12.23.2017

"Na gigancie" Peter May



Autor: Peter May
Tytuł: Na gigancie
W oryginale: Runaway
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 400
Tłumaczenie: Jan Kabat
Rok wydania: 2017

     
     Uwielbiam książki, które mnie zaskakują. Gdy spodziewam się czegoś trochę innego, a jest... Ciekawiej. Inaczej. Lepiej. Gdy mam do lektury kilka podejść; wciąż ją odkładam, by znowu wrócić i za chwilę odłożyć. A potem... A potem przepadam bez reszty. I tak właśnie było w tym przypadku. "Na gigancie" jest dla mnie prawdziwym gigantem!

     Od razu uderzają w Czytelnika dwie płaszczyzny czasowe. Rok 2015 i 1965. Jack Mackay to główny bohater opowieści i to z jego relacji wnioskujemy o całej historii. Obecnej i tej... Która wydarzyła się pięćdziesiąt lat wcześniej. 

Czym jest młodość? 

Buntem, naiwnością, nadzieją, gwałtownie podejmowanymi decyzjami, energią, planami i wzniosłymi marzeniami, zamiarem odniesienia sukcesu na każdej płaszczyźnie życia. Młodość rządzi się swoimi prawami; nie zawsze wtedy myśli się racjonalnie, emocje zwykle biorą górę, a konsekwencje wyborów nierzadko mają wpływ na szeroko pojmowaną przyszłość. 

Czym jest starość?

Rozrachunkiem z przeszłością, (czasem) bolesnym patrzeniem w lustro, docenieniem dobrze podjętych decyzji lub potępienie tych złych, nauką, doświadczeniem, godzeniem się z przeszłością i pogodnym przyjmowaniem tego, co przyniesie los. Starość również ma swoje prawa, do których należy się po prostu dostosować.

Jack Mackay ma siedemnaście lat, mieszka w Glasgow, jego marzeniem jest scena; chłopak gra, śpiewa, chciałby założyć zespół i koncertować po całym świecie. Wraz z czwórką kolegów ucieka z domu, by w porywie młodzieńczego szaleństwa dopiąć swego. Pakują do samochodu cały sprzęt i... Wyruszają na podbój Anglii. Przepełniają ich wielkie nadzieje, pragnienia, ogromne cele do zrealizowania. Wierzą, że ktoś w końcu się na nich pozna i pomoże w drodze na muzyczny szczyt. Jednak jak mawiają, najboleśniej spada się z wysokiego konia i Jack razem z przyjaciółmi niestety będzie miał okazję się o tym przekonać. Świat bowiem nie jest takim, jakim się wydaje; wciąż rzuca kłody pod nogi i trzeba mieć ogrom samozaparcia, by sięgnąć po swoje. Potrzebna jest też duża ilość szczęścia, bo odnaleźć swoje miejsce w wielkim świecie... Nie jest łatwo. Jack zaczyna rozumieć, że ludzie nie zawsze są uczciwi, pieniądze jednak stanowią pewną korzyść, a do osiągnięcia sukcesu czasem sam talent nie wystarczy. Podczas przygody w Anglii wydarza się również coś, co przez lata nie daje o sobie zapomnieć...

Mija pięćdziesiąt lat. Jack jest schorowanym mężczyzną po przejściach, mieszkającym w domu opieki. Z czwórki dawnych przyjaciół została mu tylko dwójka, również doświadczonych życiem. Jeden z nich niespodziewanie wraca do wydarzeń sprzed lat; chce wrócić do Anglii śladem dawnej historii, by zamknąć ją do końca. Podróż przyjaciół rozpoczyna się zatem na nowo. A finał jest nadzwyczaj niespodziewany...

"Na gigancie" to moje pierwsze spotkanie z autorem. Słyszałam wiele dobrych opinii o cyklu "Wyspa Lewis", jednak do tej pory nie miałam okazji sięgnąć po jego twórczość. Ponoć "Wyspa..." jest dużo lepsza od opisywanej dziś przeze mnie książki. Nie wiem, bo nie mam porównania, jednak... Styl pana May'a bardzo mi odpowiada. Jest przejrzysty, wyraźny i dokładny; fakt, może stosuje on sporo opisów, jednak cała historia była dla mnie wręcz fotograficzna. I tak jak wcześniej wspomniałam, do samego czytania tej książki miałam kilka podejść. Mimo mocnego prologu - nie porwała mnie. Na przemian odkładałam ją, by później znowu przeczytać dosłownie jeden rozdział. Dopiero w kilkudziesięciu stronach zaufałam mocniej i... Pochłonęłam tę historię całościowo. Totalne zaskoczenie. Bardzo pozytywne. Nie wiem, które momenty podobały mi się bardziej; czy te z roku 1965, czy te obecne, których akcja działa się w roku 2015. Obydwie przestrzenie były ciekawe, intrygujące, trzymające w napięciu, a zbliżanie się do rozwikłania zagadki sprzed lat było przysłowiową kroplą drążącą skałę. Może nie jest to thriller, przez który nie można spać w nocy, jednak jest to dobrze spisana historia, w której nic nie jest oczywiste. Są ludzie młodzi, pełni ideałów, przepełnieni chęcią przenoszenia gór. Później ci sami ludzie muszą mierzyć się ze starością, która nie jest dla nich łaskawa. A najbardziej bolesnym wydaje się zmierzenie z samym sprzed kilkudziesięciu lat...

Autor stosuje wiele aluzji, przenikliwych analiz ludzkiego zachowania w kryzysowych sytuacjach; przez słowa przebija się wyraźny apel do dawania drugiej szansy, nieszufladkowania osób ze względu na ich wiek. "Na gigancie" to książka o dojrzewaniu, niespełnionych ideałach, dążeniu do perfekcji, która tak naprawdę nie istnieje. To opowieść o tym, że czasem źle podjęte decyzje mają swój finał w przyszłości, a sekrety skrywane przez lata prędzej czy później zawsze wyjdą na jaw. Życie w kręgu tajemnic bywa trudne, a nierozwiązane sprawy nie przysparzają chwały. To zestawienie młodości i starości, które przenikają się wzajemnie; wycieczka w ich głąb. Peter May osiągnął swój cel; napisał dobrą, trzymającą w napięciu książkę, której zakończenie zaskakuje. I zmusza do refleksji.

Polecam. Ja dałam tej lekturze szansę i nie żałuję. Wręcz przeciwnie. Niedługo sięgnę po kolejne książki autora!

Za książkę dziękuję Księgarni TaniaKsiążka! :)

12.14.2017

"Początek" Dan Brown



Autor: Dan Brown
Tytuł: Początek
W oryginale: Origin
Seria/cykl: Robert Langdon (tom 5)
Wydawnictwo: Sonia Draga
Ilość stron: 576
Tłumaczenie: Paweł Cichawa
Rok wydania: 2017

"Otóż życie jest wyjątkowo skutecznym sposobem na rozproszenia energii".

Odkąd tylko usłyszałam, że Dan Brown napisał kolejną książkę o przygodach Roberta Langdona - specjalisty od symboli i ukrytych znaczeń - wprost nie mogłam się doczekać lektury. Moja historia z autorem rozpoczęła się wprawdzie nie w odpowiedniej kolejności, bowiem od "Zaginionego symbolu" i dopiero później wkroczyła na właściwe tory, jednak zapałałam do niego natychmiastową sympatią. Lekkie pióro, charakterystyczny styl, mała objętość rozdziałów, przez co każdą jego książkę czyta się niemożliwie szybko; mnóstwo informacji dotyczących sfer życia, o których czasami nie ma się pojęcia, doskonale przeprowadzony research, malowniczość opisywanych miejsc, dzięki czemu ma się wrażenie przebywania w przedstawianych miastach, fotograficzna wręcz dokładność, klarowność, efekt nieustannego napięcia towarzyszący lekturze, wrażenie szeregu emocji występujących w trakcie czytania. Brown to pewna marka; gdy tylko widzimy jego nazwisko, od razu wiem, że książka z miejsca osiągnie wszelkie rekordy popularności, będzie się sprzedawała w milionach egzemplarzy, a liczba fanów autora wciąż będzie wzrastać. Nic dziwnego. Zasłużył sobie na to. Seria o Robercie Langdonie to bestseller cały czas utrzymujący się na szczycie.

"Początek" to piąta część przygód profesora z Harvardu, który tym razem musi zmierzyć się z mocami... Nauki. Słodkiej i doskonałej.

Robert Langdon jest zaskoczony, gdy dostaje zaproszenie na wystąpienie naukowe swojego byłego studenta - Edmonda Kirscha. Zdumienie jest tym większe, gdy okazuje się, że owo przemówienie będzie rejestrowane internetowo, na żywo prosto z Muzeum Guggenheima w hiszpańskim Bilbao. Kirschowi bardzo zależy na obecności profesora, gdyż, jak twierdzi, dzięki niemu doszedł do miejsca, w którym znajduje się teraz. Przedmiotem wystąpienia ma być szokujące odkrycie naukowe, które, według Edmonda ma zachwiać wszelkimi religijnymi filarami. Każda wiara, każda religijna nauka ma upaść, gdyż w wątpliwość poddane zostają dwa najważniejsze pytania ludzkości:

"Skąd przybyliśmy?"
"Dokąd zmierzamy?"

Sam Kirsch porównuje swoje dokonanie do odkrycia Kopernika; wie, że wstrząśnie ono całym światem, powodując lawinę dyskusji, domysłów, być może paniki. Zdaje sobie sprawę, że z naczelnego futurysty i genialnego informatyka może stać się nagle wariatem, który pragnie za wszelką cenę udowodnić swoje racje. Edmond jest jednak tak podekscytowany swoim odkryciem, iż nie cofnie się przed niczym, by je upublicznić. Całe swoje życie poświęcił na badania; wydał miliony na rozwój swoich wynalazków, m.in. sztucznej inteligencji, w której widział przyszłość ludzkości. Mężczyzna zaprasza najsławniejszych swoich znajomych, w tym Langdona, do Hiszpanii, gdzie przy pomocy swojej przyjaciółki i dyrektorki muzeum w jednym - chce pokazać wstrząsający wynik swoich badań. Wynik, który raz na zawsze zmieni ludzkie światopoglądy.

Jest jednak ktoś, komu bardzo zależy na tym, by odkrycie pozostało nieujawnione. Ktoś, kto zrobi WSZYSTKO, by tego dokonać...

Rozpoczyna się wyścig z czasem; skrywane tajemnice powoli zaczynają wychodzić na jaw, pozory coraz bardziej zaczynają mylić, nic nie jest takim, jakim się wydaje. Robert Langdon musi natychmiastowo podjąć decyzję, by rozwikłać ciążącą zagadkę. W jej rozwiązaniu pomaga mu przyjaciółka Edmonda - piękna Ambra Vidal, która, jak się okazuje, jest również narzeczoną księcia Hiszpanii...

Jeśli chodzi o sposób pisarstwa Browna - nie ma tu nic nowego. Utarty schemat, który porwał tłumy Czytelników. Langdon, towarzysząca mu piękna kobieta, ucieczka, sekrety, intrygi, konflikty, osobiste porachunki, "wyższe dobro", religia, miasto europejskie, które Czytelnik poznaje wręcz namacalnie, jakby spacerował sobie jego ulicami, mnogość wątków, które niebezpiecznie łączą się w całość... Tym razem jednak autor skupia się głównie na kwestii nauki, pod każdym względem; komputerów, wyższych technologii i ich rozwoju, robotyki, maszyn, które kiedyś zastąpią ludzi. Jest tu mnóstwo nowoczesnego żargonu, symboliki, na terenie których swobodnie będą się poruszać maniacy nowinek technicznych i technologicznych. To trochę inny Dan Brown niż do tej pory. Nie wiem, czy to kwestia tematu, jednak ta powieść niestety mnie nie porwała. Uwielbiam jednakowo cztery poprzednie z cyklu o Robercie Langdonie, ale ta... Ma coś w sobie, co nie kradnie tak uwagi i zainteresowania jak "Kod Leonarda da Vinci", "Anioły i demony", Zaginiony symbol" czy "Inferno". Te pochłaniałam w maksymalnie dwa dni, "Początek" zajął mi ponad dwa tygodnie. Główny bohater nie zachwycał; to już nie to samo, co dawniej. Brakuje mu energii, rześkości, werwy, w końcu ma już ponad pięćdziesiąt lat. Był... Bezbarwny. Ale nie tylko on. Żadna z postaci nie zaintrygowała mnie na dłużej; z żadną nie umiałam się utożsamić, nikomu nie kibicowała, nikogo nie potępiałam. Momentami lektura była wręcz nudna; przygniotły mnie skomplikowane opisy superkomputerów, sama intryga nie była tak wciągająca, zakończenie przewidywalne, a i tak na swój sposób rozczarowujące. Odnoszę dziwne wrażenie, iż autor po prostu "odgrzał" to, czym zaskarbił sobie uwielbienie; nie zaskoczył więc, nie porwał, nie chcę używać określenia "pójście na łatwiznę", bo książka jest dowodem na to, że się do tematu mocno przygotował, jednak... To jednocześnie schemat, do którego nas przyzwyczaił, a tak mocno naciągnięty. Niestety. Czegoś zabrakło. Iskry, której się tak bardzo oczekiwało. 

Książka dobra, mogę ją polecić fanom autora, jednak oni, przyzwyczajeni do fajerwerków - teraz tutaj ich nie dostaną. Pozostałym rekomenduję poprzednie książki Dana Browna. To po nich krystalizuje się jego fenomen.

Za książkę dziękuję Księgarni TaniaKsiążka ;)

12.12.2017

"Czarna Madonna" Remigiusz Mróz



Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Czarna Madonna
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Ilość stron: 460
Rok wydania: 2017

"Czekała mnie walka. Starcie z tym, co leżało uśpione w mojej duszy".

Chyba nigdy tak długo nie zbierałam się do opublikowania paru zdań na temat jakiejś książki, jak właśnie w tym przypadku. Wychodzi tu mój swoisty brak profesjonalizmu, gdyż swoje zdanie powinnam zamieszczać tu "na gorąco", zaraz po lekturze, by w jak najbardziej obrazowy sposób wyrazić swoją opinię. Tymczasem... Tak ciężko, tak trudno, tak dwojako - po prostu nie wiem, czy będę umiała. Choć pozornie powinno być łatwiej, bo teraz, na spokojnie mogę podejść do tematu i racjonalnie przedstawić swój odbiór "Czarnej Madonny". 

Gdy tylko ta publikacja ukazała się na rynku wydawniczym, wiedziałam, że będzie grom (nomen omen) z jasnego nieba. Promocja marketingowa była rewelacyjna, na innych blogach widziałam koperty z fragmentami informacji o "locie", co podsycało ciekawość, o czym tym razem napisze Remigiusz Mróz, i czy zawładnie sercami, kolejny raz? Jak wiadomo, dobra reklama się przydaje; gdy książka pojawia się w każdym możliwym miejscu, nie da się przejść obok niej obojętnie. Proste. Miałam tak i ja. Po rewelacyjnych wrażeniach, których dostarczyła mi seria z Chyłką i Oryńskim czy "Behawiorysta" (książka, od której moja mroźna przygoda się zaczęła), pomyślałam -  dlaczego nie? W końcu to Mróz, pewniak, na pewno będzie to dobre. No, ale cóż... Niestety.

Głównym motywem książki jest lot do Tel Awiwu; na pokładzie samolotu jest Aneta - narzeczona Filipa, byłego księdza, który dla kobiety zrezygnował z posługi kapłańskiej. Wraz z Anetą mieli się udać w podróż do Ziemi Świętej, jednak w wyniku zobowiązań Filipa, musiał on zostać w domu, a Aneta poleciała sama. I w całej tej sytuacji nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie to, że w pewnym momencie samolot znika z radarów gdzieś w okolicach Morza Śródziemnego, co wywołuje szok na całym świecie. Za nim kolejny. A na niebie pojawia się pentagram. Filip za wszelką cenę pragnie odzyskać ukochaną; nie wie jednak jeszcze, iż w całej tej historii jest przewidziana dla niego większa rola, a przeszłość, jak i inne aspekty , takie jak religia, wiara, Kościół niebezpiecznie dają o sobie znać. Co się stało? Dlaczego zaginął właśnie ten samolot? Co się stało z ludźmi na pokładzie? Co z tym wspólnego ma Filip? Pojawia się coraz więcej pytań, na które ciężko znaleźć odpowiedź. Czytelnik, niesamowicie zaintrygowany idzie dalej, a tam... Strach się bać, dosłownie. 

Sam autor wyznaje, iż bardzo źle się mu pisało tę książkę, że "nigdy więcej", chciał napisać horror religijny, więc spełnił swój zamiar, jednak nie będzie już szedł w tę stronę. I oby tak było, bo... To nie Pana klimat, Panie Remigiuszu ;).

Klimat egzorcyzmów, opętań; wiary katolickiej, religii chrześcijańskiej, polska rzeczywistość... Na pewno należy się ukłon w stronę autora za zmierzenie się z tak trudną tematyką, która ugodzić może w kilka czułych strun. Na uwagę zasługuje również fakt, iż pan Mróz nie napisał sobie tej książki ot tak; solidnie się do niej przygotował, chociażby czytając opisy egzorcyzmów watykańskiego egzorcysty Gabriele Amorth'a. Sama lekko zagłębiłam się w temat i mówiąc szczerze, nie dałam rady. Opis tych niewyobrażalnych rzeczy, o których opowiada ojciec Amorth; działanie szatana, opętania - jak silną trzeba mieć psychikę i jak niezachwianą wiarę, by móc pomagać ludziom obezwładnionym przez złego ducha? Dla zwykłego człowieka jest to nie do pojęcia. Po prostu nie do pojęcia. Opisy przeprowadzanych egzorcyzmów szokują, wydają się niewiarygodne, jednak cała struktura działania szatana na tym właśnie polega. Jego największa bronią jest to, że się w niego nie wierzy. I do takich ludzi najłatwiej uzyskać mu dostęp. Ojciec Amorth dobitnie to uświadamia, dzieląc się swoim doświadczeniem. Doświadczeniem, którego elementy na łamy swojej powieści przeniósł Remigiusz Mróz. Bo o tym właśnie jest "Czarna Madonna". To horror religijny, który ma za zadanie sprawić, by człowiek się bał. I zaczął się zastanawiać nad swoim życiem.

Nie powiem, bałam się, czytając tę książkę. W polskiej literaturze niezbyt często można zobaczyć podobną tematykę, dlatego tym bardziej jestem pełna podziwu dla autora, który się z tym zmierzył. Jednak uważam, iż cała historia; otoczka wokół niej tworzona - nie porwały mnie, ani ze względów stylistycznych, ani fabularnych. Bohaterowie lekko mdli, z żadnym nie umiałam się utożsamić, co bardzo cenię w powieściach. No i powracający wciąż obraz "Czarnej Madonny"... Nie wiem, jak to odbierać; czy Mróz oddaje hołd naszemu religijnemu cudowi, czy raczej wręcz przeciwnie. Starałam się szukać plusów, jednak bardzo ciężko czytało mi się tę książkę, po prostu nie była to lektura dla mnie. Lubię pisarstwo Dana Browna, szukałam tutaj podobieństw - i być może trochę ich jest w symbolice i religijności, jednak na tym porównywanie się kończy. Z Kingiem nie miałam zbyt wiele do czynienia, jednak horror, po którym nie mogłabym spać? Nie, "Czarna Madonna" do tego gatunku nie należy. Nie wiem, jak zaklasyfikować tę powieść; nie wiem, czy to kwestia tego, że spodziewałam się (po opisie z okładki i reklamach) czegoś innego? A może to moje zbyt ostrożne podejście do tematyki egzorcyzmów? Naprawdę trudno mi odpowiedzieć. Najlepiej by było nie pisać o tej książce, bo zdania są podzielone, opinie różne, kto chce ją przeczytać, to to zrobi. Dla mnie jest czymś w rodzaju... Ósmej części Harry'ego Pottera. Niepotrzebne to było, ale jednak się sięgnie, bo autor nigdy nie zawiódł. I mimo tego; mimo zastrzeżeń, niepewności, wątpliwości, mieszanych odczuć - nadal się będzie sięgało po książki tego autora, bo wzbudził on już wcześniej swojego rodzaju zaufanie. Poza tym, akurat w tym wypadku Remigiusz Mróz sam przyznał, że nigdy więcej nie napisze horroru religijnego, więc trzymam za słowo :).

Książki niestety nie poleciłabym nikomu, nawet fanom Mroza - czytacie na własną odpowiedzialność. Każdy ma prawo popełniać pomyłki, dlatego w żadnym wypadku nie zrażam się do autora (i Wam też odradzam, bo oprócz tej jednej potyczki ma rewelacyjny styl i polot)  i zabieram się za inne jego powieści.


Za książkę dziękuję Księgarni TaniaKsiążka :)

"Szczypta MIŁOŚCI" Amanda Prowse



Autor: Amanda Prowse
W oryginale: A little love
Wydawnictwo: Kobiece
Ilość stron: 384
Tłumaczenie: Anna Sauvignon
Rok wydania: 2017

"Moim zdaniem ludzie pozbawieni marzeń żyją tylko w połowie, a ja chcę żyć pełnią życia".

To już moja trzecia książka pani Amandy Prowse i... Wciąż mam nadzieję, że nie ostatnia. Nadal pozostaję pod urokiem jej powieści obyczajowych, które dosłownie kradną nie tylko uwagę, ale i serce. Gdy sięgam po podobną lekturę, oczekuję czegoś mocnego; fali emocji, efektu, który będzie Czytelnikiem szarpał w każdą możliwą stronę, wrażenia, że o tej książce długo nie zapomnę i że na pewno trafi do grona tych moich ulubionych. No i jestem kobietą - dlatego, gdy tylko kobieca publikacja znajdzie się w moich rękach, chcę uzyskać od niej jak najwięcej kobiecych aspektów. Ale o co dokładnie chodzi? 

Poznajcie Prudence i Millicent Plum - dwie kuzynki, które zawładnęły w najsłodszy sposób sercami Londyńczyków. Jak? Bardzo prosto. Realizując swoje marzenia, otwierając Mayfair - wspaniałą piekarnię i cukiernię w jednym, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Główną bohaterką powieści jest Pru - dojrzała, bo ponad sześćdziesięcioletnia bizneswoman, która ciężką pracą i ogromem poświęcenia doszła do miejsca, w którym znajduje się teraz. Nie klepie już biedy, może sobie pozwolić na zakup dosłownie każdej rzeczy, mieszka w pięknym mieszkaniu nad piekarnią i właśnie przygotowuje się do wydania za mąż swojej ukochanej siostrzenicy. Ale, jak wiadomo, życie lubi płatać figle i nic, co do tej pory wydawało się Pru pewne - teraz już takie nie jest...

Pru nigdy nie doświadczyła MIŁOŚCI. Dlatego, gdy to uczucie spada na nią, jak grom z jasnego nieba, w najmniej oczekiwanych okolicznościach, kobieta musi znaleźć w sobie determinację, by nie pozwolić odejść tej "szczypcie", która właśnie ją odnalazła. Jakby tego było mało, los rzuca jej niewyobrażalne kłody pod nogi, wystawiając na próbę każdy pierwiastek tego, w co Pru wierzyła. Nie mogę zdradzić za bardzo fabuły, gdyż cały sens w tym, iż kolejne elementy układanki zaczynają się odkrywać powoli, ale i... Szokująco. Nic nie jest pewne, stałe i stabilne, cały czas lekturze towarzyszy uczucie rozpadu, rozbicia i zaskoczenia tym, co autorka przygotowała na kolejnych stronach. Jest to powieść zupełnie inna od "Trzech sekund" czy "Córki doskonałej" - bo z tymi dziełami Amandy Prowse miałam do tej pory do czynienia, jednak "Szczypta MIŁOŚCI" jest równie poruszająca, sprawia, iż drga serce, emocje sięgają chmur, a główna bohaterka zachwyca swoją klasą. 

