczucie, ale wydaje mi się, że w dzisiejszym zalewie New Adult czy Young Adult brakuje miejsca na podobne lektury jak "Szczypta MIŁOŚCI". Oczywiście zupełnie niesłusznie. Każdy powinien sięgnąć po tę książkę, by przynajmniej poczuć klimat upływającego czasu, stanąć oko w oko z rachunkiem z życia, analizą tego, co zostało zrealizowane, a na co jeszcze trzeba poczekać... No i oczywiście wniosek pojawia się jeden. Ale jakże rozległy. MIŁOŚĆ jest nieograniczona, bez reguł i zasad, każdy na nią zasługuje, choć pojawia się ona w najmniej oczekiwanych momentach. I nie warto się przed nią bronić, gdyż wróci ze zdwojoną mocą. Nie wolno też rozpamiętywać złych stron przeszłości, gdyż nie da się jej już zmienić - trzeba się z nią po prostu pogodzić, robiąc miejsce na przyszłość i jej pozytywne aspekty. Niby kilka prostych prawd, a jakże czasem komplikujących wiele spraw... O czym oczywiście wyraźnie przypomina nam pani Prowse, dzielnie odnosząc sukces w tej materii. Pisze jasno, krystalicznie, odsłaniając mroczność młodości Pru, by później przykryć ją świetlistością tego, co jest TERAZ - bo na tym powinno się skupiać uwagę. Bardzo spodobała mi się postać głównej bohaterki; zostanie jedną z moich ulubionych. Uparta, ale i umiejąca pójść na kompromis, zraniona przez życie, a jednak wciąż odważnie patrząca w przyszłość i realizację postawionych przed sobą celów, silna, ale i mająca szereg słabych stron (emocjonalnych), które niejednokrotnie burzą jej pozornie idealny schemat egzystencji. Ale, jak to jest powiedziane w powieści kilka razy, każdy jest w jakiś sposób "popękany" i jedyne co powinna zrobić najbliższa osoba, to wziąć te skorupki i nosić przy sobie. Tyle i aż tyle. 

Jeśli lubicie romanse, ale takie nieoczywiste, chwytające za serce, z nutą tajemnicy i niepewności - co wydarzy się dalej, wzruszające, emocjonalne i z przesłaniem, to "Szczypta MIŁOŚCI" jest dla Was. Ale moim zdaniem, taką książkę powinien przeczytać każdy, przynajmniej raz w życiu, by zatrzymać się i rozejrzeć wokół. Bo czasem warto spojrzeć na pewne sprawy z innej perspektywy. Z perspektywy upływającego czasu.

Za książkę bardzo dziękuję Księgarni TaniaKsiążka, gdzie znajdziecie również mnóstwo innych bestsellerów :)

11.19.2017

"Na pokuszenie" Thomas Cullinan



Autor: Thomas Cullinan
Tytuł: Na pokuszenie
Tytuł oryginalny: The Beguiled
Wydawnictwo: Marginesy
Ilość stron: 516
Tłumaczenie: Anna Owsiak, Jan Wąsiński,
Jerzy Wołk-Łaniewski, Aga Zano

     
     Gdy tylko ujrzałam zwiastun filmu, z rewelacyjną obsadą (m.in. Colin Farrell, Nicole Kidman, Kirsten Dunst) - wiedziałam, że po prostu MUSZĘ przeczytać tę książkę. Wiadomo, u każdego książkoholika występuje odpowiednia kolejność: najpierw lektura, potem film, dla porównania. Dlatego, nie zastanawiając się długo, zabrałam się za książkę. Wrażenia? No właśnie... To będzie długa historia, więc rozsiądź się wygodnie.

Uwielbiam powieści, których akcja osadzona jest w XVIII czy XIX wieku. Ogromnym szacunkiem darzę Jane Austen czy siostry Brontë; jestem romantyczką, więc klimat uczuć, sekretnie rzucanych spojrzeń, przepychu przyjęć, urządzanych bali, strojnych sukni nie jest mi obcy, a wręcz przeciwnie. To jeden z moich ulubionych gatunków literackich; klasyka, angielski kunszt, perły w świecie prozy. Dlatego "Na pokuszenie" wydało mi się idealną lekturą; czasy wojny secesyjnej, pensja dla dziewcząt, cała otoczka czasów, które wywołują we mnie milion emocji. I? Gdybym miała określić swoje wrażenia w jednym zdaniu, byłoby to coś w stylu "w porządku". Czemu? Bo książka to lekki przerost formy nad treścią. Z całym zachowaniem odpowiedniego klimatu. I już wyjaśniam, o co w tym chodzi.

Jest rok 1864, Wirginia, trwa, jak wspomniałam wcześniej, wojna secesyjna. Niedaleko działań wojennych znajduje się jednak miejsce, pozornie spokojne, położone na uboczu, zamieszkiwane przez... Damy. Miejsce to jest posiadłością państwa Farnsworth, z której dwie siostry: panna Martha i panna Harriet uczyniły pensję dla dziewcząt. Dawniej uczęszczało tu więcej kobiet, jednak z powodu wojny zostało tylko pięć. Siostry prowadzące starają się jak mogą, by dziewczęta w wieku od dziesięciu do siedemnastu lat posiadły jak najrozleglejszą wiedzę. Odbywają się tu zajęcia z języka francuskiego, literatury, tańców, umiejętności gry na klawesynie, ogrodnictwa, szycia, i wielu innych. O tym, jak upływa życie na pensji Farnsworthów, dowiadujemy się z ośmioosobowej narracji; autor uraczył nas bowiem dopuszczeniem do głosu każdej z kobiet. Oprócz nauczycielek i uczennic, poznajemy również stanowisko ciemnoskórej służącej, mającej wiele do powiedzenia na każdy temat. Wydawać by się mogło, iż tak mnoga ilość osób opowiadających może wprowadzić chaos - jednak jest zupełnie inaczej. Czytelnik poznaje każdą z dam; może się z nią utożsamić, kibicować jej lub krytykować sposób postępowania, przewidywać konsekwencje podejmowanych decyzji, wyrazić swój osąd. A ten nasuwa się momentalnie. Ciężko bowiem nie ocenić zachowania ośmiu kobiet w stosunku do... Jednego mężczyzny. Kapral John McBurney pojawia się w posiadłości niespodziewanie. Jedna z dziewcząt, podczas wyprawy do lasu, znajduje go - osłabionego, rannego i bezbronnego. Przyprowadza do do domu, gdzie każda z kobiet postanawia udzielić mężczyźnie pomocy. Nie ulega wątpliwości, iż McBurney wprowadza chaos i zamieszanie w uporządkowanym rytmie życia na pensji. Prawdziwe okazuje się powiedzenie, że gdzie trzech się bije... A w tym wypadku mamy bijących się aż osiem. I co dalej? 

Martha, Harriet, Matilda, Edwina, Alicia, Marie, Amelia, Emily - każda ma swoją historię, swoją własną opowieść o życiu, przeszłości, rodzinie, utraconych chwilach, szczęściu. Każda również potrzebuje MIŁOŚCI, zainteresowania, poważania; chce być ważna, kochana, jedyna, niepowtarzalna, doceniana. I to jest właśnie powodem ich słabości. Słabości, którą idealnie wyczuwa John, wykorzystując naiwność bohaterek. Mężczyzna szybko zyskuje przyjaźń młodszych dziewcząt, zainteresowanie nauczycielek, uczucia najstarszych wychowanek - bezlitośnie kpiąc i drwiąc sobie z ich oddania. Akcja biegnie powoli; nie wiem, czy nazwałabym tę lekturę thrillerem. Owszem, czytałam ją z zaciekawieniem, jednak nie zaparła mi tchu w piersiach. Nie mogłam wyjść z podziwu, jak tępe są główne kobiece postaci; inaczej nie mogę tego nazwać. Ich głupota i naiwność po prostu wytrącały mnie z równowagi. John robi z nimi co chce; żeruje na ich dobroduszności, chęci pomocy, i pomimo, iż próbowałam sobie jakoś wytłumaczyć ich zachowanie, chęci odnalezienia MIŁOŚCI, to jednak... Nie umiałam. Słowa, rzucane przez mężczyznę, często niewybredne, sygnały, które dawał kobietom, zachowanie, które o niczym dobrym nie świadczyło - jedno wielkie wykorzystywanie, byleby zyskać jak najwięcej korzyści. Lektura dłużyła mi się, co rzadko zdarza mi się przy podobnej tematyce. Zgadzam się z innymi Czytelnikami, iż jest po prostu przegadana. Tę samą treść i fabułę można było zamknąć w połowę mniejszej objętości. Ale dzięki temu mogliśmy dosadnie poznać każdą z postaci, poświęcając jej swoją uwagę i odpowiednio... Skrytykować. Każda budzi szereg negatywnych emocji. Nie da się ukryć. Jest tu i swojego rodzaju wyuzdanie, pożądanie, litość, złość, agresja, pewna pretensjonalność, tupet i bezczelność. Na domiar tego, na samym końcu, było mi niezmiernie żal każdej z bohaterek i tylko czekałam na finał; byłam niezmiernie ciekawa, jak skończy się ta historia, czy zawiodę się, czy wręcz przeciwnie, pozytywnie zaskoczę? Nie zdradzę Wam, bo... Sami przeczytajcie i się przekonajcie. Nie jest tak, że książka mi się nie podobała. Bo się podobała. Aura niepokoju i tajemniczości, dziwnego uczucia przytłoczenia, gęstego powietrza towarzyszy mi do tej chwili. Autor świadomie i pewnie z czystą przyjemnością wykreował tę lekturę właśnie tak, a nie inaczej. I mimo, iż żaden z bohaterów nie wzbudził mojej sympatii - wyzwolił emocje. Negatywne, ale to zawsze emocje. Niejeden raz miałam ochotę rzucić tą książką o ścianę i krzyknąć "Boże, co te baby tam wyprawiają!", jednak zaraz później porywałam ją z chęcią przewracania kolejnych stron z zainteresowaniem, co będzie dalej. Film obejrzałam... W połowie. Niestety, nie jest porywający, publikacja jest ciekawsza. Dlatego, podsumowując, polecam przeczytać; może i jest bez większych fajerwerków, jednak warto. Osoby, które lubią podobne klimaty, na pewno nie będą się nudzić. 




Za książkę dziękuję Księgarni TaniaKsiążka! :)

11.04.2017

"Damy, dziewczyny, dziewuchy. Historia w spódnicy" - Anna Dziewit-Meller



Autor: Anna Dziewit-Meller
Wydawnictwo: Znak (emotikon)
Ilość stron: 160

Nigdy nie ukrywałam, że książki dla dzieci są bardzo bliskie mojemu sercu. Od najmłodszych lat zaczytywałam się w bajkowych i baśniowych historiach; to od takich lektur właśnie wzięła się przecież moja MIŁOŚĆ do czytania. Z dziećmi jestem związana od zawsze; nigdy nie miałam problemu z podjęciem decyzji na temat tego, co chcę robić w życiu. "Być nauczycielką" - tak brzmiała moja odpowiedź na każde pytanie dotyczące mojej przyszłości. Studia, praca wakacyjna a później ta zawodowa; każdy z tych aspektów wpływał w jakiś sposób na moje życie, zresztą jest i tak do tej pory. Chcę łączyć to, co lubię, i pragnę robić to jak najlepiej. Pracuję z dziećmi od dobrych paru lat; a w swojej pracy podsuwam im różne perełki z zakresu literatury dziecięcej. Śledzę nowinki na rynku wydawniczym; staram się być na bieżąco z tym światem, a autorów piszących dla dzieci (i niejednokrotnie o dzieciach) darzę ogromnym uznaniem i szacunkiem, jako, że jest to dla mnie wyzwanie: parać się tak specyficznym gatunkiem literackim. Specyficznym, bo TO grono odbiorców jest chyba najbardziej wymagającą publicznością i zawziętym krytykiem w jednym. Dlatego, gdy w moje ręce ma szansę trafić książka przeznaczona dla dzieci - nie waham się ani chwili i ją przejmuję. Uwielbiam wiedzieć co w trawie piszczy, a jeśli książka ta ma dobre opinie, znaczy to, że dzieci ją polubią. Nie byłabym jednak sobą, gdybym osobiście tego nie przewałkowała w każdą stronę ;). Zatem zapraszam na zdań moich kilka dotyczących pewnej literackiej perełki, która dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak znalazła się na mojej półce. I już teraz wiem, że zostanie ze mną na zawsze. 

Z historią zawsze byłam na bakier, wstyd się przyznać, gdyż moja ciocia uczy tego przedmiotu w szkole. Ale teraz, z perspektywy czasu, gdy tylko mogę - daję dawnym czasom szansę. A jeśli chodzi o tematykę kobiecą, to tym bardziej!

W książce nie znajdziemy żadnych dat ani przydługich opowieści. Nie ma nudy! Jest tu za to siedemnaście cudownych kobiecych postaci, które odegrały ważną rolę na kartach historii, jednak nie zawsze było (i nie jest do tej pory) głośno. W cały szereg pań wprowadza nas jedna z nich: Heńka Pustowójtówna - aktywna uczestniczka powstania styczniowego. W formie gawędy; czegoś w rodzaju snucia opowieści, prostym językiem, takim, którym spokojnie się można zwracać do dzieci bez obawy, że czegoś nie zrozumieją - autorka niesie nas przez kolejne karty. Mamy tu między innymi historie naszej Królowej Jadwigi, samej Heńki, Krystyny Krahelskiej, dzięki której mamy warszawską Syrenkę, Magdaleny Bendzisławskiej (która była pierwszą kobietą chirurgiem, dacie wiarę?) a także wielu innych. Lekturę czyta się niemożliwie szybko; i nie sposób się oderwać. Na uwagę zasługuje fakt, iż na końcu każdego rozdziału zostały zamieszczone trudniejsze pojęcia, które się w nim pojawiają. Więc jeśli któryś z rodziców mimo klarowności przekazu wciąż się zastanawiał, czy aby na pewno jego dziecko każdy aspekt zrozumie - na końcu ma już totalnie WSZYSTKO podane na tacy. I ilustracje Joanny Rusinek - coś pięknego. 

Jestem pewna, że każda kobieta, mała czy duża znajdzie tu coś dla siebie. Każda z opisywanych tu postaci bardzo mi się podobała; każdej dobrze życzyłam, kibicowałam, gdyż WSZYSTKIE to mocne perełki w polskiej historii. Jestem przekonana, iż autorka skutecznie rozbudzi w dzieciach (ale i rodzicach) zainteresowanie historią; doszukiwaniem bardziej dogłębnym tego, co zostało poruszone w książce, gdyż z oczywistych powodów Pani Anna nie wdawała się tu w suchy przekaz informacji, nie taki jest cel tej lektury. Zapada w pamięć wiele rzeczy. To, że dawniej podział społeczny był bardzo nierówny; wszędzie liczyli się tylko mężczyźni, kobiety musiały walczyć o swoje. Ale bohaterki "Dziewczyn..." pokazują, że warto walczyć, czasem i do samego końca, by osiągnąć to, o czym się marzy. To, że ciężka praca opłaca. To, że kobieta to silna płeć i ze wszystkim sobie poradzi. To, że nie ma rzeczy niemożliwych. Trzeba tylko bardzo chcieć...

Sam zdecyduj, czy chcesz poznać historie dam, dziewuch i dziewczyn - czyli tak naprawdę każdej z nas ;). Ja polecam bardzo bardzo!

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak! :)

11.01.2017

"Ostatnia aria Mozarta" Matt Rees



Autor: Matt Rees
Wydawnictwo: Kobiece
Ilość stron: 360
Tłumaczenie: Ryszard Oślizło

     Nie ma chyba człowieka, który nie słyszałby o mężczyźnie z nazwiskiem Mozart. Nieważne, czy to dziecko, czy dorosła osoba; zapytane o niego wie, iż Mozart powoduje natychmiastowe skojarzenie, punkt zapalny. No i gdzie każdy wie, z czym powiązać tę postać - oczywiście z muzyką! Z nazwiskiem tym kojarzy się również (przynajmniej mnie) swoista otoczka tajemnicy, bowiem "legenda głosi", iż artysta ten był niewiarygodnie utalentowany; iż komponował odkąd zaczął chodzić, a w wieku dosłownie kilku (bodajże 6!) lat napisał swój pierwszy poważny utwór, a zaraz później zaczął koncertować. Jak to możliwe? Co stoi za karierą aż tak cudownego dziecka?

Ja o Mozarcie słyszałam już kilka lat temu podczas nauki w szkole muzycznej. Klasa fortepianu (co brzmi dumnie), zatem i nazwiska sławnych pianistów nie były mi obce od najmłodszych lat. Między innymi pojawiali się w moim domu Chopin, Bach, Haydn, Lipski, Beethoven, no i Mozart. Utalentowani, czasem przeze mnie (a i pewnie przez innych przechodzących przez żmudne ćwiczenia na instrumencie) krytykowani, nierozumiani "szaleńcy" z milionem pomysłów na minutę, dający upust swoim emocjom mocnymi uderzeniami w fortepian. W utworach tych słychać MIŁOŚĆ, radość, spełnienie, ale i gorycz, żal, lament. Uczucia przelewane w melodię, pamiętniki spisane nutami, fragmenty życia podzielone na pięciolinię i dwa klucze: wiolinowy i basowy, duma mierzona wielkością zapełnionych sal koncertowych... Kto choć trochę czuje klimat klasyki muzycznej (jak ja :)), z niecierpliwością i wręcz koniecznością sięgnie po lekturę taką jak ta dziś tu opisywana. Chciałam dowiedzieć się więcej o Mozarcie, więcej niż to, co wiem do tej pory. Mianowicie: że jego talent przerastał wszelkie wyobrażenia, że był jednym z trzech najwybitniejszych klasyków wiedeńskich, że umarł młodo z niewyjaśnionych przyczyn oraz, że do jego najsławniejszych dzieł należy "Eine kleine Nachtmusik".

Autor nie ukrywa, iż w jego książce pojawia się fikcja literacka; jednak nie sposób odejść od mocnych filarów historycznych, na których oparł swoją fabułę. Zatem w "Ostatniej arii Mozarta" dzieje się wiele, co pomaga odkryć szereg informacji dotyczących austriackiego kompozytora. Główną bohaterką w powieści jest Nannerl - jak nazywa się zdrobniale Marię Annę Mozart - starszą siostrę Wolfganga Amadeusa (Amadeusza) Mozarta. Kobieta, podobnie jak brat jest uzdolniona muzycznie; rodzeństwo razem koncertuje po Europie, ciesząc się sławą klawiszowych wirtuozów. Do czasu, gdy Nannerl wychodzi za mąż i traci kontakt z bratem. O jego osiągnięciach dowiaduje się z gazet; a nowe utwory kupuje, by móc pod palcami na klawiszach poczuć choćby część jego bliskości. Do momentu, gdy... Mozart umiera. Nannerl dowiaduje się od jego żony o okolicznościach śmierci brata. Podobno złożony chorobą odszedł z świata żywych w wieku trzydziestu pięciu lat. Dlaczego podobno? Bo tak brzmi oficjalna wersja. Ta nieoficjalna jest jednak zupełnie inna. Kompozytor twierdził bowiem, że podano mu śmiertelną truciznę, co będzie powodem jego śmierci. Sześć tygodni później jest już martwy. Nannerl niezwłocznie udaje się do Wiednia, by wyjaśnić tajemnicę; jej wyprawa spotyka się z szeregiem niespodziewanych wypadków...

Czytelnik mocno wkracza w aurę XVIII Wiednia; poznaje klimat ówczesnego miasta, ludzi, którzy dzierżą w nim władzę, oszałamiający świat muzyki, w którym żyją główni bohaterowie. Geniusz Mozarta jest wciąż żywy; jego wirtuozeria i talent cieszą się ogromnym powodzeniem, można by rzec, że po śmierci nawet większym niż dotychczas. Nannerl poznaje osoby z najbliższego otoczenia brata; wraca w świat, z którego odeszła - muzyka ponownie staje się jej nieodzownie bliska, odkrywa karty, które na zawsze powinny zostać ukryte. Dlaczego jej brat miałby zostać otruty? Czym jest wiedeńska masoneria i dlaczego jej brat pragnął założyć tajemniczą Grotę? Kto miałby powód, by pozbywać się najbardziej utalentowanej austriackiej postaci? I czemu tak ważna jest ostatnia aria Mozarta "Czarodziejski flet"? W głowie pani Mozart rodzi się coraz więcej pytań, na coraz mniej pojawia się jednoznaczna odpowiedź. Nannerl wsiąka w świat intryg, podstępów, ukrytych zamiarów, ale i pasji, uczuć, emocji oraz... Nieoczekiwanego pożądania... Czy uda się jej ocalić dobre wspomnienia i wyjaśnić prawdziwe okoliczności śmierci brata? Czy przez chęć odkrycia prawdy, sama nie stanie się niewygodnym celem?

Książkę czyta się niesamowicie szybko; akcja rwie do przodu, nie pozwalając zwolnić tempa. Blichtr, przepych wiedeńskiego świata wyższych sfer oszałamia, ale i zmusza do refleksji. Nawet na najwybitniejszego kompozytora świata czekają zasadzki; nikt nigdy nie może czuć się w pełni bezpiecznie. Ciąg niedopowiedzeń; karty, które są powoli odkrywane, pozornie błahe przypadki, gdzie wiadomo, iż przypadków po prostu nie ma... Autor prostym językiem prowadzi Czytelnika w świat muzyki; i nie szkodzi, jeśli nie masz o niej pojęcia. Zaręczam Ci, że po tej lekturze, bez wahania wymienisz co najmniej dwie kompozycje Mozarta, będziesz wiedział, czym jest koncert a-moll, oraz jak bardzo czasem czytelne bywają nuty. Na uwagę zasługuje również fakt, iż pomimo, że jest to książka dotycząca Wolfganga Mozarta, to główną postacią jest jego siostra, tak często zapominana na kartach historii. Autor oddaje jej swojego rodzaju hołd; była ona bowiem równie utalentowana, ale i przebiegła, a jej determinacja w dążeniu do celu urzekła mnie niewyobrażalnie. Mocno wykreowana bohaterka, o której nie sposób zapomnieć. Zatem jeśli wraz z Nannerl chcesz dowiedzieć się prawdy... 

Idź i przeczytaj książkę o niej. I o jej sławnym bracie.

Za książkę bardzo dziękuję Księgarni TaniaKsiążka.pl, która jest po prostu naj-le-psza! I to nie tylko z powodu współpracy. Ale o tym już niedługo. :)
Oprócz powyższej książki znajdziecie tam również mnóstwo innych bestsellerów!

9.23.2017

"Córka doskonała" Amanda Prowse



Autor: Amanda Prowse
Wydawnictwo: Kobiece
Ilość stron: 408
Tłumaczenie: Anna Sauvignon
"Jedno, co wiem na pewno, to że życie trzeba sobie samemu poukładać. Nikt tego za ciebie nie zrobi. Trzeba je złapać za rogi i wskoczyć mu na grzbiet, bo inaczej całkiem cię stratuje. I robić wszystko, żeby było coraz lepiej".

To moje drugie podejście do twórczości Amandy Prowse. I od razu zaznaczam, że nie ostatnie. Bo odkąd przeczytałam "Trzy i pół sekundy", wiedziałam, że prędko nie uwolnię się od niesamowicie lekkiego i cudownie ciepłego pióra autorki. I tak oto, w moje ręce trafiła kolejna publikacja od Wydawnictwa Kobiecego. I oby więcej takich kobiecych właśnie książek! ;)

Jacks ma trzydzieści sześć lat, męża, dwójkę dzieci, opiekuje się chorą mamą. Ponadto Jacks posiada... Niespełnione marzenia i ambicje. I o tym właśnie jest ta opowieść.

Jacks w liceum była zakochana. Zakochana z wzajemnością w Svenie - Szwedzie uczęszczającym do tej samej szkoły, chłopcu innym tak bardzo od jej rówieśników. Sven pragnął podróżować i budować statki, zwiedzać na nich świat. Pragnął również zabrać z sobą Jacks, dziewczynę, którą trzymał za rękę podczas oglądania gwiazd na boisku szkolnym, której wyznawał swoje gorące uczucia, i która, według niego, mogła zawojować swoją przyszłość. Para snuła swoje plany, jednak życie bywa przewrotne i niestety potoczyło się zupełnie inaczej. Sven wyjechał bez słowa, zostawiając swoją dziewczynę. Jednak nie samą. Okazuje się bowiem, że Jacks jest z nim w ciąży... Opuszczona, samotna, z dzieckiem, które pokrzyżowało jej plany dotyczące studiów i tego, kim mogła się Jacks stać, układa sobie życie tak, jak jej na to pozwala... Nie wyjeżdża, tylko zostaje w swojej małej mieścinie, wychodzi na mężczyznę, który jest tym "uczciwym i dobrym", a co niekoniecznie idzie w parze z pożądaniem i ogromem MIŁOŚCI, bierze do siebie schorowaną mamę, przez którą musi zrezygnować z pracy zawodowej, by zapewnić jej całodobową opiekę, wyrzeka się wielu dóbr i przyjemności na poczet bieżących spraw. I ciągle narzeka na swój los. Bo przecież miało być inaczej. Dlatego, gdy tylko Martha - córka Jacks, wchodzi w okres dojrzewania, Jacks przysięga sobie, że zrobi WSZYSTKO, by chociaż ona, jej córeczka mogła mieć w życiu to, co sobie zaplanuje. By mogła się rozwinąć i zostać KIMŚ. By spełniła wszelkie plany i marzenia. By miała świat u swych stóp. Czyli to, co nie udało się Jacks. Jednak los totalnie drwi sobie z kobiety i płata jej paskudnego figla. Jak Jacks się w tym odnajdzie? 

"Córka doskonała" to historia o tym, jak bardzo rodzice pokładają nadzieje w swoich dzieciach i przelewają na nie swoje momentami chore ambicje; jak bardzo żałują pewnych decyzji w swoim życiu, jak wymuszają na dzieciach wybranie innej życiowej drogi, takiej, która im się nie udała, i z której zbłądzili. Tylko właśnie, co wtedy, gdy jednak przeznaczenie pokieruje inaczej? Życie jest życiem i niesie niejednokrotnie sok z cytryny zamiast cukru. Trzeba odnaleźć w tym pewien dystans i zdrowy rozsądek, tak by nie uszczęśliwiać na siłę, tylko dawać całkowite wsparcie i MIŁOŚĆ; taką rozważną, piękną i budującą. Autorka posiada niebywały dar do budowania ciepłych rodzinnych historii, z przesłaniem i refleksją. Publikacja ta to także okazja do zastanowienia się nad tym, czy naprawdę doceniamy to, co mamy? Jacks zaślepiona wizją swoich niespełnionych marzeń, staje się coraz bardziej rozgoryczona i sfrustrowana. Przestaje dostrzegać dobre rzeczy dziejące się wokół niej; wciąż narzeka, karząc swoich bliskich za coś, na co nie mieli i nie mają wpływu. Rozdziera ją ból i poczucie straty, kobieta nie docenia tego co ma. Do czasu, gdy okazuje się, że może to wszystko nagle stracić.

Ostatnio robię przeskoki między różnymi gatunkami literackimi; i tak między kryminałem czy erotykiem wpadnie mi czasem w ręce obyczajówka. I mimo, że "Córka doskonała" to opowieść o tym, co dzieje się wokół nas, to naprawdę cudownie utonąć w podobnej historii. Jest ona tak prawdziwa, realna, tak dosadna, iż nie sposób przejść obok niej obojętnie. Mocno udowadnia, co jest w życiu ważne; jakie wartości powinny mieć pierwszorzędne znaczenie, a które można z łatwością puścić wolno. I co należy trzymać przy sobie, bo dopiero utrata tego uświadamia, jaki skarb mamy pod ręką. Polecam. Bardzo. I nie mogę się doczekać sięgnięcia po kolejne powieści autorki! ;)

Za książkę bardzo dziękuję Księgarni TaniaKsiążka.pl :),
gdzie znajdziecie również mnóstwo innych książek dla kobiet!

9.18.2017

"MMA Fighter. Przebaczenie" Vi Keeland



Autor: Vi Keeland
Seria/cykl: MMA Fighter (tom 3)
Wydawnictwo: Kobiece
Ilość stron: 384
Tłumaczenie: Sylwia Chojnacka
"MIŁOŚĆ nie jest czymś, co można ot tak wyłączyć. To uczucie, które przywłaszcza sobie fragment ciebie. Myślę, że czasem ludzie walczą dlatego, że nie chcą stracić tej cząstki siebie i boją się tego bardziej niż utraty kogoś, kogo kochają".

Szczerze mówiąc, nie mogłam się doczekać tej książki; "zaklepałam" ją sobie od razu w Księgarni, byleby tylko, gdy wyjdzie, móc po nią sięgnąć. Nigdy bym siebie nie podejrzewała o to, iż tak będę wypatrywać lektury z serii tych erotycznych; Grey totalnie mi nie podszedł (mimo iż przeczytałam całą trylogię i widziałam obydwa filmy), podobne publikacje również mnie nie urzekły. A tutaj... Przepadłam. Pierwsza część była w porządku. Druga - lepsza, bardziej wciągająca, trzymająca w napięciu. Myśleć można, że autorka już nic nowego nie pokaże w finale serii. Ach, jakże się można pomylić! Vi Keeland wspina się na wyżyny swoich fighterskich umiejętności i serwuje nam najlepszą część na koniec. Bo "Przebaczenie" to zdecydowanie najbardziej wciągający, intrygujący i wysmakowany tom serii. 

Jaxa Knighta poznajemy w drugim tomie, gdy chłopak okazuje się przyrodnim bratem głównego bohatera - Vince'a Stone'a. Syn poważanego senatora, którego reputacja zostaje zszargana poprzez odkryte dziecko z nieprawego łoża. Oczywiście jest nim Vince, którego wychowywała tylko mama, dając mu błędne złudzenie na temat rodziciela. Jax jest drugim synem, tym wymarzonym, wyśnionym, "legalnym", w którym senator pokłada wszelkie nadzieje. Wróży mu karierę polityka, który podobnie jak on będzie piął się po szczeblach kariery. Ewentualnie swojej firmy, na której czele stanie. Pan Knight w ogóle nie przyjmuje do wiadomości, iż Jax może mieć inne pasje, niż naśladowanie ojca, którym otwarcie gardzi za oszukiwanie go od dzieciństwa. A już totalnie senatorowi nie mieści się w głowie, iż jego syn może parać się... Mieszanymi sztukami walki, MMA. 

Jax jest zraniony. Kłamstwa ojca w końcu ujrzały światło dziennie; zbliża się kolejna kampania wyborcza, dziennikarze nie dają mu spokoju. Chłopak postanawia się od tego odciąć, chce odpocząć, zrobić rzeczy, których pragnął od zawsze, chce nareszcie zacząć żyć. Prawdziwie żyć. Gdy poznaje Lily St. Claire, wiele się zmienia. Lily jest córką słynnego "Sainta", jednego z najlepszych zawodników MMA, legendy sportu. Dziewczyna po śmierci ojca zarządza siecią siłowni, założoną wspólnie z jego przyjacielem. Wie zatem, jakimi prawami rządzi się świat MMA, rozumie zawodników, dla których walki w klatkach są całym życiem, pragnie kontynuować pamięć o ojcu, którego kochała i nadal kocha nad życie. Gdy Lily spotyka na swojej drodze Jaxa, zaskakuje ją świadomość, jak bardzo puste było jej życie. Oczywiście nie obywa się bez komplikacji... Ale czy zdołają one ustąpić? Czy przeszkody, które życie rzuca młodym ludziom pod nogi będą w stanie zniszczyć to, co czasem buduje się w bólu?

Autorka mnie zaskoczyła. Wyraziście kreuje postaci głównych bohaterów, obdarzając ich naprawdę znamiennymi cechami. Jax to obyty, kulturalny syn polityka, któremu nieobca jest wysoka etykieta. Jednak w sypialni zamienia się w bezkompromisowego, konkretnego mężczyznę, który dokładnie wie czego chce i po prostu to bierze. Myślałam, że Vi Keeland pójdzie po bandzie i wtarabani nam dużo więcej scen erotycznych, jeszcze bardziej wyuzdanych i wulgarnych, jednak nic z tych rzeczy. Jest ostro, emocjonująco, nieprzyzwoicie, zmysłowo, jednak jest to zrobione ze smakiem, wciąż chciałam więcej i więcej! Jeśli chcesz czytać coś z wypiekami na twarzy, rumieniąc się uroczo, to to jest lektura dla Ciebie ;). Autorce nie zabrakło pomysłu na romantyczność i wiele różnych momentów, o których można powiedzieć iż są wręcz urzekające. Ponadto na uwagę zasługuje fakt wprowadzenia postaci negatywnej, która sporo miesza i wprowadza nuty niepewności do powieści. No i oczywiście spajające całą serię w całość postaci Nico Huntera i Vince'a Stone'a. Jedna wielka klamra, która daje poczucie jedności z trylogią. Nie wyobrażam sobie nie przeczytać tej części, naprawdę jest zdecydowanie najlepsza. Jedna noc wyjęta z życia, jednak warto było ;). Jeśli miałabym kiedyś polecać literaturę erotyczną, to to będzie właśnie seria "MMA Fighter"! Erotyzm, emocje, uczucia, pewność siebie, męskie ciała, które zapierają dech w piersiach, walki na arenie, cudowne okładki - cała Vi Keeland, polecam, polecam!


Za książkę dziękuję Księgarni TaniaKsiążka,
gdzie znajdziecie również mnóstwo innych bestsellerów ;)

9.12.2017

"Trzecia" Magda Stachula



Autor: Magda Stachula
Tytuł: Trzecia
Wydawnictwo: Znak (literanova)
Ilość stron: 400

"Każdy skrywa jakąś tajemnicę, bez wyjątku, wszyscy mamy coś na sumieniu. To może być cokolwiek: czyn, myśl, życzenie, coś, czego nie chcielibyśmy wyjawić przed resztą świata, coś, czego wstydzimy się nawet przed samymi sobą. Jednak większości z nas nie przeszkadza to w normalnym funkcjonowaniu, ciemna strona nie dominuje w codziennym życiu".


I nareszcie się doczekałam! Po lekturze "Idealnej" wprost rwałam się z chęci do zapoznania się z nową historią od Magdy Stachuli. Nie mogłam przegapić okazji, gdy jedna z polskich autorek, która zawładnęła moim czytelniczym światem, ponownie wraca! To dopiero druga książka Pani Magdy, jednak na pewno nie ostatnia, a przy tak dobrym wyniku sprzedażowym i TAK DOBRYCH recenzjach, autorka rośnie na jedną z czołowych rodzimych pisarek ;). Po debatach, jak ma mieć na imię główna bohaterka powieści i wyborze okładki (na co wpływ mieli Czytelnicy, super sprawa, sama brałam udział w głosowaniu ;)) w nasze ręce trafia "Trzecia". 

Eliza jest młodą psychoterapeutką wciąż poszukującą szczęścia w życiu. Zdradzona przez najbliższą osobę, w dziwnym dystansie z rodzicami, próbuje zrozumieć swoich pacjentów, a przy okazji siebie. Dziewczyna mieszka w Krakowie; tu pracuje, spędza czas z młodszym bratem - dobrze zapowiadającym się hokeistą, chce poukładać swój los, który do tej pory bardzo ją rozczarowuje. Sytuacji nie poprawia fakt, iż pewnego dnia Eliza ma wrażenie, że ktoś jej robi zdjęcia. Później pojawia się uczucie, że jest obserwowana. Następnie dostaje kwiaty. Potem pogróżki. Zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Na szczęście pojawia się Borys - Anton, który staje się dla Elizy ostoją, wsparciem, TYM właściwym, w którym dziewczyna się zakochuje. Wierzy, że być może teraz, nareszcie odmieni się jej życie; że w końcu się ułoży. Nie wie, jak bardzo się myli...

Lilianna to kobieta dojrzała, po czterdziestce, władająca prężną firmą. Do pewnego momentu tkwiła w nieszczęśliwym związku; dopiero samotny wyjazd na wakacje odmienił jej życie. Poznała mężczyznę marzeń, wprawdzie dwanaście lat młodszego, jednak czymże jest metryka w obliczu prawdziwej MIŁOŚCI? Niestety, i do Lilianny los brutalnie się uśmiecha - kobieta traci bowiem swojego kochanka; o czym nie może zapomnieć chociaż na moment. Wciąż przeżywa to, iż musiał on wyjechać, wypatruje go w codzienności zdarzeń, wspomina najlepsze momenty, niewyobrażalnie tęskni i pragnie naprawić błędy, które popełniła. Pragnie odnaleźć Rosjanina, z którym wiązała przyszłość i nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swój cel. 

"Pamięć ma jedną wadę. Istnieje".

Fabuła prowadzona jest z perspektywy trzech postaci; co daje Czytelnikowi wrażenie, iż może poznać każdy punkt widzenia głównych działań w powieści. Jednak nie dajcie się zwieść, autorka zwinnie manipuluje naszą uwagą i jeśli w którymś momencie poczujecie sympatię do którejkolwiek głównej bohaterki... Lub na odwrót, jeśli Wam się nie spodoba... Wasze wrażenia i odczucia mogą w pewnym momencie totalnie się zmienić. Uwielbiam w historiach Pani Magdy to, iż nigdy nie wiem, co tak naprawdę wydarzy się na kolejnej stronie; próbowałam przewidzieć finał historii, jednak kompletnie nie spodziewałam się takiego zakończenia. No i mój Kraków! Moje miasto, pojawiające się w powieści; uliczki, którymi chodzę, dzielnice, po których się poruszam, znane nazwy, miejsca, mentalna mapa wspomnień - to to, co mnie naprawdę urzekło. Dużo lepiej i łatwiej czyta się o miejscach, które się zna. Na uwagę zasługuje ponadto fakt, iż autorka ma dryg do kreowania wyrazistych postaci; ma się wrażenie, że zna się bohaterów, jednocześnie nie mogąc przewidzieć zachowań, do jakich się posuną, by zdobyć to, czego pragną. No bo pomyśl sam/a: ile jesteś w stanie zrobić, by dojść do celu? Czy są jakieś granice? Czy liczysz się z uczuciami innych? Czy warto zbudować szczęście na nieszczęściu drugiej osoby? I jakie sekrety skrywasz? Bo każdy przecież ma jakieś tajemnice, których strzeże jak oka w głowie. Poddasz się?

Polecam bardzo "Trzecią"; to naprawdę dobry i intrygujący thriller, gdzie akcja brnie do przodu, nie dając chwili na przerwę i oddech. Cieszę się bardzo, że to polska książka naszej autorki, która podniosła poprzeczkę sobie i wymaganiom polskiego rynku literackiego "Idealną". Bałam się, jak będzie z kolejną książką, ale nie zawiodłam się, jest dobrze. Bardzo dobrze ;).

No i na pewno chcesz się dowiedzieć, co oznacza tytuł, prawda? Ja byłam w szoku, autorka zaskoczyła mnie swoją pomysłowością i niebanalnością. Więc nie zastanawiaj się zbyt długo, tylko sięgaj po lekturę!

Za książkę do recenzji bardzo dziękuję Księgarni TaniaKsiazka.pl, gdzie znajdziecie mnóstwo innych nowości! ;)

9.08.2017

"Lokatorka" JP Delaney



Autor: JP Delaney
Tytuł: Lokatorka
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 416
Tłumaczenie: Mariusz Gądek

"[...] większość ludzi wkłada całą swoją energię w próby odmienienia innych ludzi, podczas gdy tak naprawdę możemy odmienić tylko samych siebie, a nawet to jest niesłychanie trudne".

Stoisz na rozstaju życiowych dróg. Jak wiele jesteś w stanie zaryzykować, by całkowicie odmienić swój los? Gorąco wierzysz, że zmiany są dobre i potrzebne, a pierwszą i najważniejszą z nich jest zmiana mieszkania. Jak daleko się posuniesz, by otrzymać to, czego pragniesz?

"Lokatorka" intrygowała mnie już od momentu pierwszych zapowiedzi; zresztą nic dziwnego, Wydawnictwo Otwarte skutecznie, wytrwale i z powodzeniem dba o dobry marketing wypuszczanych przez siebie na rynek wydawniczy książek. I nie ma znaczenia, czy są to publikacje typowo spod głównego sztandaru, czy młodzieżowej "odnogi", jaką jest Moondrive. Trzeba przyznać, że reklama zawsze wbija się w głowę, wyskakuje wręcz z lodówki, przez co ciągle myśli się o danej książce. Tak było i tym razem; odkąd tylko ponownie zaczęłam przekonywać się do thrillerów i kryminałów, wiedziałam, że ta lektura musi znaleźć się na mojej półce. Jakżeby mogło być inaczej w przypadku "najgłośniejszego" bestsellera wakacji?

Dwie kobiety. Starsza i młodsza. Żywa i martwa. 
Jedno mieszkanie. Z milionem zasad.

Jane postanawia wprowadzić się do tajemniczego domu na Folgate Street 1. Pomimo szokującej umowy, która zawiera cały ogrom dziwnych zasad, zakazów i nakazów, kobieta uważa, iż taka zmiana jest właśnie jej potrzebna. Jane niedawno straciła dziecko i pragnie psychicznego spokoju. Przestronne mieszkanie wykute w jasnym kamieniu ma za zadanie jej w tym pomóc. Jane nie wie, że przed nią na Folgate Stree 1 mieszkała Emma, która również pragnęła definitywnie zmienić coś w swoim życiu. I pewnie mieszkałaby nadal, gdyby nie... Jej śmierć. Zaczyna się wyścig za zagadką, której rozwiązanie okazuje się nieprzewidywalne...

Wciągnęła mnie ta historia niemożliwie. Mało obszerne rozdziały, dosłownie kilkustronicowe, perspektywa wydarzeń opowiadana z dwóch stron: Emmy jako przedtem i Jane, jako teraz, fabuła, której niesztampowość przykuła moją uwagę. Dziwny właściciel dziwnego domu, owianego dziwnymi historiami. Edward Monkford jest współwłaścicielem architektonicznego imperium Monkford Partnership. Słynie z tego, iż jego budowle to jedna wielka nowoczesność; drzwi nie otwiera się kluczem a bransoletką z wbudowanym czujnikiem, w samym mieszkaniu temperatura czy światło dostosowywane są do nastroju lokatora, obowiązują szokujące i wręcz absurdalne zasady (jest ich aż około 200!), np. zakaz bałaganu, trzymania ubrań na podłodze, brudnych naczyń w zlewie, mokrych ręczników w łazience, zakaz posiadania zwierząt i dzieci, nakaz umożliwiania studentom architektury zwiedzania domu w danym terminie, poddawanie się ewaluacji, odpowiadanie na szereg pytań "Gospodarza" - jednym słowem: dom wymaga wyrzeknięcia się prywatności w pewien sposób normalności. Obie kobiety podjęły decyzję by zaryzykować i... Dla jednej skończyło się to śmiercią, druga jeszcze żyje, ale... Czy na pewno? I jaki wpływ na ich życie ma tajemnicza, pełna sprzeczności relacja z właścicielem? 

Bardzo lubię książki, od których nie mogę się oderwać, bo ciągle towarzyszy mi pytanie: co będzie dalej? Strona za stroną, rozdział za rozdziałem, a ja mam wciąż coraz większe wypieki na twarzy i w środku aż kotłują się emocje. Czy samodzielnie obstawię, co się wydarzy, jak dalej potoczy się sytuacja, a może autor tak mnie zaskoczy, iż nie będę w stanie wykrztusić słowa? Główne bohaterki zostały wykreowane bardzo wyraźnie, aczkolwiek całkowicie się różnią. Emma to słaba psychicznie, tchórzliwa kłamczucha, która nie cofnie się przed niczym, by postawić na swoim. Jej cierpienie jest wyolbrzymione; nie darzyłam ją żadnym pozytywnym uczuciem, wręcz przeciwnie, cieszyłam się, że akurat dla niej przygoda z mieszkaniem w tajemniczym domu już się skończyła. Jane jest inna. To postać z krwi i kości, pewna siebie, jednak bardzo mocno zraniona przez życie. Dziewczyna twardo stąpa po ziemi i bierze to, co się jej należy. Z jakim skutkiem? Na uwagę zasługuje fakt, iż pomimo otoczki przestronnego, ekskluzywnego, nowoczesnego mieszkania, cały czas Czytelnikowi towarzyszy poczucie zamykającej się klaustrofobii. Duszące wrażenie, iż to dom zaczyna przejmować kontrolę nad życiem jego lokatorów wzmaga tylko apetyt na więcej. Ani się obejrzałam, a byłam po lekturze, wciąż oszołomiona, bo nie spodziewałam się takiego finału. Autor sprawnie buduje główną intrygę, tworząc po drodze sieć sekretów, których rozwiązanie nie jest znane do samego końca. Czytelnik dostaje garść wiadomych, na podstawie których powinien spróbować domyślić się, co tak naprawdę wydarzyło się na Folgate Street 1. Dlaczego Jane jest tak podobna do Emmy? Co je łączy? Czy uda się jeszcze żyjącej kobiecie rozwiązać zagadkę tej już umarłej? 

"Lokatorka" to dobry thriller psychologiczny, na pewno na długo zapadnie mi w pamięć. Autor się postarał, by atmosfera zakleszczającego się mieszkania wywarła odpowiednie wrażenie na Czytelniku. Technologia, mająca pomóc, stająca się więzieniem, postać Edwarda, wywołująca skrajne emocje, w końcu fabuła, wciągająca i uzależniająca. Polecam!

Ponoć ma powstać ekranizacja książki; ciekawa jestem efektu i na pewno wybiorę się do kina ;).

Za książkę dziękuję Księgarni TaniaKsiazka.pl,
gdzie znajdziecie jeszcze inne bestsellery! ;)
 

8.31.2017

Damsko - męskim okiem o: "Harry Potter i Książę Półkrwi" J. K. Rowling [wspólnie]



Autor: J. K. Rowling
Tytuł: Harry Potter i Książę Półkrwi
Seria/cykl: Harry Potter
Wydawnictwo: Media Rodzina
Ilość stron: 700
Tłumaczenie: Andrzej Polkowski

To już szósty (!) raz, jak wspólnie z Kamilem (Ciachem) z bloga Świat Bibliofila zasiadamy do opowiedzenia Wam swoich wrażeń z przeczytania magicznej sagi o najsłynniejszym czarodzieju na świecie. Kto jeszcze nie wie, o co tutaj chodzi, pośpieszę wyjaśnić: ja czytam "Harry'ego Pottera" już n-ty raz w swoim życiu, Ciastek robi to po raz pierwszy. Ja jestem kobietą, on jest mężczyzną, więc nasze opinie są różne; rzucają inne (fajne!) światło na poszczególne tomy. Czasem się trochę kłócimy, czasem nawet zgadzamy; jedno jest pewno: zawsze dyskutujemy ze sobą, dzieląc się swoimi emocjami na gorąco po lekturze ;). Kto jeszcze nie widział recenzji poprzednich pięciu tomów - na dole posta będzie miał odpowiednie odsyłacze. A teraz już, nie przedłużając, ZAPRASZAMY.
*
Zarys fabuły
Kamil: Harry zaczyna kolejny rok nauki w Hogwarcie. Po wcześniejszej nieudanej próbie Lorda Voldemorta, żeby przechwycić przepowiednię, wiadomo już, że Potter jest Wybrańcem, który skazany jest na ostateczną konfrontację z czarnoksiężnikiem i nie zazna spokoju, dopóki ten żyje. A Czarny Pan nie przestaje atakować i organizuje kolejny zamach, tym razem wykorzystując jednego z uczniów Hogwartu, który ma być jego marionetką i wykonać niecny plan. Tymczasem w szkole Harry wchodzi w posiadanie pewnego podręcznika, który ma dziwne zapiski naniesione przez tajemniczego "Księcia Półkrwi", co czyni z młodego czarodzieja prymusem w tworzeniu eliksirów. Pojawiają się też kolejne zmiany w obsadzie stanowisk nauczycielskich. Korneliusz Knot stracił swoją posadę na rzecz Rufusa Scrimgeoura, Severus Snape nareszcie zostaje nauczycielem od obrony przed czarną magią, zaś na miejsce nauczyciela eliksirów powołany został profesor Horacy Slughorn, powracający z emerytury na prośbę dyrektora Dumbledore'a, który sam zaczął wybierać się na tajemnicze i niebezpieczne wyprawy. Okazuje się, że powołanie Slughorna miało większy cel niż tylko nauczycielski, bo dyrektor ma wobec niego pewne plany, a w ich realizacji ma pomóc Harry. Oboje spotykają się u Dumbledore'a na dodatkowych zajęciach, gdzie Harry dowiaduje od niego o dzieciństwie i początkach kariery młodego Voldemorta, który naprawdę nazywa się Tom Riddle, a w międzyczasie otrzymuje od dyrektora misję i stara się odkryć tajemniczy sekret Czarnego Pana. Na czym polega ten sekret? W czym ma pomóc Slughorn? Gdzie wędruje Dumbledore i jaki jest cel tych wypraw? I kto jest tym tytułowym Księciem Półkrwi i jaką ma w tym wszystkim rolę?
Asia: Kolejna, szósta część przygód Harry'ego Pottera i jego przyjaciół przed nami. Co się wydarzy? Jak będą przebiegać losy młodych czarodziejów; jakim niebezpieczeństwom będą musieli stawić czoła? Rozpoczyna się kolejny rok w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart; Harry nagle z okrytego złą sławą kłamcy staje się Wybrańcem, Wybawicielem i głosicielem prawdziwego powrotu Lorda Voldemorta. Czarny Pan nie ustaje w swoich wysiłkach, by w końcu dopiąć swego, pozbyć się raz na zawsze Pottera oraz zdobyć władzę nad światem czarodziejów. Wykorzystuje do tego swoich popleczników - śmierciożerców, a także... Jednego z uczniów. Harry będzie musiał zmierzyć z mnogością tajemnic, ochroną siebie i swoich najbliższych, dziwnym podręcznikiem do eliksirów, których właścicielem jest tytułowy Książę Półkrwi, nowym nauczycielem: Horacym Slughornem, prywatnymi lekcjami z profesorem Dumbledore'm i... Mocniejszym biciem serca. 
Kamil: Wiesz, jak zaczynałem pisać tutaj z Tobą to jeszcze nie obejrzałem filmu. W książce kwestia ze Snape'm jest tajemnicza do końca, chociaż i tak pewne przypuszczenia snułem, ale niedługo, bo obejrzałem film, który daje bardziej jasny obraz i ja już się na 100% domyślam w jakim kierunku to zmierza. Ale samych wydarzeń jako takich nie przewidzę, co on tam nawyczynia, więc jestem ciekaw. :)

Asia: A nawyczynia, oj, nawyczynia! :)
*  
Ogólne wrażenie

Kamil: Muszę przyznać, że odetchnąłem z ulgą, bo po średnim "Zakonie Feniksa" lekko obawiałem się tego, co mnie czeka dalej, i zastanawiałem się czy ta część nie wywoła u mnie znużenia i nudy podobnie jak poprzedni tom. Na szczęście tak się nie stało i już od początku zaczyna być ciekawie. Autorka nie wprowadza większych zmian do cyklu, pojawiają się dwie nowe postaci, kilka nowych zaklęć i tajemnicze przedmioty, w tym tajemniczy egzemplarz Księcia, a reszta jest efektem wydarzeń poprzednich tomów zręcznie i logicznie kontynuowana i rozwijająca wątki. W ogóle to dla mnie tom chyba pozbawiony wad, bo mamy tutaj wszystko, co było dobre poprzednie plus, co szalenie mi się podobało, wprowadzony ten dramat, kolejna śmierć ważnej postaci, złamanie zaufania czy odkrycie przeszłości Voldemorta, która pokazuje, że to jednak była postać już od wczesnego dzieciństwa zła i skazana na bycie takim potworem. No i fajnie, że było też trochę miejsca na miłość kobiecą także dla Harry'ego. Jednak muszę przyznać, że Rowling najbardziej zaskoczyła tym Snape'm i mocno mi zagrała na nosie, bo jednak spodziewałem się bardziej pozytywnego rozwinięcia. 
Asia: Ja tam z ulgą nie odetchnęłam, bo wiedziałam, jaki jest ten tom; zresztą przy Potterze nie sposób się nudzić ;D. Fakt, nie ma tu większych zmian, całość oparta jest o poprzednie tomy, jednak pojawia się sporo nowych zagadek do rozwiązania i tajemnic do odkrycia. Nowe postaci, nowe magiczne przedmioty, cofnięcie się w przeszłość oraz rozbudowa życia osobistego głównych bohaterów. Ja, jako kobieta, jestem bardzo zadowolona, zwłaszcza z tej ostatniej kwestii. Co do Snape'a, to jeszcze się mocno zdziwisz w ostatnim tomie, bo najbardziej szokuje kreowanie właśnie tej postaci w siódmej części: przeczytasz i zaczniesz czytać serię od nowa, bo się okazuje, na jak wiele szczegółów człowiek nie zwracał uwagi. A okazuje się, że Snape był bohaterem przemyślanym od samego początku do samego końca, w perfekcyjnym ujęciu. Ale nie mogę Ci za dużo zdradzać, bo to sam musisz przeczytać. Już się nie mogę doczekać Twoich wrażeń po finale.
 *
 Najciekawsza scena  
Kamil: Jaskinia! Nie mam przy tym najmniejszych wątpliwości. Chociaż ogólnie sceny z wizyt u Dumbledore'a i oglądanie wspomnień dotyczących Voldemorta podobały mi się najbardziej w drugiej kolejności.
Asia: Tak tak! Zgadzam się; według mnie prywatne lekcje u Dumbledore'a to najmocniejszy punkt tej książki. A najbardziej wyczekiwany to ten, gdy Harry'emu w końcu udało się wykonać zadanie domowe i pozyskać najważniejsze wspomnienie dotyczące przeszłości Voldemorta. Ciekawie tak przenieść się w przeszłość, by poznać losy Czarnego Pana; historię tego, jak z osieroconego chłopca stał się najgroźniejszym Czarnoksiężnkiem.
Kamil: Zgadzam się, bardzo fajnie to pokazane. Byłem ciekaw, czy te zło miało podstawę gdzie indziej, jakaś trauma albo po prostu skabaciła go inna postać, jakiś demon czy coś, a tu się okazuje, że jednak nic z tego. Po prostu taki był od dziecka, i tyle. Dość fajne rozwiązanie.

Asia: Jakby coś innego miało na niego aż tak destrukcyjny wpływ, to jeszcze by się nam zaczęło Voldusia robić żal... Podejrzewam, że tego Rowling chciała uniknąć ;D.
Kamil: Bardzo możliwe. Rowling zyskała w moich oczach, bo myślałem, że to będzie serio bardziej młodzieżowe i ułagodzone fantasy. Tak nie jest. I dobrze!

*
 Najlepsza i najgorsza postać z książki
Kamil: Jeśli chodzi o najgorszą to nie mam najmniejszych wątpliwości, bo jest to Hermiona. Jakże mnie ona irytowała! Wścibska, zazdrosna, ciągle strojąca miny i humory; to atakowanie Harry'ego o egzemplarz Księcia normalnie doprowadzała do pojawiania się żyły na czole i myślałem sobie "co Cię to, kurna, obchodzi, że on z tego korzysta?". Powiem Ci, że mega mnie ta postać irytowała, a to rzadkość, bo to w końcu pozytywna postać. N,o ale tak bywa. Najlepszą już mi gorzej jednoznacznie wskazać, ale podobał mi się w sumie nowy profesor, czyli Horacy Slughorn. Taka zabawna jednostka, która musi mieć wygodnie, o konkretnym guście (kandyzowane ananasy), taka pierdoła, która lubi otaczać się ważnymi i mieć na nich wpływ, ale ogólnie dobroduszny i życzliwy. A poza tym bawił mnie, więc było okej. Podobała mi się też Fleur - fajna postać. 
Asia: Nie wytrzymam, cały czas się zgadzamy! Co do najgorszej to tak, Hermiona zdecydowanie! Ta jej okropna zazdrość o to, że ktoś choć raz jest od niej lepszy, w jednym przedmiocie! No nienormalne, sama zawsze perfekcyjna we wszystkim, a tu nagle się Harry'emu trafiło jak ślepej kurze ziarno, to od razu wielkie pretensje. Irytowało mnie także jej rzucanie się o zauroczenie Rona. Kurde, dziewczyno, jak Ci się facet podoba, to mu to jakoś daj do zrozumienia! A nie obrażaj się i nie odzywaj przez kilka tygodni ;D. No i biedny Harry pośrodku tego, jak zwykle. Muszę jednak trochę choć Hermionę obronić, pomimo tego, że bardzo mnie denerwowała... Zakochane baby różnie się zachowują, nic panie nie zrobisz ;D. Ale strasznie irytował mnie też Potter z tą swoją obsesją na punkcie Malfoy'a! Wiadomo, później wyszło jak wyszło, ale przesadzał, nic się nie liczyło, tylko to co Dracon robi, gdzie chodzi i z kim...
Co do najlepszej postaci, to pewnie Cię nie zaskoczę, ale dla mnie jest to Dumbledore. Zawsze go lubiłam, uważałam za dobrodusznego i potężnego czarodzieja, a w tym tomie, poprzez te jego wyprawy, odkrywanie prawdy o Voldemorcie no i poświęcenie... Ukłon w jego stronę.
Kamil: Twórców filmu chyba też za bardzo irytowało i nieco ten wątek złagodzili, bo tam mnie ta Hermiona już tak nie irytowała :D. No to Ty widzę konsekwentnie od początku do końca z tym Dumbledore'm. Ogólnie rzecz biorąc to moja ulubiona postać, więc i sam się pod tym mogę podpisać. Płakałaś na koniec? Dla mnie to mega fajne, że Rowling taki dramat potrafiła wprowadzić. 
Asia: Oczywiście, że płakałam! Rowling szła po bandzie; Cedrik, Syriusz, teraz to... Jak tu nie płakać? 
Kamil: Wcale mnie to nie dziwi. Kobiety coś oszczędziła. Ciekawe czemu, nie? Feministka z tej Rowling czy jak? :D
Asia: W siódmym tomie zobaczysz, że nie taka z niej feministka... 
*
 Plusy i minusy 
  
Kamil: 
- Hermiona i jej humory
+ egzemplarz Księcia
+ pomysł z horkruksami 

+ miłostka Harry'ego
+ dramat i śmierć kluczowej postaci

Asia:
 - postać Lavender Brown
+ horkruksy
+ przeszłość Voldemorta

*
 Ulubione cytaty 

Kamil:  

"To bardzo ważne, mówił mu wtedy Dumbledore, by walczyć, by ciągle walczyć, by nie ustawać w walce, bo tylko wtedy zło można powstrzymać, choć nigdy nie da się go całkowicie wyplenić..."
Asia:

 "(...) ludzie o wiele łatwiej wybaczają innym omyłki, niż to, że mieli rację".
 *
Podsumowanie 

Kamil: Chyba nie muszę pisać, że to najlepsza dla mnie część? Myślałem, że nic nie przebije "Więźnia Azkabanu", a jednak - ku mojej uciesze - stało się inaczej. Szósty tom najbliżej ideału i na tę chwilę najlepszy ze wszystkich. Ma wszystko to, co powinno mieć bardzo dobre i dojrzałe fantasy, chociaż niby to młodzieżówka. Jest świetnie przedstawiona sceneria i ciekawe postaci, magia i przedmioty magiczne - to wszystko w sumie było już wcześniej, ale tutaj jeszcze dodatkowo dramat, dojrzałe problemy i rozwiązania, śmierć kluczowej postaci, miłość pokazująca, że głównie postaci nie są skazane na samotność, no i nieoczekiwane rozwiązanie wywołująca zaskoczenie. Tak, nie mam żadnych problemów z tym tomem. Było świetnie. :)

Asia: Nawet nie wiesz jak się cieszę, że tak Ci się podobało! Ktoś, kto siedzi w fantasy i tak wysoko docenia Harry'ego Pottera... Miód na moje serce :D. Fakt, ten tom jest bardzo udany, dopracowany od początku do końca; jest tu wszystko. Tajemnice, zagadki, uczucie, emocje, śmierć i dramat, tak ma być! ;)

Kamil: No rzeczywiście, tej fantastyki to trochę już przyswoiłem, ale nawet jakbym chciał bardziej rygorystycznie oceniać to się nie da, bo to naprawdę świetny tom fantasy, któremu nie mam co zarzucić. :)

Asia: Ogromnie się z tego powodu cieszę! Taki był poniekąd mój zamiar; sprawić by Ci się Potter spodobał jak nie wiem co! ;)

Kamil: No to niedługo lecimy z ostatnim tomem i zakańczamy tę przygodę! I oby Snape tam się ten, ogarnął, no! ;)

*
Oceniamy

Kamil: 6/6
Asia: +5/6

Poprzednie recenzje z serii "Damsko - męskim okiem o..." dotyczące HP: