5.27.2017

"Za zamkniętymi drzwiami" B. A. Paris



Autor: B. A. Paris
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 304
Tłumaczenie: Janusz Ochab

"(...) nic nie pozbawia nas sił równie skutecznie jak strach".

Sensacja na rynku wydawniczym.
Światowy  bestseller.
Imponujący debiut.

Czy sięgniesz po książkę, słysząc o niej takie opinie? Czy zaufasz reklamie, mając gdzieś z tyłu głowy świadomość, że może być zupełnie odwrotnie? Że lektura może kompletnie nie przypaść Ci do gustu, a toczący się wokoło medialny szum wyda Ci się totalnie niezrozumiały? Od razu Ci odpowiem: pewnie, że sięgniesz. A wiesz dlaczego? Bo historie, opowiadające o tym, co dzieje się u sąsiadów w domu, zawsze cieszyły się ogromną popularnością. Po książkę sięgnęłam z zamiarem przeczytania dosłownie kilku rozdziałów przed pójściem spać. Srogo się przeliczyłam. Tej nocy już nie zasnęłam, a publikację pochłonęłam dosłownie z zapartym tchem.

Jack i Grace to niesamowicie udane małżeństwo. Nigdy się nie rozstają nawet na moment, doskonale się rozumieją, porozumiewają się bez słów; ich dom jest idealny, każde przyjęcie dla znajomych to niebiańska uczta, mająca ukazać zdolności pani domu. On jest szanowanym prawnikiem zajmującym się obroną skrzywdzonych kobiet,  ona to perfekcyjna pani domu, dbająca o każdy szczegół... Wszystkiego. Oboje ogromnie wyrozumiali - Grace zawsze rozumie późne powroty męża do domu, Jack nie może się doczekać przyjazdu niepełnosprawnej siostry Grace, by zapewnić jej należytą opiekę. No cóż... Skoro jest tak cudownie i kolorowo, to dlaczego Grace nigdy nie wychodzi sama z domu, zawsze chodzi z pustą torebką, nie posiada telefonu komórkowego ani adresu mailowego, a w każdym oknie zamontowane są kraty? Bo to, co pozorne, zawsze ma głębsze dno.

Uważam, że powyższa historia to gotowy pomysł na film. Ktoś może powiedzieć, iż podobnych historii powstało już sporo; w końcu nikt nie odkrył Ameryki motywem tłamszonej i terroryzowanej żony przez męża, gdzie pozorne szczęście jest tylko ułudą. Owszem, to nie pierwszy taki temat pojawiający się w literaturze czy filmie, jednak nie sposób odmówić autorce pewnych aspektów, które wyróżniają "Za zamkniętymi drzwiami" na tle innych takich historii. Po pierwsze: budowanie nastroju. Książka została podzielona na dwa segmenty: kiedyś i teraz. Pozwala to na głębsze poznanie relacji Jacka i Grace, od momentu ich pierwszego spotkania, do sytuacji teraźniejszej, gdzie są już małżeństwem. Muszę przyznać, że każde ostatnie zdanie danego rozdziału jest takie, iż niejednokrotnie przewracałam strony, by dowiedzieć się, co będzie dalej; niecierpliwość i nieustanne trzymanie w napięciu towarzyszą przy lekturze cały czas. Ciągle chcemy się dowiedzieć co będzie dalej, co dalej, i przede wszystkim: jaki będzie finał powieści. Co zatryumfuje? Tragizm czy sprawiedliwość? Po drugie: psychologia postaci. To niesamowite, jak różne oblicza może mieć jeden człowiek. Przewijający się sarkazm w osobie Jacka Angela (anioła!), prawnika broniącego praw maltretowanych kobiet - gdzie tak naprawdę zajmuje się kompletnie czymś innym, niszczeniem psychicznym swojej żony. Nie dajcie się zwieść pozorom: na początku Jack to mężczyzna idealny! Jak tu nie pokochać człowieka, który akceptuje fakt, iż jego przyszła żona ma chorą na zespół Downa siostrę, którą musi się zajmować do końca życia? Poślubiając Grace, poślubia również fakt, iż bierze wraz z nią na siebie odpowiedzialność za inną osobę, wyrzekając się pewnych spraw, gdyż opieka nad chorą kobietą wymaga poświęceń i zaangażowania. Nic nie jest jednak takie, jakim się wydaje, a wyjaśnienie postępowania mężczyzny po prostu wbija w fotel. Coś strasznego. Stopniowe odkrywanie kolejnych kart, to niekwestionowana zaleta tej książki. Nie sposób się od nie oderwać; po prostu nie można przestać jej czytać. Jak potoczą się dalej losy Grace? No właśnie. Po trzecie: piętrzące się uczucie klaustrofobii. W powieści czuje się wręcz strach Grace; jej drżenie rąk, kołatanie serca, przyspieszony puls. Zamknięty dom, zabezpieczony na wszelkie możliwe sposoby, brak możliwości jakiegokolwiek kontaktu ze światem, pusty pokój, gdzie nawet długopis mógłby okazać się szansą ucieczki czy jedyną bronią przed psychopatycznym oprawcą. Cztery ściany, które naciskają wciąż z każdej strony, tworzą niepokojące poczucie zamknięcia i lęku. Czytelnik ma wrażenie, iż z czytanej przez niego historii nie ma ucieczki; coś nas przytłacza, nie dając cienia szansy na odwrót.

"Nie mogłam pogodzić się z myślą, że jego uroda tak bardzo kontrastuje ze szpetotą jego duszy".

"Za zamkniętymi drzwiami" to opis brutalnej rzeczywistości, która może mieć miejsce nawet w naszym sąsiedztwie; należy mieć tylko oczy bardzo szeroko otwarte. Autorka wykreowała klimat, od którego naprawdę ciężko się uwolnić; mrok powieści wciąż pochłania i pochłania, nie dając możliwości na ucieczkę. Do samego końca trzyma w napięciu, zapierając dech w piersi w oczekiwaniu na finał. I jeśli nie siedzę na co dzień w podobnym gatunku, to muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem tej historii. I skoro to jest debiut... To aż boję się pomyśleć, z jakim hukiem na rynek wejdą kolejne książki tej pani. Nie mogę się doczekać.

Polecam bardzo.


Za książkę bardzo dziękuję księgarni TaniaKsiazka.pl, gdzie znajdziecie również inne publikacje z gatunku sensacji.

5.13.2017

"Przeznaczenie Violet i Luke'a" Jessica Sorensen



Autor: Jessica Sorensen
Tytuł: Przeznaczenie Violet i Luke'a
Seria/cykl: THE COINCIDENCE (tom 3)
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 368
Tłumaczenie: Ewa Helińska

"Rozdarta pomiędzy obawą, że i tak kogoś zranię, a ciągłym bólem w środku, postanowiłam przestać cokolwiek czuć. Wyłączę to. Zamknę. Sama wzbudzę w sobie obojętność. Z początku było trudno, zwłaszcza nocą, kiedy mój mózg upierał się, by wszystko pamiętać".

Mam ostatnio szczęście do dobrych książek; do lektur, które zostawiają moje serce w strzępach - rozdarte, potłuczone, połamane w drobny mak. Uwielbiam ten stan, gdy w momencie odłożenia książki na półkę mam chaos w głowie, mówiący: dlaczego to już koniec? Ja chcę więcej! Więcej i więcej. Nie wiem czym to idzie, chyba lubię rozklejać się nad papierem, aż za bardzo wczuwając się w role głównych bohaterów. Razem z nimi przeżywam, cierpię, przyjmuję zewnętrzne ciosy, ale i śmieję się, kibicuję postaciom, zastanawiam się, co ja bym uczyniła w danej sytuacji. Sięgając po publikację autorstwa pani Sorensen - miałam to szczęście, że wiedziałam, czego się spodziewać. W końcu to już trzecia część jednej z moich ulubionych młodzieżowych serii, która wyciska serducho jak cytrynę, nie patyczkując się z niczym. Jeśli chcesz się przy tej lekturze odprężyć - natychmiast ją odłóż. Lecz może oczekujesz tego, czego oczekuję ja biorąc emocjonalny rollercoaster do ręki: wrażeń, sprzecznych uczuć, wielkiego bum! spadającego na głowę z prędkością błyskawicy. I właśnie dla takiego odbiorcy jest pani Jessica Sorensen.

W pierwszych dwóch częściach serii bliżej poznaliśmy Callie i Kaydena; ich historię, przeszłość, która swoje odzwierciedlenie miała w teraźniejszości, ból i cierpienie, z jakim musieli się zmierzyć ci młodzi ludzie, wkraczający w dorosłość. W trzecim tomie cyklu "The Coincidence" akcja toczy się wokół Violet - współlokatorki Callie, i Luke'a - najlepszego przyjaciela Kaydena. Bohaterowie pozornie znani z "Przypadków Callie i Kaydena" oraz "Ocalenia Callie i Kaydena", tak naprawdę teraz mają okazję dojść do głosu, opowiadając swoją historię, jedyną i niepowtarzalną, która momentalnie chwyta za serce. Autorka wciąż udowadnia, że miejsce na podium dotyczącego gatunku New Adult/young adult jest niezaprzeczalnie jej. Violet i Luke to bowiem kolejna para pełna sprzeczności, brutalnych myśli, toksycznej i uzależniającej przeszłości wlokącej się wciąż za nimi, gdzie nic nie jest oczywiste i pewne. 

 "(...) ja nie chcę aby ani on, ani ktokolwiek inny mnie poznał. To strata czasu. W końcu i tak mnie zostawi. Jak wszyscy".

Akcja powieści, podobnie jak w poprzednich tomach, toczy się z dwóch punktów widzenia; poznajemy myśli samej Violet oraz Luke'a. I nie są to myśli czy odczucia przyjemne. Oj, do przyjemności w tej książce daleko. Przesycona jest za to bólem, cierpieniem, wciąż na nowo otwierającymi się ranami z przeszłości, ucieczką od tragicznych wspomnień, próbą zapomnienia o ogromie nieszczęścia, które ukształtowało dwójkę bohaterów. Każde z nich jest inne, jednak łączy ich jedno: emocjonalna obojętność, pod której fasadami pragną ukryć swoje prawdziwe oblicza. 

 O Violet wiemy (z poprzednich części), że jest panną lekkich obyczajów. Luke to natomiast swawolny chłoptaś, który oprócz bycia gwiazdą futbolu, uwielbia pić na umór i w amoku zaliczać kolejne dziewczyny, nie zważając na konsekwencje. Dopiero, gdy poznajemy bliżej owe postaci, możemy dojść do wniosku, jak niewiele trzeba, by rzucać fałszywe oskarżenia, jak łatwo łata raz przypięta może zranić do granic oraz że nigdy nie należy ufać pozorom. Violet skrywa tajemnicę; rany z dzieciństwa wciąż się nie zabliźniły, bolesne wspomnienia wciąż nawiedzają ją w snach, utrata najbliższych osób nadal ma swoje odbicie w podejmowanych przez dziewczynę decyzjach. Odrzucona, błąkająca się z kąta w kąt, nareszcie znajduje ukojenie w handlu narkotykami. Luke pragnie zapomnieć. Pragnie zapomnieć o toksycznej relacji z mamą, która wykańczała go psychicznie od najmłodszych lat. Pragnie zapomnieć o samobójczej śmierci siostry, o ojcu, którego nigdy nie było, o negatywnych uczuciach, które w nim wzbierają. Gdy spotyka Violet, jeszcze się nie spodziewa, że to zderzenie z górą lodową, mające nieodwracalne skutki. Czy MIŁOŚĆ zawsze musi być piękna i czysta? Niekoniecznie. Uczucie to może być przepełnione bólem, rozterkami przy podejmowaniu decyzji, toksycznością, spod kontroli której bardzo ciężko się uwolnić, brudem postępowania. MIŁOŚĆ to nierzadko brak hamulców, żałowanie podjętych postanowień, nieustanna walka serca z rozumem, pożądanie, docieranie do kolejnych granic. Relacja Violet i Luke'a to ciągła sprzeczność, przyciąganie się i odpychanie dwóch na pozór tak różnych biegunów, rozstania i powroty, wspólne dzielenie bólu, odnajdywanie ukojenia w podobnym widzeniu świata, pocieszanie, iż "jutro będzie lepiej". Violet i Luke to okaleczone przez życie jednostki, które wcześniej wpuszczone w dorosłość, muszą sobie z nią jakoś radzić. Wydawać się może, że książek o podobnej tematyce jest wiele, jednak nie sposób odmówić autorce wyjątkowości przedstawiania zdarzeń i unikalnego kreowania bohaterów. Są oni bowiem tak wyraźni, tak ludzcy, tak pełni bólu, że aż nie sposób tego wyrazić. Ich historia ściska serce, porusza najczulsze struny uczuć. Nieobcy jest im sarkazm, ironia, cyniczna ucieczka od świata, który tylko ich rani, jedyne wyjście znajdują w obojętności, która staje się ich drugim "ja". 

Jak wiele jest w stanie znieść człowiek, byleby tylko uwolnić się od traumatycznej przeszłości, która codziennie zatruwa mu życie? W jaki poziom stagnacji można popaść, żeby tylko nie czuć nic, co mogłoby wprowadzić jakąkolwiek zmianę? Jak nisko można upaść, by chwycić wyciągniętą dłoń, która wyciągnie na powierzchnię? Jak dużo można wybaczyć najbliższej osobie? Jak zapomnieć o ogromnej krzywdzie, której się doświadczyło? Jak ponownie zaufać bez lęku, że ponownie się zostanie zranionym? I czy czas na pewno leczy rany? No właśnie. 

Niektórzy powiedzą, że ta książka jest przesadzona, że autorka wyzbierała wszelkie nieszczęścia świata i włożyła je w karty swoich powieści. Ja uważam, że takie historie są potrzebne; nigdy nie wiemy, co kryje się w środku drugiego człowieka, co przeżył, z jakimi wspomnieniami musi się zmagać, co spędza mu sen z powiek, ile wycierpiał, by znaleźć się w danym miejscu. Nie należy oceniać nikogo po pozorach, bo te lubią mylić i wprowadzać w krzywdzący błąd. Moje serce niezaprzeczalnie należy do pani Sorensen, nie mogę się doczekać sięgnięcia po kolejną część z serii, i choć wiem, że będę się zbierać po lekturze z części, na jakie mnie połamie, to warto. Polecam całą sobą. 


 *

Jak możecie zauważyć, na blogu pojawiły się drobne zmiany w pisaniu recenzji - przestałam oceniać. Uznałam, że nigdy nie byłoby to sprawiedliwe, porównywanie gatunków nie wychodzi mi na dobre. Po prostu będę polecać lub nie daną książkę. I wciąż zapewniam, że czytam Wasze blogi, mimo, że nie zawsze się na nich udzielam. 

:) 

5.03.2017

Damsko - męskim okiem o: "Harry Potter i Zakon Feniksa" J. K. Rowling [WSPÓLNIE]



Autor: J. K. Rowling
Tytuł: Harry Potter i Zakon Feniksa
Seria/cykl: Harry Potter (tom 5)
Wydawnictwo: Media Rodzina
Ilość stron: 959
Tłumaczenie: Andrzej Polkowski

No to nadszedł czas na piątą już część przygód młodego czarodzieja! Nie ukrywam, że jest to mój jeden z ulubionych, ale i najbardziej smutny (osobiście, z powodu jednego bohatera) tom serii. Ponownie wraz z Ciachem ze Świata Bibliofila zasiedliśmy do rozebrania powyższej książki na czynniki pierwsze. Jak nam wyszło tym razem? Zapraszamy! :)

Dla przypomnienia: dla mnie jest to już kolejne spotkanie z przygodami uczniów Hogwartu, Kamil natomiast czyni to po raz pierwszy. 

ZARYS FABUŁY

Przed nami piąty już rok nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa. Po finalnych wydarzeniach z poprzedniej części ("Harry Potter i Czara Ognia") możemy się spodziewać, iż sielankowa aura towarzysząca bohaterom - zdecydowanie się skończyła. Lord Voldemort powraca; Harry dzielnie stawia mu czoła na starym cmentarzysku, patrzy jednak z przerażeniem na śmierć Cedrika Diggory'ego. Chłopiec, Który Przeżył pragnie ostrzec cały czarodziejski świat przed niebezpieczeństwem, jednak wciąż natrafia na przeszkody. Ministerstwo Magii mu nie wierzy, w szkole pojawia się Umbridge - nowa nauczycielka obrony przed czarną magią, która nie cierpi "opowiadać kłamstw", sam Harry zaczyna miewać dziwne sny, a Dumbledore się do niego nie odzywa. Dlaczego? Co stoi za niepokojącym zachowaniem dyrektora? Dlaczego Snape zaczyna odgrywać coraz większą rolę w procesie nauki Pottera? Komu wierzyć? Jedno jest pewne: w tym tomie się dzieje. Żarty się skończyły. 

OGÓLNE WRAŻENIE:

Asia: Kurczę, mam straszną słabość do tej części. Przeczytałam ją (pomimo jej zdecydowanie największej objętości!) podobnie jak "Harry'ego Pottera i Więźnia Azkabanu" najwięcej razy, zawsze jakoś do niej powracałam. Podoba mi się mnogość wątków, powolne dochodzenie do odkrycia coraz to nowszych tajemnic, wprowadzenie większych ilości scen humorystycznych, ale i tych (pewnie dla ogólnej równowagi) bardziej mrocznych, niebezpiecznych. Lubię nowe postaci; wywołują we mnie szereg uczuć, od niesamowitej sympatii po ogromną złość i chęć rzucania czymś po ścianach (ale o tym później), wplatanie przeszłości w teraźniejszość, coraz bardziej widoczną dojrzałość bohaterów: nie mamy tu już do czynienia z dzieciakami, w żadnym wypadku!

Kamil: Niestety, ale obawiam się, że możesz mnie zacząć mniej lubić po tej rozmowie, bo nie podzielam Twojej pozytywnej opinii dotyczącej tej książki. Ogólnie to początek był interesujący, jakieś 100 - 150 stron, potem przez sześćset stron było bardzo średnie pitu-pitu, i na koniec, jakoś od 700-setnej coś się zaczęło dziać. Ten początek i koniec bardzo dobre, ale środek słaby, bo raz - nudno i mi się autentycznie oko przymykało, dwa - czytałem to jak jakieś zombie bez uczuć, którego w ogóle nie interesuje, co się tam dzieje, a tak być nie powinno. Uważam, że jest to najbardziej przegadany tom HP i jedno z najbardziej przegadanych fantasy ogółem, jakie czytałem. Dzieje się tyle "ciekawego" w tym tomie, że po wycięciu można by to upchać w książkę o połowę krótszą (nie przesadzam ani trochę), co wyszło by jej na zdrowie. A tak moim zdaniem jest to co najwyżej dobra powieść i oceniając wyżej, nawet przez wgląd na poprzednie dwie bardzo dobre części, wyrządziłbym ogromną krzywdę fantasy autorów, których czytałem w ostatnim czasie, jak Sanderson, Ambercrombie czy Wegner, których książki biją na głowę ten tom. Naprawdę nie rozumiem zachwytu nad "Zakonem Feniksa", gdy patrzę na lubimyczytać.pl, gdzie przy ponad 40-tysiącach (sic!) głosów ocenę ma 8,13, a poprzedni, znacznie lepszy tom ma 8,08... Jaki cudem - ja się pytam?

Asia: Hoho! Po pierwsze, to nie zacznę Cię mniej lubić! Pomimo mojego uwielbienia dla całej sagi o Harrym Potterze, naprawdę bardzo szanuję i doceniam każde zdanie na ten temat, nawet jeśli jest skrajnie inne od mojego ;). W sumie to nawet chyba się cieszę, że możemy się chwilę serio powykłócać. Rozumiem Twoje zdenerwowanie "przegadaniem" tej książki, z tym mogę się zgodzić, jest dużo, długo, ale konkrety dopiero wychodzą pod koniec.  Nie mam porównania do innych fantasy, może dlatego stąd taka moja opinia a nie inna ;).

Kamil: Być może i tak. Ale też inaczej ocenia się każde kolejne tomy cyklu, który już na początku zaczęło się uwielbiać, dlatego z większym przymrużeniem oka patrzy się na niektóre niedoskonałości niż w przypadku osób, które patrzą bardziej obiektywnie i na chłodno. Ale tutaj w zasadzie nie trzeba przyrównywać tego tomu z innymi fantasy, a wystarczy z poprzednimi bardzo dobrymi częściami. "Więzień Azkabanu" był świetny i na ten moment to moja ulubiona część, bo miała mnóstwo wydarzeń, ciekawych postaci i nie było nic przegadania. "Czara ognia" miała już więcej stron, więc momentami zaczęły się robić dłużyzny, ale były to naprawdę bardzo krótkie momenty, na które nawet się nie zwracało uwagi, bo ten turniej i wydarzenia z Voldemortem pochłaniały uwagę, wobec czego było bardzo dobrze. W tej części jednak więcej było niepotrzebnego lania wody, które nic nie wnosiło, a przysłaniało całkiem ciekawą historię, która była by pewnie również bardzo dobra ogółem, gdyby te kilkaset wyciąć. Ale powiem Ci jedno. Po zakończeniu książki, jeszcze zanim zaczęliśmy pisać, zobaczyłem sobie ekranizację i ta już podobało mi się bardzo. Dlaczego? Bo była właśnie takiej długości. Związany z tym jest jednak pewien paradoks, bo najdłuższa część HP ma najkrótszą czasowo ekranizację. Ale zawiera to co trzeba, bez zbędnych dłużyzn i dobrze się bawiłem, więc tutaj mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że film przegonił książkę. :)

