1.16.2017

Blue Monday, czyli (niby) depresyjnie słów kilka...

      Czytając w styczniowym kalendarzu "Niebieski poniedziałek", od razu pomyślałam o ciekawych zajęciach dla moich dzieciaków w przedszkolu; woda, szum fal, co to znaczy mieć coś w "morskim" kolorze, oczywiście Smerfy jako temat przewodni, prośba, by dzieci ubrały się w tym dniu na niebiesko, praca plastyczna oczywiście w niebieskich barwach... Sama piękność i cudowność wręcz! I dopiero, gdy później w radiach nawijają o "Blue Monday", przedstawionym w całkiem innych barwach, o tym, czym ten dzień tak naprawdę jest, zaczyna się biedna Asia zastanawiać, jak to wygląda... 

Tak, dopadła mnie lekka depresja melancholia, lecz głównie z innego powodu: jutro mam urodziny i fakt starzenia się jednak bywa dobijający... Zawsze robię bilans zysków i strat; kalkuluję, co dobrego udało mi się w tym roku (licząc od poprzednich urodzin) zrobić, co osiągnąć, jakich ludzi poznałam, czego doświadczyłam (i czego mnie te doświadczenia nauczyły), nad czym powinnam popracować, co zmienić, jakie wyzwania przed sobą postawić, co zrealizować, czemu się poświęcić. Nigdy nie jest łatwo, tym bardziej, że czasem są chwile, gdy naprawdę wiem, że mogłam zrobić coś lepiej, bardziej, więcej. Tym razem też tak będzie, postaram się, by ten rok wykorzystać w całości! ;)

Korzystając z okazji, iż niby Blue Monday, ale tak naprawdę robiąc urodzinowe postanowienia (w jakiś sposób bardzo motywujące) przedstawiam to, co wykluło się w mojej blond głowie.

1. Przeżyję każdy dzień bez stresu (przynajmniej będę się bardzo starać!)

Zauważyłam, że zaczynam stresować się najdrobniejszymi rzeczami; tak błahymi, że niektórzy po prostu głośno się z tego śmieją, uświadamiając mi, że zupełnie nie mam powodu, by AŻ tak się przejmować. To, czy pomyliłam godzinę w jednym wydarzeniu i na drugi dzień mogłam to z uśmiechem na twarzy odkręcić, to, że nie zabrałam książki do pracy, to, że nie zrobiłam czegoś, co spokojnie mogłam zrobić za kilka dni, naprawdę NIE JEST aż tak istotne, przy prawdziwych problemach, do których dopiero dorastam. Rzecz ta urosła do takiej rangi, iż od mojej ukochanej współpracownicy otrzymałam taki oto prezent:


Odbieram to jako konkretną sugestię, że powinnam coś z sobą zrobić i po prostu wrzucić na luz, gdyż szkoda życia na stres. Od tego robią się ponoć zmarszczki, odechciewa się życia, robi się automatycznie smutno i generalnie nie jest fajnie. Dlatego od dziś, od tegoż oto najbardziej ponoć przygnębiającego dnia w roku, postanawiam, iż będę najbardziej wychillowaną osobą na świecie ;)!

2. Przeczytam więcej książek (nie, to nie jest postanowienie noworoczne)

Nie, nie będę tracić czasu na głupoty i książki, które nic do mojego życia nie wniosą. Nigdy nie przerywałam książki w trakcie jej czytania; zawsze wmawiałam sobie, że choćby nie wiem co, ja MUSZĘ ją przeczytać, bo przecież ją rozpoczęłam... Od teraz koniec z tym. Gdy tylko dana lektura nie pociągnie mnie w żaden sposób, przyrzekam sobie z czystym sumieniem odłożyć ją na półkę/sprzedać/oddać. Szkoda czasu na... No właśnie, tracenie go w takiej formie. Przy okazji pochwalę się moją nową bluzą:


3. Zobaczę więcej! Czyli na pewno pojadę na wakacje.

Przez całą zimę (i generalnie każdy zimny miesiąc, czyt. gdy temperatura nie wynosi powyżej 25 stopni Celsjusza) dołuję się cieszę oglądaniem zdjęć z minionych wakacji; czy to z tych ostatnich, czy to z takich sprzed lat. Jeden warunek: musi być na tych zdjęciach ciepło i radośnie. Od razu mi serce rośnie, gdy pomyślę o tych wszystkich wspaniałych miejscach, które dane mi było zobaczyć, prawie cała Europa! Ilu ludzi poznać; ileż zwiedzić, zobaczyć coś innego niż cztery ściany domu. Sens podróżowania i odkrywania tego, co nieznane stanowi pewien rodzaj adrenaliny, którą chcę mieć w żyłach, po prostu. Dlatego uroczyście przysięgam, że w tym roku pojadę na wymarzone wakacje, wysmażę tyłek na piaszczystej plaży, wrócę znowu opalona jak czekolada i będę mieć ponownie co wspominać z uśmiechem na ustach! ;)



4. Więcej czasu spędzę z rodziną. Po prostu. Chyba po tym poznaję, że zaczynam dojrzewać do wydumanych wniosków. I wiecie co? Słusznie.

5. Zrobię ze sobą coś więcej: więcej dbania o swoje zdrowie, kondycję, umysł, i tak dalej. Wiecie o co chodzi; nie można zastygnąć z tyłkiem na kanapie, bo się do niej przyrośnie.

6. Będę się cieszyć z najdrobniejszych rzeczy.

I co z tego, że inni mają więcej; więcej możliwości, więcej pieniędzy, więcej spełnionych marzeń. Ja mam tyle, na ile sama sobie pozwalam, na jaką skalę są rozwinięte moje ograniczenia. A raczej ich brak! Uśmiech do przypadkowej osoby, dobry uczynek każdego dnia, bycie milszą (bo ponoć jestem straszną zołzą), serdeczność - będę się bardziej starać i cieszyć tym, co mam. Po prostu. Równoznaczne jest z tym hasło: mniej narzekania! Bo Polacy to ludzie narzekatory - a ja nie chcę taka być, nie zamierzam być postrzegana w ten sposób. Szukamy tylko i wyłącznie pozytywów! ;)

Tyle. 

Doceńcie ludzi wokół siebie i to, co macie, tak codziennie. Bo nic stałe nie jest, niestety. 

I niech ten Blue Monday kojarzy się tylko z przyjemnymi rzeczami! Polecam gorącą kąpiel w antystresowych olejkach (mój kolejny prezent od koleżanki), pyszne kakao, pełne 8h snu (od czasu do czasu). 

;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz