9.05.2018

"Kopia doskonała" Małgorzata Rogala



Autor: Małgorzata Rogala
Seria/cykl: Celina Stefańska (tom 1)
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Ilość stron: 352
Rok wydania: 2018

"Nie masz prawa mówić, że nie dasz rady, jeśli nie spróbowałaś".

Już od pewnego czasu słyszałam dobre rzeczy na temat naszej rodzimej autorki - Małgorzaty Rogali; jednak nigdy nie było mi jakoś specjalnie po drodze z jej twórczością. Dlatego, gdy tylko pojawiła się okazja do przeczytania i napisania kilku słów o pierwszym tomie jej najnowszego cyklu kryminalnego - uznałam, iż lepszej zachęty do lektury mi nie potrzeba. I tak oto w moje ręce wpadła "Kopia doskonała". 

W pierwszych rozdziałach powieści poznajemy główną bohaterkę cyklu - Celinę Stefańską, "sklepowego" szpiega, która ewidentnie posiada jednak potencjał na detektywa z prawdziwego zdarzenia. Splot pewnych wydarzeń daje jej taką szansę. Babcia prosi ją, by pomogła wnuczce koleżanki z klubu jogi. Dominika, jako, że jest niesamowicie uzdolnioną malarką, dostała interesujące zlecenie skopiowania słynnego dzieła Józefa Pankiewicza "Targ na jarzyny na Placu Żelaznej Bramy w Warszawie". W tym celu musi wyjechać aż do Lyonu, gdzie... Słuch po niej ginie. I właśnie odnalezienie owej młodej dziewczyny staje się celem Celiny. Kobieta, najpierw niepewnie, później z coraz większym przekonaniem angażuje się w sprawę. Jej finał jest zaskakujący.

Autorka powoli wprowadza nas w wir wydarzeń - przyznam szczerze, iż przez kilkanaście pierwszych stron lekko wiało nudą. Nie porwała mnie główna postać; jej lęki i obawy, dziwne przeczucia i przekonania, wymówki podczas rozmów itp. Dopiero z czasem, gdy poznałam innych bohaterów całej historii - zaczęłam się coraz bardziej zagłębiać w motyw porwania Dominiki, śledzenia akcji, typowania winnych i poszkodowanych. Niezbyt obszerne rozdziały powodują u Czytelnika stylowe "jeszcze jeden rozdział i idę spać", przez co nie można się od książki oderwać. Ciekawie skonstruowana fabuła, gdzie do każdego rozwinięcia wprowadza nas kilka zdań, np. Rozdział 5. Przesyłka z Francji. Kto siedzi na schodach muralu? Babcia Józefina ma plan. Nigdy nie spotkałam się z czymś podobnym. Bardzo to pomogło mi w lekturze, wiedziałam na czym dokładnie się skupić. I tak, w pewnym momencie uznałam, iż naprawdę lubię główną bohaterkę, ba, nawet jej kibicuję i ją wspieram! Gdy na jaw zaczęły wychodzić niezbyt chlubne fakty z jej przeszłości, powoli rozumiałam jej motywy postępowania, podejmowania takich a nie innych decyzji, lęk, strach, brak zaufania i pewności co do pewnych działań. Akceptowałam jej traumę oraz pragnęłam, by ją pokonała, pomagając babci Eleonorze i babci Józefinie w odszukaniu Dominiki. Babcie to kolejne osoby, które zdobyły moje uznanie. Sympatia do kodów, szyfrów, szarad, tajemnic, zagadek oraz kreatywność w sposobie ich wymyślania - też tak spędzałam dzieciństwo! No i został Ksawery... Aj, ten Ksawery... I jego biegłość z znajomości języka francuskiego! Coś pięknego. 

Pani Małgorzata Rogala stworzyła ciekawą opowieść kryminalną, otwierającą cały cykl z Celiną Stefańską. Dużo tu szczegółów i szczególików, na które warto zwrócić uwagę, przez cały czas akcja posuwa się do przodu, nie dając czasu na wytchnienie. "Kopia doskonała" to interesująca powieść o tym, jak z pozornie błahej decyzji może powstać coś dużo większego. To historia o tym, jak pokonywać swoje słabości i lęki, jak iść twardo przez życie z poczuciem swojej wartości. Jak małe kroki mogą po pewnym czasie stać się odstępami milowymi; ważne jest to, by nigdy się nie poddać, by zawsze w siebie wierzyć, w swoje zdolności i umiejętności. Autorka dodała tutaj motyw przestępczości artystycznej; gdzie plagiaty, kopie słynnych dzieł przybliżają nam swoją swoistą strukturę. Nigdy wcześniej nie słyszałam o wspomnianym obrazie, a teraz, dzięki lekturze, nie tylko sporo się o nim dowiedziałam, ale i mogłam podróżować po malowniczym Lyonie, poczuć jego specyficzny magiczny klimat, zafascynować się nim, zamarzyć o ujrzeniu jednego z najsłynniejszych murali. Mam nadzieję, że kiedyś mi się to uda. Publikacja nabiera ogromnego tempa pod sam koniec, pomimo ciągłego trzymania w napięciu, finał mnie zaskoczył. Nie zdziwiłabym się, jakby kiedyś powstał film na podstawie tej książki. Czekam na kolejny tom. Polecam.

Za książkę dziękuję Księgarni TaniaKsiążka.pl

9.03.2018

"Tatuażysta z Auschwitz" Heather Morris



Autor: Heather Morris
W oryginale: The tattooist from Auschwitz
Wydawnictwo: Marginesy
Ilość stron: 320
Tłumaczenie: Katarzyna Gucio
Rok wydania: 2018

"Ktokolwiek jedno życie ratuje, jakby cały świat ratował".

Bardzo długo zabierałam się za napisanie chociażby kilku słów na temat tej książki. Ciężko recenzować opowieść o temacie tak trudnym; gdzie główny bohater jest postacią realną, a każde jego słowo oparte jest na faktach minionych wydarzeń. Pewne publikacje nie powinny być poddawane ocenie; zwłaszcza osobom, które nawet w najmniejszym stopniu nie są w stanie sobie wyobrazić tła historycznego wojny, obozów koncentracyjnych i okrucieństwa, z jakim musiała mierzyć się ówczesna ludność. Powyższa książka wywarła na mnie spore wrażenie, być może jest to spowodowane tym, iż od czasów liceum, gdzie obowiązkową lekturą były "Opowiadania" Borowskiego czy "Medaliony" Nałkowskiej - nie sięgałam po podobną literaturę. Teraz, gdy być może do niej dojrzałam, nie potrafię przejść ot tak, po prostu obojętnie. I nieważne, że w sieci roi się od niepochlebnych opinii na temat "Tatuażysty..."; bo ponoć za lekka, za bardzo przesadzona w złą stronę, udowadniająca, iż tylko ludzie sprytni i wykształceni byli w stanie sobie poradzić z obozowym dramatem. Ja uwierzyłam w tę historię. Uwierzyłam Lalemu.

Lale Sokołow jest Żydem słowackiego pochodzenia; ma dwadzieścia sześć lat gdy trafia do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Praktycznie od razu zostaje zauważony jest talent do języków - Lale zna ich bowiem aż sześć; co stawia go w uprzywilejowanej pozycji. Jego zadaniem jest tatuowanie więźniów przybywających do obozu - pod presją i wnikliwym okiem m.in. doktora Josepha Mengele. Gdy Lale ma tatuować JĄ - Gitę, młodą piękną kobietę - zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia. Od tej pory każda decyzja mężczyzny, konsekwencje z nią związane - jest dyktowana uczuciem, od którego nie może się uwolnić. Postanawia, że zrobi WSZYSTKO, by uratować i siebie i Gitę. Za wszelką cenę. 

Heather Morris, która rozmawiała nie tylko z Lalem, ale również z jego synem, starannie odzwierciedla wspomnienia mężczyzny z tamtego okrutnego czasu. Kładzie nacisk na relacje Lalego z Gitą; ich wzrastającą prawdziwą MIŁOŚĆ, pierwsze skradzione pocałunki, ukradkowy dotyk, przywileje w postaci przemyconej czekolady. Nie sposób jednak przejść obojętnie obok tła historii rodzącego się związku; obóz rządzi się swoimi prawami, porażając swoją bestialską realnością. Lale miał mnóstwo szczęścia, i nie można mówić, że było inaczej. Przez to, że biegle posługiwał się obcymi językami, mógł porozumieć się i z Niemcami, i z Polakami pracującymi przy budowie krematoriów, i z Rosjanami, których napotkał na swojej drodze. Rozmowy, pomoc, z których wynikał przemyt tak bardzo pożądanej kiełbasy, czekolady - otwierały praktycznie każde drzwi. Lale miał swój teren, swoje przywileje, oraz swój spryt, dzięki któremu wyszedł cało z niejednej opresji. Miał również swój cel, któremu oddał się bez reszty. Każdą pracę, którą musiał wykonać, każdą decyzję, którą musiał podjąć, każdą rozmowę, którą musiał przeprowadzić, każde kłamstwo, które musiał zastosować - niczego nie robił bez powodu. Każdy jego ruch sprowadzał się do jednego - by przeżyć to piekło. Bo inaczej egzystencji w obozie, niż piekłem -  nie da się nazwać. Nikt nie jest w stanie ocenić postępowania drugiego człowieka, dopóki sam się nie znajdzie w takiej samej sytuacji. Wielu ocenia Lalego przez pryzmat tego, iż "on miał szczęście, bo był wykształcony". Owszem. "Bo był sprytny i wiedział, jak kombinować". Tak, dokładnie tak robił. "Nie musiał ratować siebie, skoro mógł pomóc innym". Naprawdę? A co robi człowiek w wyniku uaktywnienia się instynktu przetrwania? Ratuje siebie i przede wszystkim siebie. Nikt nie ma prawa wyrokować sądów nad postępowaniem młodego zakochanego człowieka postawionego w obliczu tak ogromnego okrucieństwa, poniżenia, upokorzenia, cierpienia, głodu, wycieńczenia, bólu, odczłowieczenia, odarcia z wszelkiej godności. NIKT. 

"Tatuażysta z Auschwitz" to wstrząsająca historia człowieka, który przeżył piekło na ziemi. Opowieść mężczyzny, który wykorzystał każdą daną mu kartę, w grze, z której nie było powrotu. Wspomnienia Lalego Sokołowa, który zdecydował się opowiedzieć o swoich przeżyciach dopiero po śmierci swojej żony - Gity, która wraz z nim przeżyła Oświęcim. Dlaczego? Bo wspomnienia były ogniem zapalnym w wycieńczonym sercu człowieka; który chciał choć w jakiś sposób nie wracać do rozdzierających wspomnień z przeszłości. Nie jest to jednak możliwe, gdyż takie wydarzenia odciskają w duszy swoistego rodzaju piętno. Ważne jednak jest, by tacy ludzie jak Lale opowiadali o tym, co przeżyli - dla nas, przyszłych pokoleń. By uświadamiać, ile złego jest w stanie wyrządzić drugi człowiek. By pamięć pozostała...

Nie jestem w stanie ocenić tej książki. Nie jest to lektura z kategorii "dobra" czy "zła". Na pewno jednak nie żałuję, że ją przeczytałam; wręcz przeciwnie. Zainteresowałam się bardziej historią z okresu II wojny światowej; teraz pochłaniam tylko książki o podobnej tematyce. Polecam Wam "Tatuażystę..." - sami oceńcie, czym będzie dla Was to wspomnienie. Wspomnienie mężczyzny, który pomimo okrutnego oblicza wojny - znalazł SIŁĘ W MIŁOŚCI.

Za książkę dziękuję Księgarni TaniaKsiążka.pl, gdzie znajdziecie również inne bestsellery!

9.02.2018

"Nie ukryjesz się" Susan Lewis



Autor: Susan Lewis
W oryginale: No place to hide
Wydawnictwo: Kobiece
Ilość stron: 472
Tłumaczenie: Aleksandra Weksej
Rok wydania: 2018

"(...) rodzic NIE zawsze jest odpowiedzialny za to, kim okaże się jego dziecko".

Dopiero co pisałam artykuł o tym, jak ciężko jest stwierdzić, czy rodzic ma wpływ na zachowanie swojego dziecka, gdy w moje ręce wpadła ponownie książka o tejże tematyce. Z jednej strony twierdzę, iż rodzic odgrywa ogromną rolę w procesie dorastania swojej pociechy; przekazuje mu bowiem wzorce, według których młode pokolenie buduje swój kręgosłup moralny. Niejednokrotnie jednak dzieje się tak, iż nawet najbardziej gorliwy ojciec czy najbardziej zaangażowana w wychowanie dziecka mama - nie ma wpływu na to, kim tak naprawdę okaże się dorastający syn czy dojrzewająca córka. Bywają bowiem pewne skłonności genetyczne, somatyczne, socjospołeczne, psychiczne, które uaktywniają się w najmniej oczekiwanym momencie i nic, ani nikt nie jest w stanie ich powstrzymać. 

Książka "Nie ukryjesz się" jest moim pierwszym zetknięciem się z prozą pani Susan Lewis; i mogę stwierdzić z całą pewnością, że na pewno nie jest to ostatnie spotkanie. Lektura od samego początku wywołała we mnie narastające poczucie niepokoju, szoku, niedowierzania, lęku, i próby... Zrozumienia? Ciężko stwierdzić. Na pewno jednak jest to książka, która zostanie w mojej pamięci na bardzo długo. Tematyka, z którą zmierzyła się autorka, jest rzeką - można się w nią zagłębiać nieskończoną ilość razy, a i tak będzie to niewystarczające. Temat pozornie zwyczajny. Rodzina, problemy, rozwiązywanie ich, życie. Jednak to lektura o kilku dnach. I to głębokich.

Główną bohaterką powieści jest Justine. Szczęśliwa żona, matka, spełniająca się kobieta, której marzenia o dużym pięknym domu zaczynają być realnym osiągnięciem. Ona, jej mąż Matt wraz z dwójką dzieci - Abby i Benem mieszkają w Londynie, pracują, są zadowoleni z siebie i swojej rodziny, cieszą się życiem. Do czasu.

Autorka zgrabnie prowadzi narrację, bowiem rozdziały się przeplatane "teraźniejszością" a "przeszłością" Justine. W przeszłości mamy to, co napisałam linijkę wyżej. Szczęśliwą rodzinę, której wydawać się może - nic nie zaszkodzi, to po prostu ludzie skazani na wieczne słońce i dobrą monetę. Niestety. Rozdziały "teraźniejszości" dotyczą sytuacji rodziny osiemnaście lat później, gdzie Justine nie mieszka już w Londynie, a w amerykańskim miasteczku, towarzyszy jej najmłodsza córka, obie mają zmienione nazwisko, z mężem kobieta kontaktuje się tylko telefonicznie, a i tak dąży do tego, by i ten kontakt w końcu ustał. Co się wydarzyło, że życie Justine i Matta wygląda teraz właśnie tak? Dlaczego kobieta musiała uciec na drugi koniec świata, do domku swojej nieżyjącej już babci, odciąć się od swojego dawnego życia w Anglii? Susan Lewis umiejętnie wprowadza Czytelnika w stan niepokoju, ciekawości i zainteresowania; przewracałam strony z niecierpliwością, bo pojawiało się coraz więcej pytań, na które koniecznie chciałam znaleźć odpowiedź. Dlaczego z Justine została tylko najmłodsza Lula? Dlaczego Justine nie chce mieć kontaktu z mężem? Dlaczego boi się własnego cienia, nie chce, by ktokolwiek ją rozpoznał, panikuje z powodu dziwnych maili, w końcu jaką tajemnicę skrywają jej rodzinne korzenie? I dlaczego ciągnie ją w kierunku domu babci, gdzie pojawiają się kolejne sekrety? 

Byłam w szoku, gdy w końcu dotarłam do finału. Pojawił się szereg emocji, których nie umiem nazwać; coś między niedowierzaniem, litością, współczuciem a próbą zrozumienia. Jak można było zapobiec tragedii, która doświadczyła rodzinę Cantrellów? Co zrobić w sytuacji, gdy jedno dziecko jest wzorem zachowania; dobrze się uczy, ma pasje i zainteresowania, chce się rozwijać, spełniać swoje plany i marzenia, jest pogodne, radosne i pełne życia, podczas gdy drugie jest kompletnym przeciwieństwem? Gdy Ben staje się arogancki, butny, pyskaty, zamyka się w swoim świecie - Justine i Matt nie wiedzą co robić. Są zagubieni, załamani, chwytają się wszelkich możliwości. Pragną być szczęśliwą rodzinę, tak jak się na to zapowiadało, jednak dorastający syn skutecznie im na to nie pozwala. Nierozumiany, zakompleksiony, zamknięty w sobie, wulgarny, agresywny doprowadza swoją rodzinę do ostateczności. Nikt nie jest w stanie powstrzymać tragedii...

Lektura niesamowicie emocjonalna, zmuszająca do wielu refleksji. Jeśli komuś wydaje się, że bycie rodzicem to łatwizna - niech się grubo zastanowi dwa razy. Szereg decyzji, postanowień, walki, wyrzeczeń, prób pogodzenia się z losem na równi z szczęściem, radością, MIŁOŚCIĄ bezgraniczną, do samego końca... Autorka zostawia Czytelnika z milionem galopujących myśli rozpoczynających się od słów "Co by było gdyby...?"

Na pewne rzeczy po prostu nie masz wpływu. Niestety. Polecam bardzo serdecznie!

Za książkę bardzo dziękuję Księgarni TaniaKsiążka

9.01.2018

Rok szkolny się zbliża! [WYPRAWKA]


Na każdym kroku podkreślam, jak bardzo lubię i cenię współpracę z Księgarnią TaniaKsiążka.pl; czuję się niesamowicie rozpieszczana - książki, które do mnie trafiają, to te, które chcę przeczytać oraz takie, które są mi polecane. Pani Ania, z którą się kontaktuję - zna już mój gust i wie, co może mi się spodobać, Pani Paulina zachęca do ciekawych akcji - obie nigdy nie naciskają na terminy, bo czasem mam taki zawrót głowy, iż złapanie zakrętu niejednokrotnie stanowi problem ;). Teraz jednak TaniaKsiążka poszła krok dalej - otrzymałam bowiem paczkę wyprawkową z okazji nadchodzącego roku szkolnego! Nie ukrywam, że jestem nauczycielką i każda taka forma "wsparcia" jest dla mnie mocno cenna! TK doskonale o tym wie i... Mam, mam, mam! A co? Sami zobaczcie!


Skład paczki:
- 2 bloki rysunkowe A3
- Kredki świecowe 
- Farby plakatowe
- Zakładki w formie linijek
- Materiał do nauki j. ang. dla dzieci (!!!)
- Ogrooomna ilość naklejek 

Pracuję w przedszkolu, więc materiały plastyczne są dla mnie na wagę złota; zawsze przydadzą się farby czy kredki. Papieru też nigdy za wiele. Oprócz pracy z dziećmi, sporo czasu spędzam w domu na przygotowywaniu materiałów dla mojej grupy; drukuję, wycinam, laminuję itp., nie mogę się doczekać, aż użyję moich nowych plastycznych perełek! 