"Wyznaję zasadę, że życie zaczyna się wtedy, kiedy mu pozwolisz, nieważne, ile masz lat (...)"


Jestem pod ogromnym wrażeniem stylu pani Prowse. Lekkość, ciepło, prostota, klarowność to tylko niektóre jego cechy. Autorka wie, jak poruszyć najczulsze struny serca Czytelnika, wyzwalając w nim być może do tej pory skrywane emocje. Z łatwością można utożsamić się z dowolną postacią; bohaterowie zostali wykreowani wyraźnie, tzw. "grubą kreską", bez upiększeń i dopieszczeń. Są LUDZCY, tacy jak każdy z nas. Mają życiowe rysy na pozornie idealnie gładkiej powierzchni, są popękani, doświadczeni, dźwigają swój bagaż z przeszłości. Nie mamy tu do czynienia z młodzieżą (choć do podobnych powieści nic nie mam, broń Boże!), tylko ze starszymi ludźmi, za co również należy się ukłon autorce. Nieczęsto ma się możliwość czytania powieści obyczajowych o prawie siedemdziesięcioletnich bohaterach, którzy dopiero teraz doświadczają wrażeń typowych dla ludzi o połowę młodszych. Być może to tylko moje odczucie, ale wydaje mi się, że w dzisiejszym zalewie New Adult czy Young Adult brakuje miejsca na podobne lektury jak "Szczypta MIŁOŚCI". Oczywiście zupełnie niesłusznie. Każdy powinien sięgnąć po tę książkę, by przynajmniej poczuć klimat upływającego czasu, stanąć oko w oko z rachunkiem z życia, analizą tego, co zostało zrealizowane, a na co jeszcze trzeba poczekać... No i oczywiście wniosek pojawia się jeden. Ale jakże rozległy. MIŁOŚĆ jest nieograniczona, bez reguł i zasad, każdy na nią zasługuje, choć pojawia się ona w najmniej oczekiwanych momentach. I nie warto się przed nią bronić, gdyż wróci ze zdwojoną mocą. Nie wolno też rozpamiętywać złych stron przeszłości, gdyż nie da się jej już zmienić - trzeba się z nią po prostu pogodzić, robiąc miejsce na przyszłość i jej pozytywne aspekty. Niby kilka prostych prawd, a jakże czasem komplikujących wiele spraw... O czym oczywiście wyraźnie przypomina nam pani Prowse, dzielnie odnosząc sukces w tej materii. Pisze jasno, krystalicznie, odsłaniając mroczność młodości Pru, by później przykryć ją świetlistością tego, co jest TERAZ - bo na tym powinno się skupiać uwagę. Bardzo spodobała mi się postać głównej bohaterki; zostanie jedną z moich ulubionych. Uparta, ale i umiejąca pójść na kompromis, zraniona przez życie, a jednak wciąż odważnie patrząca w przyszłość i realizację postawionych przed sobą celów, silna, ale i mająca szereg słabych stron (emocjonalnych), które niejednokrotnie burzą jej pozornie idealny schemat egzystencji. Ale, jak to jest powiedziane w powieści kilka razy, każdy jest w jakiś sposób "popękany" i jedyne co powinna zrobić najbliższa osoba, to wziąć te skorupki i nosić przy sobie. Tyle i aż tyle. 

Jeśli lubicie romanse, ale takie nieoczywiste, chwytające za serce, z nutą tajemnicy i niepewności - co wydarzy się dalej, wzruszające, emocjonalne i z przesłaniem, to "Szczypta MIŁOŚCI" jest dla Was. Ale moim zdaniem, taką książkę powinien przeczytać każdy, przynajmniej raz w życiu, by zatrzymać się i rozejrzeć wokół. Bo czasem warto spojrzeć na pewne sprawy z innej perspektywy. Z perspektywy upływającego czasu.

Za książkę bardzo dziękuję Księgarni TaniaKsiążka, gdzie znajdziecie również mnóstwo innych bestsellerów :)