Asia: No i sam widzisz! Film jest bardzo dobry, zwłaszcza również dzięki świetnej obsadzie. Aktorka grająca Umbridge (coś wspaniałego!) + Helena Bonham Carter w roli Bellatriks! :)

Kamil: To prawda, aktora bardzo dobrze odegrała rolę irytującej Umbride. Ciekawe czy jeszcze się kiedyś pojawi w tej historii. :)

NAJCIEKAWSZA SCENA:

Asia: Zdecydowanie ten fragment, gdzie bliźniacy uciekają z Hogwartu! W ogóle w tym tomie jest ich zdecydowanie więcej; zaczynają swoją przygodę z dowcipnym sklepem, wymyślają te nowe wynalazki, sypią żartami jak z rękawa, odczuwa się do nich jeszcze więcej sympatii niż zwykle! A motyw dokuczania starej nietoperzycy Umbridge jest wprost bezcenny, śmiałam się w głos ;).

Kamil: Fred i George to dwa łobuziaki i pozytywny akcent tego cyklu, wnoszący nieco pozytywnego humoru, ale w tym tomie mnie akurat nie rozbawili. Oczarowały mnie natomiast sceny z testralami (stworzenia przypominające konie ze skrzydłami). Czarne konie żywiące się mięsem, które widzą tylko nieliczni zrobiły na mnie wrażenie i nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, jak twórcy filmu ukazali je na ekranie. Pierwsza scena, kiedy Harry i Luna widzą testrala była magiczna i niepokojąca, dlatego zapamiętam ją na długo. Bardzo podobała mi się również wyprawa do strasznego lasu i walka centaurów z Graupem.

Asia: No coś Ty, nie rozbawiły Cię próby wykorzystywania Krwotoczków Truskawkowych czy Omdlejek Pomarańczowych? :D
  
Kamil: No tak średnio właśnie. Gdzieś tam mi się uśmiech pojawił na twarzy, ale więcej go było w poprzednich dwóch częściach. :)

NAJLEPSZA I NAJGORSZA POSTAĆ Z KSIĄŻKI:

Asia: Według mnie tutaj jest to niedoceniana przez wielu (przeze mnie również) w poprzednich tomach Minerva McGonagall. Nie wiem, zawsze była surowa, ale i szlachetna, jednak w tej części zdecydowanie wysunęła się bardziej na pierwszy plan. Jej inteligentny sabotaż Umbridge, świetne teksty w stronę uczniów i innych nauczycieli... Nieocenione! Chciałabym kiedyś trafić na taką osobę i porozmawiać sobie z nią twarzą w twarz. Dowaliłam nie? Tego się nie spodziewałeś? :D

Co do najgorszej postaci to wytypowałam aż dwie. Oprócz oczywistej Dolores Umbridge, starej ropuchy, wrednego nietoperza, małpy jakich mało, mściwej i okrutnej... Ach, zaraz braknie mi określeń! No więc, oprócz niej, dorzucam do tego wąskiego grona samego Ministra Magii - Korneliusza Knota. Prostak jakich mało. Drżący o swoją ciepłą posadkę, zazdrosny o poczciwego Dumbledore'a, z żenującym poczuciem humoru (w co tak zapatrzony był Percy Weasley - swoją drogą, też mnie denerwował jak mało kto). Dobrze, że dostał po nosie, bo bym chyba nie przeżyła jawnej niesprawiedliwości na łamach książki.

Kamil: Hehehe, dowaliłaś, to prawda. Ja jednak za najlepszą uważam - i tu Cię chyba zaskoczę - Severusa Snape'a. Tak jest! Autorka bardzo zręcznie kreuje tą postać od początku tomu tworząc wokół niej aurę postaci mrocznej, niepogodnej, negatywnej i bardzo tajemniczej, która skrywa w sobie coś ponad to, co widać od razu. Trzeba się trochę przyjrzeć i czytać między wierszami - a i sama autorka też już pod koniec tego tomu wyraźnie na to wskazuje - że jednak nie jest to aż tak zła postać, jak mogłoby się wydawać. Tym bardziej że akurat w tym tomie poznajemy Snape'a zdecydowanie lepiej i jest nawet moment, kiedy mu można współczuć, jak poznajemy jego niemiłe przygody w dzieciństwie z Jamesem i Syriuszem.

Najgorsze też bym wyznaczył dwie. Z jedną się zgadzamy i jest to - Dolores Umbridge. Szalenie irytująca, denerwująca, jadowita i przyprawiająca o wrzenie krwi kobieta. Rowling wykreowała kapitalną postać, która wywołuje mnóstwo emocji i według mnie jest gorsza od samego Voldemorta, którego w tym tomie jak kot napłakał. Druga postać to... Harry. Sorry, ale ten chłopak wcale dla mnie nie dojrzał, tylko się zatrzymał w miejscu i jest tak infantylny i zachowujący się jakby wszystko się kręciło wokół niego, że nerwy mnie brały jak zaczął się odzywać. Zwłaszcza, że w poprzednim tomie wydawał się już bardziej dorosły. Raz jest dorosły, raz jest dziecinny. Trochę niezrozumiała jest dla mnie ta nierównowaga. To już Ron jest dla mnie lepszą postacią, bo ten przynajmniej od początku jest tchórzliwy i wcale się z tym nie kryje. 

Asia: Nie, nie zaskoczyłeś mnie Snapem. Przez pryzmat kolejnych dwóch części sama zaczynam widzieć jego postać dużo wyraźniej, zresztą sam zobaczysz, zwłaszcza w finalnym tomie. I tak, też zrobiło mi się go szkoda po tym, jak dokuczali mu James z Syriuszem. Podobało mi się to, że postać Jamesa przestała być w końcu "sakralizowana"; że okazało się, iż wcale nie był taką kryształową i wspaniałą osobą, bohaterem, za jakiego miał go Harry. Co do Snape'a jeszcze - jest to tak zręcznie wykreowana postać, że aż sam będziesz chciał wrócić do poprzednich tomów, bo w 7 części okazuje się tak wiele... Tak dużo... Że wraca się, żeby zobaczyć, jak wiele istotnych faktów się pominęło przy czytaniu każdej książki ;). Jeśli chodzi o Pottera, to tak! Jak mogłam go pominąć ;D. On jest tak irytujący i denerwujący, że szok. Dziecinny, roszczący sobie pretensje o wszyyystko, wydaje mu się, że jest nie wiadomo kim, wkurzony bo nie dostał plakietki prefekta. No ludzie! Faktycznie, ma 15 lat a dojrzalszy wydawał się w pierwszym tomie. 

Kamil: Powiem Ci, że z tym Snapem to ja w ogóle sobie myślę, że więcej go (Harry'ego) łączy niż ze swoim ojcem. Trochę to może być dziwne, ale zauważ, że oboje byli od dziecka poszkodowani, porzuceni, pokrzywdzeni, wyszydzani przez rówieśników. Tylko że Snape postanowił zostać takim odludkiem, ponurakiem i człowiekiem złudnie ukazującym się jako ten zły, w przeciwieństwie do Pottera, który jednak poszedł w inną stronę. Kurdę, nie pomyślałem o tym wcześniej, dopiero teraz, jak zaczęliśmy rozmawiać. :D 

Asia: Oj oj oj, nie napalaj się tak, Snape nie jest ojcem Harry'ego! Chociaż... W sumie... Jak tak teraz sobie myślę, to... Mógłby nim być, kurczę, to by było coś! ;D
  
Kamil: Hehe, no właśnie. Ale na razie to zostawmy i dotrwajmy do końca, tym bardziej że Ty już wiesz co tam czyha za kurtyną. :)

PLUSY I MINUSY:

Asia: Plusów jest zdecydowanie więcej niż w jakiejkolwiek innej części! Mówię tu o nowych postaciach: Firenzo, Graup, testrale (żadnego zwierzęcia nie lubiłam w tej magicznej serii jak właśnie te konie), o całym temacie przewodnim - Zakonie Feniksa i jego kwaterze głównej, o dziwnych snach Harry'ego, no i w ogóle! Pani Rowling i jej głowa pełna pomysłów za każdym razem mnie zadziwia! :) 

Minusy? Hmm... Chyba najmniej podobał mi się wątek lekcji Snape'a z oklumencji... Nie wiem, jakoś to do mnie totalnie nie dotarło.

Kamil:

+ testrale (w fantasy najbardziej uwielbiam kreacje świata i nowych gatunków, więc te koniki mnie po prostu oczarowały)
+ postaci Dolores Umbride, Luna Lovegood, i Severus Snape (pierwsza - bo powoduje, że chce się ją trzasnąć w głowę, druga - bo lubię takie zakręcone wariatki, trzecia - bo pokazuje że można wykreować postać jednocześnie dobrą i złą, zachowując odpowiedni balans)

- zbyt dużo stron (o jakieś 500...)
- dupowaty i denerwujący Potter
- niewiele ciekawych scen w porównaniu do poprzednich tom względem stron
- zbyt mało "groźnego" Voldemorta, którego więcej jest duchem niż ciałem a scena walki z jego wykonaniem nadaje się raptem na 10 minut pokazania na ekranie, a będzie trwać pewnie z 5 razy tyle...

Asia: Jakbyś zgadł z tym filmem... :D 

Kamil: Ale tak jak wspomniałem, bardziej mi się on podobał niż książka, więc było okej. :)

ULUBIONE CYTATY:
Asia:
"Obojętność i lekceważenie często wyrządzają więcej krzywdy niż jawna niechęć".
"(...) myśli mogą pozostawić głębsze ślady niż cokolwiek innego".
Kamil: U mnie jak zwykle Dumbledore:
"(...) cierpienie dowodzi, że wciąż jesteś człowiekiem. Taki ból jest częścią człowieczeństwa".
PODSUMOWANIE: 

Asia: Lubię tę część pomimo jej (dla mnie) druzgocącego finału. Nacieszyłam się moją ulubioną postacią zaledwie trzy tomy, i nigdy nie mogłam pogodzić się z myślą, iż jej więcej nie zobaczę. Nie ma co kryć, trup w kolejnych częściach ściele się gęściej, Rowling uśmierca innych głównych bohaterów, jednak to właśnie śmierć Syriusza (nie spojleruję, chyba wszyscy wiedzą, że ta postać ginie) wywarła na mnie najsmutniejsze wrażenie. Wiele się dzieje, ten tom jest stuprocentowym przykładem książki "przygodowej". Nie da się jednak ukryć, iż robi się poważniej, ciemniej, mroczniej, bardziej tajemniczo. 

Kamil: Ja spodziewałem się, że poziom z poprzednich części - 3 i 4 - będzie zachowany albo że nawet będzie lepiej, ale niestety nie było. Plusem było to zwieńczenie książki, garstki pojedynczych scen i postaci Luny, Dolores i Severusa, a cała reszta niestety szału nie robiła, więc nudą wiało zbyt często. Na szczęście czytało się całkiem szybko i sprawnie. Oby tom 6 był ciekawszy, wierzę, że będzie, skoro piszesz o większej liczbie śmierci (ta Syriusza jakoś mnie specjalnie nie ruszyła, może przez to że byłem znudzony poprzednimi wydarzeniami) bo szykuje się kolejne kilkaset stron do przeczytania...

Asia: Aż się boję, co powiesz, jak dowiesz się kto ginie w 6 części... 

Kamil: Wiesz co, ja w sumie chyba domyślam się kto zginie. Hagrid i/lub Dumbledore. Ale największym hardkorem byłaby śmierć Hermiony lub Rona, nie chciałbym tego, ale podziw do autorki i uznanie do cyklu na pewno p czymś takim by we mnie wzrosły. 

Asia: Nie powiem Ci nic więcej, ale łezka się w oku kręci.  

Kamil: W takim razie nie mogę się doczekać, bo wydaje się, że będzie nieźle. :)

OCENIAMY:

Asia: 5/6
Kamil: 4/6
 *

Dzięki Kamil za kolejny wspólny raz i mam nadzieję, iż niedługo pojawi się w tym naszym wydaniu kolejna potterowska część :)!