1.28.2017

"Tak to się kończy" Kathleen MacMahon

     Jeśli kiedyś będę robić zestawienie najpiękniejszych przeczytanych przeze mnie książek - ta zdecydowanie znajdzie się na jednym z pierwszych miejsc. Coś niemożliwie wzruszającego, ściskającego serce, cudownego, a jednocześnie... Przepełnione bólem, cierpieniem i nadzieją... Choć ta ponoć umiera ostatnia.



"Człowiek jest wystawiany na próbę zaledwie kilka razy w ciągu swojego życia (...); to, w jaki sposób zachowujemy się w krytycznych momentach, mówi o jakości naszego człowieczeństwa".

Addie to 38 - letnia kobieta, samotna, lecząca serce po bolesnym rozstaniu i tragicznej stracie, irlandzka bezrobotna pani architekt, opiekująca się starym i schorowanym ojcem. Jej ulubionymi zajęciami są: pływanie i długie spacery z suczką Lolą, jedyną i nieodłączną towarzyszką. Addie nie wierzy już, że w jej życiu może się coś zmienić; przyzwyczaja się do ponurej myśli bycia samą już zawsze, stara się przeżywać aktywnie każdy dzień, znosząc cierpkie uwagi ojca; zgorzkniałego, szczerego wręcz do bólu lekarza. 

Bruno ma prawie 50 lat, z Ameryki do Irlandii przyjeżdża w celu odnalezienia swoich przodków, chce skontaktować się ze swoją irlandzką (dalszą) rodziną. Z niecierpliwością śledzi przebieg wyborów prezydenckich, gdzie walka toczy się między Obamą a McCainem; Bruno przysięga sobie, że gdy Obama wygra, on wróci do Ameryki, w przeciwnym wypadku - zostanie w Irlandii na zawsze. Dwukrotnie żonaty, dopiero co straciwszy pracę, nieszczęśliwy, Bruno nawet nie spodziewa się tego, czego doświadcza podczas swojej wyprawy.

Nie sposób oddać słowami, jak piękna jest to książka. W zalewie nurtu young adult, gdzie głównym motywem jest uczucie rodzące się między młodymi osobami, tutaj nacisk został położony na dojrzałych, doświadczonych przez życie ludzi. Każde z nich ma swoją odrębną historię, swój własny los na barkach, który musi dźwigać, oboje nie wierzą już, że cokolwiek w tej materii może ulec zmianie, przyzwyczajeni są do swojej stabilnej egzystencji. Dopiero moc napędowa, jaką jest MIŁOŚĆ - burzy dotychczasowy porządek, zabierając po drodze wszelkie złudzenia, marzenia i plany. 

Książka jest odpowiedzią na pytania:
- ile można czekać na prawdziwe uczucie?

- czy zakochanie się w dojrzałym wieku jest możliwe?
- czy można zbudować szczęście mając w perspektywie niewiele czasu?
- czy warto mieć nadzieję?
- kto ma władzę decydowania o naszym powodzeniu w życiu?
- dlaczego warto mieć marzenia?

Nie znałam wcześniej autorki, ale po przeczytaniu "Tak to się kończy" (które, jak się okazało jest jej debiutem!) przewertowałam wszelkie strony, portale, gdzie mogę znaleźć o jej twórczości coś więcej, bo to, że sięgnę po jej kolejne książki, jest po prostu pewne, murowane. Musi je tylko napisać. Na co czekam z niecierpliwością. Wraz z pierwszą stroną, Czytelnik przenosi się do Irlandii, gdzie śledzi wydarzenia, historię głównych bohaterów wręcz "zza ściany". To niesamowite, z jaką dokładnością autorka opisuje pogodę, wygląd budynków, pomieszczeń, ale i poszczególne czynności, które wykonują Addie, Bruno, Hugh - ojciec Addie, czy Della - jej siostra. Momentami to aż frustrujące, bo główną składową powieści są szczegółowe opisy, jednak ma to swój niepowtarzalny urok. Zgadzam się z innymi opiniami Czytelników, iż czas w "Tak to się kończy" biegnie bardzo wolno, akcja zaczyna posuwać się naprzód dopiero gdzieś od połowy książki, przez co, mimo iż ma ona zaledwie ponad 300 stron, czytałam ją prawie dwa tygodnie. Jednak, jak to nazwałam, były to "namaszczone" dwa tygodnie. Brałam tę książkę do ręki, czytałam jeden rozdział, i odkładałam ją, gdyż z wrażenia bałam się, iż skończę ją czytać za szybko. Takimi powieściami należy się rozsmakowywać, delektować, to nie jest lektura na jeden wieczór, o której za kilka dni się zapomni. To powieść, którą pamięta się już zawsze; za dziesięć lat z czystą świadomością będę mogła powiedzieć, iż to jedna z najcudowniejszych historii o MIŁOŚCI, jaką miałam zaszczyt przeczytać. Że to jedna z tych książek, które się poleca innym, z zaznaczeniem, iż lektura do łatwych i przyjemnych nie należy, gdyż obfituje w ból, cierpienie, ogrom doświadczenia okrutnego losu, ale i daje nadzieję na to, iż zawsze każdy nasz ludzki ruch ma jakiś sens. Że nie warto się nigdy poddawać, że trzeba zawsze walczyć do samego końca, czy to w rzeczach małych, czy dużych. To opowieść o tym, że podarowany nam czas trzeba wykorzystywać maksymalnie, gdyż po prostu może nam nie być dane mieć go więcej. 

"To zadziwiające, jak doskonale potrafimy wypierać pewne fakty i przekonywać się do różnych postaw. Wydaje nam się, że naprawdę, z całej mocy w coś wierzymy - aż do momentu, w którym okazuje się, że to kompletna bzdura".

I choć ta książka wyciska łzy, powoduje mocniejszy ucisk serca, wzrusza do granic możliwości - warto ją przeczytać. By zrozumieć, jak wiele się od życia dostaje każdego dnia; możliwość wstania z łóżka, pobiegania po okolicznych dróżkach, pójścia do pracy, zjedzenia śniadania czy obiadu w towarzystwie przyjaciół. Tak małe rzeczy, a jednocześnie tak niedoceniane. Nie wiem czemu w ostatnim czasie trafiają do mnie tylko takie książki - charakteryzujące się afirmacją życia - ale jestem z tegoż oto faktu zadowolona. Czuję się pewniejsza siebie, szczęśliwsza, że mam WSZYSTKO, bo otrzymałam tak wiele. 

Polecam, polecam bardzo.

OCENIAM: 6/6!

Autor: Kathleen MacMahon
Tytuł: Tak to się kończy
Wydawnictwo: Bukowy Las
Ilość stron: 376
Tłumaczenie: Ewa Pater

1.16.2017

Blue Monday, czyli (niby) depresyjnie słów kilka...

      Czytając w styczniowym kalendarzu "Niebieski poniedziałek", od razu pomyślałam o ciekawych zajęciach dla moich dzieciaków w przedszkolu; woda, szum fal, co to znaczy mieć coś w "morskim" kolorze, oczywiście Smerfy jako temat przewodni, prośba, by dzieci ubrały się w tym dniu na niebiesko, praca plastyczna oczywiście w niebieskich barwach... Sama piękność i cudowność wręcz! I dopiero, gdy później w radiach nawijają o "Blue Monday", przedstawionym w całkiem innych barwach, o tym, czym ten dzień tak naprawdę jest, zaczyna się biedna Asia zastanawiać, jak to wygląda... 

Tak, dopadła mnie lekka depresja melancholia, lecz głównie z innego powodu: jutro mam urodziny i fakt starzenia się jednak bywa dobijający... Zawsze robię bilans zysków i strat; kalkuluję, co dobrego udało mi się w tym roku (licząc od poprzednich urodzin) zrobić, co osiągnąć, jakich ludzi poznałam, czego doświadczyłam (i czego mnie te doświadczenia nauczyły), nad czym powinnam popracować, co zmienić, jakie wyzwania przed sobą postawić, co zrealizować, czemu się poświęcić. Nigdy nie jest łatwo, tym bardziej, że czasem są chwile, gdy naprawdę wiem, że mogłam zrobić coś lepiej, bardziej, więcej. Tym razem też tak będzie, postaram się, by ten rok wykorzystać w całości! ;)

Korzystając z okazji, iż niby Blue Monday, ale tak naprawdę robiąc urodzinowe postanowienia (w jakiś sposób bardzo motywujące) przedstawiam to, co wykluło się w mojej blond głowie.

1. Przeżyję każdy dzień bez stresu (przynajmniej będę się bardzo starać!)

Zauważyłam, że zaczynam stresować się najdrobniejszymi rzeczami; tak błahymi, że niektórzy po prostu głośno się z tego śmieją, uświadamiając mi, że zupełnie nie mam powodu, by AŻ tak się przejmować. To, czy pomyliłam godzinę w jednym wydarzeniu i na drugi dzień mogłam to z uśmiechem na twarzy odkręcić, to, że nie zabrałam książki do pracy, to, że nie zrobiłam czegoś, co spokojnie mogłam zrobić za kilka dni, naprawdę NIE JEST aż tak istotne, przy prawdziwych problemach, do których dopiero dorastam. Rzecz ta urosła do takiej rangi, iż od mojej ukochanej współpracownicy otrzymałam taki oto prezent:


Odbieram to jako konkretną sugestię, że powinnam coś z sobą zrobić i po prostu wrzucić na luz, gdyż szkoda życia na stres. Od tego robią się ponoć zmarszczki, odechciewa się życia, robi się automatycznie smutno i generalnie nie jest fajnie. Dlatego od dziś, od tegoż oto najbardziej ponoć przygnębiającego dnia w roku, postanawiam, iż będę najbardziej wychillowaną osobą na świecie ;)!

2. Przeczytam więcej książek (nie, to nie jest postanowienie noworoczne)

Nie, nie będę tracić czasu na głupoty i książki, które nic do mojego życia nie wniosą. Nigdy nie przerywałam książki w trakcie jej czytania; zawsze wmawiałam sobie, że choćby nie wiem co, ja MUSZĘ ją przeczytać, bo przecież ją rozpoczęłam... Od teraz koniec z tym. Gdy tylko dana lektura nie pociągnie mnie w żaden sposób, przyrzekam sobie z czystym sumieniem odłożyć ją na półkę/sprzedać/oddać. Szkoda czasu na... No właśnie, tracenie go w takiej formie. Przy okazji pochwalę się moją nową bluzą:


3. Zobaczę więcej! Czyli na pewno pojadę na wakacje.

Przez całą zimę (i generalnie każdy zimny miesiąc, czyt. gdy temperatura nie wynosi powyżej 25 stopni Celsjusza) dołuję się cieszę oglądaniem zdjęć z minionych wakacji; czy to z tych ostatnich, czy to z takich sprzed lat. Jeden warunek: musi być na tych zdjęciach ciepło i radośnie. Od razu mi serce rośnie, gdy pomyślę o tych wszystkich wspaniałych miejscach, które dane mi było zobaczyć, prawie cała Europa! Ilu ludzi poznać; ileż zwiedzić, zobaczyć coś innego niż cztery ściany domu. Sens podróżowania i odkrywania tego, co nieznane stanowi pewien rodzaj adrenaliny, którą chcę mieć w żyłach, po prostu. Dlatego uroczyście przysięgam, że w tym roku pojadę na wymarzone wakacje, wysmażę tyłek na piaszczystej plaży, wrócę znowu opalona jak czekolada i będę mieć ponownie co wspominać z uśmiechem na ustach! ;)



4. Więcej czasu spędzę z rodziną. Po prostu. Chyba po tym poznaję, że zaczynam dojrzewać do wydumanych wniosków. I wiecie co? Słusznie.

5. Zrobię ze sobą coś więcej: więcej dbania o swoje zdrowie, kondycję, umysł, i tak dalej. Wiecie o co chodzi; nie można zastygnąć z tyłkiem na kanapie, bo się do niej przyrośnie.

6. Będę się cieszyć z najdrobniejszych rzeczy.

I co z tego, że inni mają więcej; więcej możliwości, więcej pieniędzy, więcej spełnionych marzeń. Ja mam tyle, na ile sama sobie pozwalam, na jaką skalę są rozwinięte moje ograniczenia. A raczej ich brak! Uśmiech do przypadkowej osoby, dobry uczynek każdego dnia, bycie milszą (bo ponoć jestem straszną zołzą), serdeczność - będę się bardziej starać i cieszyć tym, co mam. Po prostu. Równoznaczne jest z tym hasło: mniej narzekania! Bo Polacy to ludzie narzekatory - a ja nie chcę taka być, nie zamierzam być postrzegana w ten sposób. Szukamy tylko i wyłącznie pozytywów! ;)

Tyle. 

Doceńcie ludzi wokół siebie i to, co macie, tak codziennie. Bo nic stałe nie jest, niestety. 

I niech ten Blue Monday kojarzy się tylko z przyjemnymi rzeczami! Polecam gorącą kąpiel w antystresowych olejkach (mój kolejny prezent od koleżanki), pyszne kakao, pełne 8h snu (od czasu do czasu). 

;)

1.12.2017

"W samo południe" Nora Roberts

     Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek jeszcze przyjdzie mi pisać parę słów o twórczości Nory Roberts, do której ZRAZIŁAM SIĘ po jednej książce, kompletnie nieprzemyślanej, będącej chyba efektem zmęczenia materiału. Czego jednak spodziewać się po kobiecie, która na swoim koncie ma ponad 200 książek (?!); wyjścia bowiem są dwa: albo ma taki polot, wyobraźnię, umiejętności, by robić to dobrze (od początku do końca), albo po prostu pisze, by pisać, byleby było. Ja po przeczytaniu pierwszej części "Kwartetu weselnego" uznałam, iż do pani Roberts już więcej nie wrócę, jednak nie pomyślałam kompletnie, by dać jej drugą szansę. W końcu z tych dwustu książek, jakieś MUSZĄ być dobre, skoro przyniosły autorce niesłabnącą wciąż popularność. Dobrze, że w moich rękach, czysto przypadkiem, znalazła się prezentowana tu dziś publikacja. Bo po tej lekturze mogę śmiało stwierdzić, iż do Nory Roberts wrócę na pewno, a jej kariera, nagrody i uwielbienie czytelników jednak wcale nie są przesadzone. 


"Kiedy chodzi o kogoś, kto jest dla nas ważny, trudno się nie martwić".

Phoebe MacNamara jest kobietą o wielu twarzach; z jednej strony to najlepsza policyjna negocjatorka, z drugiej - kochająca, aczkolwiek samotna mama, z jeszcze innego punktu widzenia: oddana córka i prawdziwa przyjaciółka. Obdarzając ogromem uczuć innych, zapomina, iż jej również należy się odrobina bycia w centrum zainteresowania. Całkowicie oddana pracy i opiece nad córką oraz chorą mamą, Phoebe nie ma czasu na wdawanie się w uczuciowe relacje. Do momentu, gdy podczas jednej z akcji, wpada w oko przystojnemu milionerowi...

Nie wiem, czego się spodziewałam, ale ta książka po prostu mnie pochłonęła; nie mogłam się od niej oderwać nawet na chwilę. Cały czas miałam w głowie główną bohaterkę i jej codzienność; do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, czym jest praca policyjnego negocjatora, jakich wymaga poświęceń. To nieprzespane noce, niejednokrotny powrót do domu tylko na prysznic, bo obowiązki wzywają, zaniedbywanie swojego życia osobistego na korzyść zawodowego, brak czasu dla najbliższych; lęk o zdrowie (również swoje) i bezpieczeństwo rodziny, nieustanna walka o życie obcych ludzi, ratowanie ich od pomysłów samobójczych, troska o zakładników, wojna z czasem, by obcych ludzi uwolnić z rąk szaleńców, twarde negocjacje, rozpiętość uwagi, niesamowicie szybkie myślenie, analiza i ocena sytuacji, momentalne podejmowanie decyzji, rozwaga, ale i odwaga, czasami brawura, spokój, opanowanie, delikatność, wrażliwość, by w momencie negocjacji np. z porywaczem nie stracić "zimnej krwi", nie sprowokować go, nie urazić. To praca na cały etat, dwadzieścia cztery godziny na dobę; zawsze włączony telefon "na wszelki wypadek" w dosłownym tego słowa znaczeniu, umiejętność niepowtarzalnej intuicji i pogodzenia wielu aspektów życia w jedną całość. Phoebe jest mistrzynią w tym, co robi; uratowała wielu ludzi, poświęca im całą siebie, pomimo swoich domowych obowiązków, posiadania kilkuletniej córki, która jej potrzebuje stokroć bardziej - Pheobe bowiem nie może liczyć na swojego byłego męża. Na szczęście ma przyjaciół i mamę, którzy pomagają jej jak tylko mogą. Kobieta boi się jednak MIŁOŚCI; wie, że nie ma nią czasu, przeraża ją perspektywa bycia zranioną, ale i zadającą rany, dlatego trzyma każdego mężczyznę pojawiającego się w jej życiu na spory dystans. Do czasu, gdy pojawia się Duncan, mężczyzna silny i pewny siebie, nie dający w niczym za wygraną, na którym Phoebe robi piorunujące wrażenie. 

"W samo południe" to ciekawe połączenie powieści obyczajowej z kryminałem. Nie sposób oderwać się chociaż na moment od przygód rudowłosej pani negocjator, jej zabawnych rozmów z siedmioletnią Carly, przekomarzań z Duncanem. Całość poprowadzona lekkim stylem, poprzez który dosłownie się płynie, nie zważając na wskazówki zegara, uświadamia, czym jest praca w policji, jak trudno pogodzić ją z życiem osobistym oraz jak ogromne znaczenie mają później jej finalne rozgrywki. Tu nie można zamknąć teczki z dokumentacją i przejść do następnej; tu liczy się każdy ruch, każde słowo, każdy gest. Jeden fałszywy ruch i bywa zagrożone życie ludzi, albo tu i teraz, albo w przyszłości. Jestem pod ogromnym wrażeniem wiedzy autorki na ten temat. Pierwsze akcje, w których Phoebe brała udział nie wywarły na mnie większych emocji, ale akcja finałowa... Rozłożyła mnie na łopatki; nie spodziewałam się, jak wielkich poświęceń wymaga praca w tym zawodzie. Nora Roberts trzyma Czytelnika w stanie napięcia do ostatniej strony; nieświadomość tego, co się może wydarzyć, nieprzewidywalność zdarzeń, strach o bohaterów - towarzyszy nam z każdym słowem, przez co jeszcze bardziej niecierpliwimy się, by dojść do końca powieści. 

Jestem zauroczona postaciami głównej bohaterki i jej wielbiciela - Duncana. Obie te osoby zostały bardzo wyraźnie wykreowane; Phoebe to niesamowicie silna kobieta, może i samotnie wychowująca dziecko, ale walcząca jak lwica o bezpieczeństwo swoich najbliższych, nieokazująca słabości, nietracąca "zimnej krwi" nawet w momencie osobistych rozgrywek podczas negocjacji. Duncan z kolei to odważny mężczyzna, zjednujący sobie każdy fragment kobiecego serca. I mimo, iż najpierw powierzchownie go oceniałam, cieszę się, że został przedstawiony właśnie w taki sposób. Tak jak wspomniałam, to na pewno nie będzie ostatnia powieść pani Roberts, po którą sięgnę. Teraz będę tylko sprawdzać, za co na pewno warto się zabrać, a co sobie darować. "W samo południe" polecam Wam z całego serca; kto oglądał film z 1952 roku powinien być podwójnie zadowolony. Powieść Nory Roberts jest bowiem nawiązaniem do słynnego westernu z Garym Cooperem. Swoją drogą, powstała również ekranizacja powieści, którą też mam zamiar obejrzeć, by zobaczyć, czy jest równie dobra jak książka. Polecam tę pozycję wydawniczą każdemu, kto lubi obyczajowe historie, ale niebanalne i niestandardowe, połączone z innym gatunkiem, np. właśnie z kryminałem, czy thrillerem. Na pewno nuda Wam nie grozi. Jedynie zaniedbanie obowiązków domowych poprzez niemoc oderwania się od tej książki.

OCENIAM: 5/6!

Autor: Nora Roberts
Tytuł: W samo południe
Wydawnictwo: Świat Książki
Ilość stron: 558
Tłumaczenie: Bożena Krzyżanowska


Jeszcze raz dziękuję za tak wspaniały prezent! :)

1.08.2017

"Alicja w Krainie Czarów" Lewis Carroll [Wydawnictwo ze Słownikiem, czyli czytamy w języku angielskim!]

     Jednym z moich starych postanowień noworocznych było przyłożenie się do nauki (a właściwie powtórek) języków, zwłaszcza angielskiego, z którym dziś spotykamy się praktycznie na każdym kroku. Nie odkryję Ameryki jeśli powiem, iż zaniedbanie czegoś; w tym wypadku ćwiczenie mówienia, pisania i czytania w innym języku niż ojczysty, prowadzi do zaniku nabytych już umiejętności. Dlatego tak ważnym jest, by nie osiąść na laurach i wciąż się doskonalić; powtarzać, słuchać, rozumieć. Jednym z dobrych sposobów na poruszanie się po zakrętach nauki jest robienie rzeczy, które pozornie z nauką nie mają nic wspólnego, np. czytanie książek; poznawanie lekkiej, niezobowiązującej literatury. Słuchanie piosenek; zagłębianie się w ich tekst i sens. Powtarzanie przypadkowych słówek w oparciu o dany kontekst. Oglądanie filmów czy seriali z wybranymi napisami. Słuchanie obcojęzycznego radia, osłuchanie się z konkretnym akcentem. To i tak tylko kilka sposobów; ja chcę pokazać Wam pierwszy z nich, który trafił do mnie dzięki uprzejmości nowego Wydawnictwa, hulającego już z powodzeniem w świecie wydawniczym. O kim i o czym mowa? 

O Wydawnictwie [ze słownikiem] i świeżym pomyśle na czytanie książek ;).



Gdy dostałam propozycję zrecenzowania kilku wybranych książek, a właściwie sposobu ich wydania, gdyż treść jest powszechnie znana, ogromnie się ucieszyłam. Gdy zakładałam sobie powtórkę języka obcego, jedną z koncepcji było bowiem przeczytanie czegoś w oryginale. I nawet tak się stało, mój wybór padł na "Harry'ego Pottera i Kamień Filozoficzny", jednak pojawił się jeden mały problem... Mianowicie, każde słówko, które nie było dla mnie zrozumiałe, musiało zostać odnalezione w czeluściach GoogleTranslate. Co, jak wiadomo stanowi kłopot, bo zabiera czas. Na szczęście dzięki pomocy nowego Wydawnictwa [ze słownikiem], ów problem należy już do przeszłości!

Otrzymałam dwie powieści; a właściwie historie dla dzieci: "Alicję w Krainie Czarów" i "Pollyannę". Obie wcześniej czytałam, znam ich fabułę, ogólny zarys, wiedziałam o czym są, więc nie obawiałam się, iż mogę nie zrozumieć kontekstu sytuacji czy dialogów. na pierwszy ogień poszła "Alicja...", i już śpieszę Wam donieść, jak mają się moje wrażenia!

"Alicja w Krainie Czarów" to historia znana pewnie każdemu, jednak jeśli znalazłby się ktoś niezagłębiony w temacie, już wyjaśniam: mała tytułowa bohaterka trafia do cudownego magicznego świata, z pogranicza jawy i snu, gdzie niemożliwe staje się realne, a każde słowo ma znaczenie. Opowieść dla dzieci i dorosłych, w której każdy znajdzie coś dla siebie, klasyka bowiem nigdy z mody nie wychodzi. To mnogość opisów, porównań, niesamowitych zdarzeń, postaci, wielobarwność sytuacji, uniwersalność przekazu. Nie sposób odmówić uroku tej historii, która zasłużenie wciąż króluje na szczytach list książkowych bestsellerów. Gdy tylko otrzymałam propozycję ponownego zanurzenia się w cudowności lat dziecięcych, gdzie wciąż odkrywam coś nowego, z radością na to przystałam, tym bardziej, że tym razem miałam okazję przekonać się, jak to wygląda w oryginale. 

Wydawnictwo proponuje nam aż trzy słowniki w książce: na samym wstępie, gdzie pojawia się kompletny spis najbardziej powszechnych słów używanych w opowieści, w trakcie lektury, gdzie w każdym rozdziale wyboldowane są poszczególne słowa od razu wyjaśnione w odpowiednim kontekście, oraz na końcu książki, gdzie znajduje się cały słownik angielsko - polski dotyczący "Alicji w Krainie Czarów". GoogleTranslate zatem może odejść w zapomnienie, bo pod ręką mamy każde słówko, którego wyjaśnienia akurat potrzebujemy. W słowniku mamy przedstawienie słowa w danej formie, jaka została w książce użyta: jest to bardzo pomocne zwłaszcza przy trudnych słowach, takich, które mogą mieć nieregularną odmianę, np. przy czasownikach. Książki proponowane przez wydawnictwo kosztują tyle, co zwykła książka, więc jeśli ktoś myśli, że nauka to droga sprawa, jest w przyjemnym błędzie. Na domiar wszystkiego, każdy słownik jest uporządkowany, czy to alfabetycznie czy według innego kryterium, dlatego nie sposób się zgubić. 

Jedynymi minusami, jakie można odnaleźć w powyższej propozycji może być zdecydowanie okładka książki/książek. Nie od dziś wiadomo, że Czytelnicy to wzrokowcy i niejednokrotnie o kupnie czy wyborze danej książki decyduje w pierwszej kolejności jej wygląd (czasem to przykre, ale prawdziwe). Sama jestem książkową sroką i potrafię kupić książkę tylko ze względu na jej wygląd, komentując to czymś w stylu "Boże, jak ta książka jest pięknie wydana, jaka śliczna, muszę ją mieć na półce". Momentami sama się karcę za tę jakże płytką opinię, jednak szczerość to podstawa. Uboga okładka raczej nie zachęca do kupna, gdyż wygląda jak podręcznik; na pewno dużo atrakcyjniej książka by wyglądała w bajkowej, baśniowej, lub nawet filmowej okładce. Kolejna rzecz, to fakt, iż każda książka wygląda podobnie; jedynym motywem różniącym poszczególne kategorie gatunków są kolory: książki dla dzieci oznaczone są barwą zieloną, thrillery brązową, science fiction różową, itp. Powinien być również zaznaczony poziom trudności słów, gdyż np. w "Alicji..." mimo, iż jest to książka teoretycznie dla dzieci, występuje dużo ciężkich słów, które w potocznym języku angielskim już zwyczajnie mogą nie funkcjonować. Ale to jedyne słabości, gdyż sam pomysł to strzał w sam cel!

Jeśli jeszcze nie sięgnęliście po dowolną lekturę Wydawnictwa [ze słownikiem] radzę szybko to zmienić. Nauka języka angielskiego stanie się dużo przyjemniejsza i przede wszystkim łatwiejsza, mniej skomplikowana. Do wyboru są już m. in. następujące tytuły:
  • "Wehikuł czasu"
  • "Alicja w Krainie Czarów"
  • "Alicja po drugiej stronie lustra"
  • "W 80 dni dookoła świata"
  • "Doktor Dolittle i jego zwierzęta"
  • "Tajemniczy ogród"
  • Opowieść wigilijna"
  • "Pollyanna"
  • "Królowa Śniegu"
  • "Drakula"
  • "Księga Dżungli"

A w przygotowaniu moja ukochana "Duma i uprzedzenie" Jane Austen! Nie mogę się doczekać, choć pewnie najwięcej trudności będę mieć z XIX - wiecznym brytyjskim ;). 

Podsumowując: mamy nowe, świetne wydawnictwo na rynku, które szturmem zdobywa Czytelników, ma na siebie pomysł, skrzętnie realizowany od podstaw do samego końca. Kilka poprawek (jak np. tych okładek) i będzie rewelacja w całości. Ja polecam z całego serca, sama jestem bardzo zadowolona. Niedługo zabieram się za "Pollyannę".

OCENIAM: 4/6!


1.06.2017

Postanowienie noworoczne!

     Co roku zasiadam do pisania tego postu z wielkimi ambicjami; zawsze marzę o tym, że znajdę tyle wolnego czasu, iż nie będę robić żywcem nic, tylko czytać i czytać. Rok ma przecież 365 dni; jest tyle publikacji do przeczytania, że powinno się chłonąć jedną książkę za drugą. Najśmieszniejsze jest to, że jeszcze kilka miesięcy temu dokładnie tak myślałam, łudząc się, że kompletnie nie rozumiem ludzi, którzy twierdzą, że nie czytają, bo po prostu nie mają czasu. Bo nie rozumiem. Ale już nie kompletnie. I nie mówię, że przesadzają. Bo każdy kij ma przecież dwa końce. Fakt, mam kilka postanowień na TEN rok, jednak podchodzę już do tego bez żadnego ciśnienia; nie biorę udziału (jakoś nigdy nie brałam) w żadnych wyzwaniach czytelniczych, nie ścigam się z ludźmi typu "Przeczytam 100 książek w tym roku", nie preferuję gniotów tylko dlatego, by chwalić się, iż jestem na bieżąco z głupotami w świecie dzisiejszej literatury. Bo tej niestety nie brakuje. A szkoda. Plany mam - jak uda się je zrealizować to świetnie, ale jak nie podołam - no cóż, bywa, może uda się w przyszłym roku. Bo przez minione 365 dni wiele się pozmieniało. Moje podejście do pewnych spraw również.

Wracając do zamierzeń na rok 2017, jest ich niewiele, niektóre powtarzają się z roku poprzedniego, gdzie nie udało mi się ich zrealizować; mam nadzieję, że będę się starać na tyle, by powiodło się teraz ;).

1. KLASYKA


W poprzednim roku zdołałam się porwać jedynie któryś raz z rzędu na "Wichrowe Wzgórza" i "Rozważną i romantyczną". Teraz pragnę przeczytać w końcu moją część kolekcji Kwiatowej ze Świata Książki + "Przeminęło z wiatrem", które otrzymałam na 23. urodziny. Powzięłam postanowienie, iż za tego typu literaturę będę zabierać się w weekendy, albo czas (np. urlop), gdzie mogę poświęcić go po prostu więcej na czytanie. Przekonałam się bowiem, iż takie czytanie rozdziałów z tzw. "doskoku" w przypadku klasyki nie działa. Ta literatura wymaga bardziej skupionej uwagi, zatrzymania się w pewnym momencie na chwilę dłużej. Nie bez powodu bowiem stała się klasyką.

2. ZALEGŁOŚCI


Ten problem zna chyba każdy książkoholik. Zamiast czytać to, co mamy na półkach, my wolimy zamawiać z księgarni internetowych kolejne publikacje, włóczyć się niezliczone godziny po księgarniach stacjonarnych przeglądając każdą papierową rzecz, która nam wpadnie w ręce, porównywać ceny, przeliczać rabaty; po czym i tak jedziemy na Targi Książki, by znowu się obkupić w to, czego jeszcze nie mamy (to nic, że stos nieprzeczytanych lektur w domu rośnie), by następnie łowić kolejne okazje i czytać, czytać, czytać... Akurat to, czego w danej chwili kompletnie nie planowaliśmy. Rokrocznie postanawiam, że przeczytam właśnie TO, co zalega mi na półce, bym mogła móc trzymać na niej książki i mówić, że przeczytałam wszystkie, które się tam znajdują. Bo póki co mam jeden wielki misz - masz, przez co czasem sama się w swojej biblioteczce gubię. A tak, byłoby jasne; półka: przeczytane i półka: nieprzeczytane. W całości. 

3. TOMISZCZA


To z kolei kłopot ludzi, którzy czytają wszędzie. Ja jeszcze do niedawna czytywałam z drodze do pracy, w autobusie, ale odkąd mieszkam dużo bliżej niej, nie opłaca mi się po prostu wrzucać książki do torby. Czasem jednak jadę pociągiem do domu i wtedy zawsze coś podczytuję, jednak z racji dodatkowej walizki, nie obciążam jeszcze zbytnio swojej podręcznej torby. A szkoda. Bo tyle wspaniałych tomów bym mogła rozpocząć... Plany są, by zaczytywać się w takich lekturach podobnie jak z klasyką; podczas weekendów albo chwil, gdzie będę mogła siedzieć z nosem w książce i nie wyściubiać go poza moje cztery ściany mieszkania. Najlepiej pod ciepłym kocem, z kubkiem gorącej herbaty w dłoni. Chciałabym przeczytać w tym roku chociaż dwie lektury, które zapadną mi w pamięć chociażby swoim rozmiarem, jak za dawnych lat, gdy chłonęłam najbardziej obszerną część potterowskiej sagi w jedną noc.


4. SYSTEMATYCZNOŚĆ

Boże, daj mi moc do pisania co najmniej dwóch postów w tygodniu, w mniej więcej stałych porach. Amen.

Tyle.

Wiadomo, że chciałabym mieć tych postanowień więcej, czegoś w rodzaju "Przeczytam pięć książek w tygodniu", jednak po prostu wiem, iż jest to dla mnie fizycznie niemożliwe. Nie da się, przy codziennych obowiązkach, pełnoetatowej pracy, zajęciach dodatkowych. No i oczywiście każdy potrzebuje snu, ja co najmniej 7h. Ale nie odpuszczę i przynajmniej te pół godziny dziennie poświęcać będę na moją największą pasję, bo bez niej nie byłabym tym, kim jestem dzisiaj. ;) Bo można BARDZIEJ, MOCNIEJ, WIĘCEJ. Trzeba tylko chcieć. 

A Wy? Macie jakieś książkowe postanowienia na nowy rok? Podzielcie się nimi ze mną. Chętnie poczytam! :)

1.04.2017

"Cienie" Amy Meredith

     I jest! Pierwsza recenzja w nowym roku 2017, choć książkę tę skończyłam czytać podczas Bożego Narodzenia. Otrzymałam ją (jako jedną z trzech!, wśród samych słodkości) w prezencie od Gabrysi w ramach świątecznej wymiany u Królowej Moli. Muszę przyznać, że dawno nie czytałam książki fantasy, nie wliczając w to cyklu potterowskiego. Główny motyw wampirów, wilkołaków, czy innych tak nadprzyrodzonych stworzeń już jakoś mnie nie fascynuje, jednak... Coś fantasy w sobie ma, że czasem jednak się po nie sięgnie ;). A, że pretekst - świąteczny prezent - idealny, by to zrobić... Przeczytałam i ja. Zapraszam! 



"Bez paniki (...), pomijając wysokość waszych obcasów, żadna z was nie wykazuje oznak szaleństwa".
     
      Cykle czy sagi fantasy mają to do siebie, że MUSZĄ być albo dobre, albo po prostu nie ma sensu się za nie zabierać. Gdy Czytelnik trafi na te z gatunku "lepszych", istnieje szansa, iż sięgnie po ciąg dalszy. Jeśli jednak przeczyta książkę, byleby tylko ją "odhaczyć", nie ma co liczyć na to, że będzie zainteresowany jej kontynuacją. Od razu powiem, że u mnie występuje ta druga okoliczność. Książkę przeczytałam tylko i wyłącznie dlatego, gdyż otrzymałam ją w prezencie i kiedyś zaczytywałam się w takich opowieściach. Kiedyś, czyli jak miałam jakieś szesnaście lat. Teraz mam trochę więcej i śmiało mogę stwierdzić, że już raczej nie sięgnę po coś podobnego. 

     Eve jest typową nastoletnią dziewczyną, z gatunku tych, które mają mnóstwo pieniędzy; elegancki dom, wystawne przyjęcia, luksusowe ubrania i gadżety, codzienne zakupy w najdroższych sklepach, oczywiście tych najmodniejszych, przerzucanie się wraz z koleżankami nazwami znanych marek, życie w mieście celebrytów, gdzie jedynym zmartwieniem dorastających panien jest przekroczenie wyznaczonego limitu na karcie kredytowej rodziców. Żyć nie umierać. I tak cukierkowo wyglądałaby pewnie cała akcji powieści, gdyby nie jej zawężenie, a mianowicie pojawienie się w okolicy dwóch chłopców; Mala i Luke'a. Pierwszy jest małomówny, drugi wygadany. Obaj jednak są bardzo tajemniczy i wydaje się, iż każdy z nich ukrywa coś przed resztą świata. Jak się okazuje - dokładnie tak jest...

Sam pomysł na motyw przewodni powieści, czyli demony oceniam na jak najbardziej trafiony, jednak już jego realizacja pozostawia wiele do życzenia. W pierwszej połowie powieści jest tak słodko i mdło, że aż boli głowa. Eve z przyjaciółką biegają tylko na zakupy, interesują je tylko ubrania, dobrze wyglądające stopy w sandałkach od Jimmy'ego Choo i perfekcyjnie ułożone włosy. Płytkość ich myślenia po prostu przeraża. Wiele zmienia się, gdy Eve zaczyna widywać się z Lukiem i Malem; okazuje się, że mają, pomimo różnic, tak wiele z sobą wspólnego... Nie rozumiem, jak dalej może potoczyć się akcja powieści; nie sięgnę po jej kolejne części, mimo iż czytało mi się łatwo, szybko i lekko (no ale jak można inaczej czytać opowieść o dorastających dziewczynach martwiących się oklapłymi włosami?) - chyba po prostu wyrosłam z tak młodzieżowych lektur. Temat pociągnięty zbyt pobłażliwie, by chcieć do niego powrócić. Gdyby chociaż postaci jakoś zapadały w pamięć... Ale ja już po kilku chwilach od skończenia książki, nie pamiętałam, kto jak miał na imię, oraz jaki sens wypływa z przeczytanej publikacji. Osobom lubujących się w podobnych klimatach i tym, które mają +/- 15 lat - polecam, dlaczego nie, może akurat im się spodoba, jednak ludziom, którzy od książki oczekują czegoś więcej niż tylko bycia zapychaczem czasu zdecydowanie odradzam. 

OCENIAM: -3/6!

Autor: Amy Meredith
Tytuł: Cienie
Seria/cykl: Dotyk ciemności (tom 1)
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 247
Tłumaczenie: Alicja Marcinkowska 

Podsumowanie roku 2016!

     Dziś już czwarty stycznia (!), a ja dopiero teraz zabieram się za podsumowanie minionego roku; jednak jak to mówią - lepiej późno niż wcale. Tegoroczne (a właściwie już tamtoroczne) Boże Narodzenie to wspomnienie zapalenia gardła i chorych spojówek; a obecny czas to nawał pracy w przedszkolu związany ze zbliżającym się Dniem Babci i Dziadka: zaproszenia na akademię, laurki, prezenty, próby, nauka piosenek - dzieje się! :) 

Dlatego podsumowanie pojawia się dopiero dzisiaj, mam nadzieję jednak, że nie przemknie Wam i ono gdzieś w głębi tego, co się tu wyprawia, a wyprawia się wiele! W końcu przeszłam na własną domenę; nowy adres, nowa grafika, jednym słowem, nowy rok i nowa ja... Ale o tym później, bo teraz czas na książkowe zaległości, czyli o tym, z czego wywiązałam się (a z czego nie) w dobrym roku 2016.

Rok ów obfitował w wiele zmian w moim życiu; przede wszystkim skończyłam studia, zatem już "jestę magistrę", sodówka uderzyła mi do głowy, panoszę się... Nie, nic z tych rzeczy. To znaczy prawda z tymi studiami, ale cała reszta... Fakt, zaczęłam pracę w zawodzie, jestem zakochana w moich maluchach mimo tego, jak codziennie bardzo dają mi w kość, biegam na zumbę, uczę się bardziej niż zwykle angielskiego, więc troszkę ta doba wydaje się krótsza, zwłaszcza jeśli chodzi o czytanie książek. Nie mam już na nie tak dużo czasu jak wcześniej, tym bardziej, że mieszkam 5 minut od pracy, przez co odpadło mi czytanie w drodze do niej. Ale staram się jak mogę i dlatego moje wyniki ilości, ale i jakości lektur przedstawiają się następująco:

W roku 2016 przeczytałam równo 60 książek.
Opis każdej z nich znalazł się na stronie, co daje 60 samych postów recenzyjnych + inne, takie jak "Zachcianki", "Zasłuchana WK" i te prywatne. 
Jeśli chodzi o postanowienia; te, z których wywiązałam się, tak jak chciałam: 

- przeczytałam w końcu coś autorstwa Pana Mroza! I jestem pod jego ogromnym wrażeniem; na pewno będę do niego wracać! Tym bardziej, że na półce już czekają kolejne książki, bo skoro zima to i idzie Mróz! ;)

- ponownie poczytałam coś magicznego - wraz z Ciachem ze Świata Bibliofila recenzujemy wspólnie każdą część; on z perspektywy świeżaka, który dopiero co zetknął się z tym cyklem, ja z punktu widzenia wyjadacza, który na HP uczył się życia ;)

- przeczytałam WSZYSTKIE książki Nicholasa Sparksa, tak jak chciałam!

- znowu zagłębiałam się w klasykę, "Wichrowe Wzgórza" i "Rozważna i romantyczna" za mną! Teraz czas na resztę planów, czyli "Przeminęło z wiatrem", "Dumę i uprzedzenie" itp.

- Byłam na krakowskich Targach Książki, ponownie spotkałam się z moim ulubionym polskim pisarzem literatury dziecięcej Grzegorzem Kasdepke ;)

A to mi nie wyszło:

- niestety nie przekonałam się do "Wiedźmina", choć próbowałam, przysięgam!

- nie nadrobiłam zaległości na półce; wciąż leży tam to, co leżało...

Generalnie jestem zadowolona, zawsze mogło być gorzej. Na nowy rok 2017 postanowień nie robię, czytam tylko to, co lubię, omijam gnioty, recenzuję tylko to, co uważam za słuszne i zamawiam z Wydawnictw i Księgarni tylko to, co chcę przeczytać. Życie jest za krótkie, by czytać coś, na co się kompletnie nie ma ochoty, albo coś, co wciskają wydawcy. Wiadomo, chciałoby się pochłonąć jak najwięcej książek, bo tyle wspaniałości czeka na półce i tej domowej, i tej w sklepie, jednak... Wiem, na ile mogę sobie pozwolić, jak stoję z czasem i jak go organizować w taki sposób, by wszyscy byli zadowoleni ;).

W nowym 2017 roku życzę Wam przede wszystkim spełnienia wszelkich życzeń; by udały się plany i zamierzenia, by nie cechował nas "słomiany zapał"; by wytrwałość i cierpliwość w dążeniu do celu stały się naszymi wiernymi towarzyszkami w każdym dniu ;). No i zdrowia. Bo sama wiem, jak głupie chociażby zapalenie gardła może utrudniać życie. Dbajcie o siebie i o najbliższych. I idźcie przez życie z codziennym uśmiechem, który otwiera wiele drzwi, jak sama się o tym przekonuję, doceniając małe i duże szczęścia.

A teraz o zmianach!

Jak widać, WK odchodzi w czas nazywany przeszłością (nigdy nie napiszę: w zapomnienie, bo nie da się zapomnieć dwóch lat ciężkiej pracy, którą się wkłada w swoją pasję), a w teraźniejszość i w nowy rok 2017 wkraczam już typowo ja, Książkolubna! :) Nowy adres, swoja własna domena, nowa grafika (podziękowania i ukłony dla niesamowitego Reja, który ponownie, tym razem w większej mierze, znosił moje humory, zmiany zdania, nanosił poprawki, ślęczał nad tym, aż do ostatecznego efektu; KusowskiDesign - dziękuję! :)), nowa nazwa, nowe plany, nowe życzenia... Dwa lata za mną, ileż przede mną! Pisałam i będę pisać, uwielbiam to robić i pomimo tego, że niektórzy uważają to za głupotę, ja będę to robić, bo to coś, co sprawia mi ogromną radość. Ważne, by mieć swoje własne hobby, które cieszy każdym swoim drobnym elementem... 

Dziękuję Wam, że byliście ze mną przez te dwa wspaniałe lata, a teraz proszę, byście zostali na resztę kolejnych :). W żadnym wypadku nie zamierzam się zmieniać, WSZYSTKO zostaje tak jak było, może z drobnymi poprawkami, o których będę na bieżąco informować, jednak sens i przesłanie mojego działania zmianie nie ulegnie. Jeśli ktoś lubi zerkać na te moje wypociny, po prostu w sieci znajdzie mnie jako Aśkę z Książkolubnej, a nie z WirtualnejKsiążki ;). Przepraszam, że mam tyle zaległości na Waszych blogach i stronach, ale czasowo się już nie wyrabiałam. Teraz postaram się to nadrobić :).

Ja cieszę się ze zmian ogromnie, mam nadzieję, że i Wam się tu spodoba po takiej przeprowadzce. Pozdrawiam, ściskam!


Uśmiechnięta i szczęśliwa jak zawsze,
już oficjalnie: Książkolubna! :)