Warto pamiętać, iż TaniaKsiążka.pl to nie tylko książki. To mnóstwo gadżetów, rzeczy potrzebnych właśnie do szkoły czy przedszkola - każdy znajdzie tu coś dla siebie! Oczywiście w bardzo dobrej cenie - sami sprawdźcie. 



Nie jestem w stanie zliczyć, ile mam tych naklejek! Od poniedziałku rozdaję koleżankom w pracy! ;)

Najbardziej z tej całej wyprawki ucieszyły mnie nie materiały plastyczne (choć są cudowne, będę z nich korzystać!), a karty obrazkowe do nauki języka angielskiego dla dzieci. Coś pięknego. Napomknęłam Pani Paulinie, iż od tego roku zaczynam uczyć dzieci właśnie języka angielskiego i proszę! Dostałam świetną rzecz, która na pewno mi w tym sporo pomoże. W niepozornym pudełeczku znalazłam flashcards, płytę i kolorowanki! Moje dzieciaki na pewno się ucieszą, a ja sama nie mogę już doczekać się poniedziałku! ;)


Uwielbiam! <3

Bardzo serdecznie dziękuję Księgarni za takie wakacyjne rozpieszczenie mnie, niesamowicie to doceniam. A Was zapraszam na stronę TK, gdzie oprócz książek, gadżetów, materiałów plastycznych znajdziecie jeszcze mnóstwo podręczników, które na pewno się przydadzą w szkole! 

Szybko szybko!

8.13.2018

Rola rodziców w wychowaniu dziecka - czy zachowaniu Fincha można było zapobiec? Czyli o najnowszej powieści pióra Emily Giffin "Wszystko, czego pragnęliśmy"



Autor: Emily Giffin
W oryginale: All we ever wanted
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 360
Tłumaczenie: Martyna Tomczak
Rok wydania: 2018

"Och, kochanie (...) to wszystko twoja zasługa... Jestem z ciebie taka dumna".

Dziś nie będzie typowej i zwyczajnej recenzji w moim wydaniu. Choć każda jest w pewien sposób unikalna i wiele o mnie mówi; dziś chciałabym skupić się na powyższej książce formą drobnego artykułu, felietonu, wolnej wypowiedzi. Emily Giffin nie jest mi obcą pisarką; przeczytałam kilka jej książek i spokojnie mogę powiedzieć, iż łączy je jedno: lekkość pióra, codzienna obyczajowość i prawdopodobieństwo historii (mogła/może się przydarzyć każdemu z nas!), trzeźwa ocena sytuacji, nieoczywistość postaci i podejmowanych przez nie decyzji, możliwość utożsamienia się z nimi, oraz finał, który być może nie zawsze jest przewidywalny, ale jest właściwy. A o to chodzi w tego typu powieściach. Dziś chciałabym się skupić na najnowszej powieści pani Giffin "Wszystko, czego pragnęliśmy" pod kątem jednego z problemów społecznych, bardzo aktualnego w dzisiejszym świecie.

Nina ma to, czego pragnie (przynajmniej tak może się wydawać) każda kobieta. Zamożnego męża, nastoletniego zdolnego syna Fincha (właśnie dostał się na Princeton!), cudowny dom, ubrania od najlepszych projektantów. Pozory jednak mogą bardzo mylić; kobiecie brakuje bowiem zainteresowania ze strony małżonka, który przebywa ciągle w rozjazdach, ciepła, którego miała aż nadto w domu rodzinnym, przyjaciółki, której mogłaby się zwierzyć z każdego problemu, bez obaw o ocenę swojego postępowania i fali krytyki powodowanej zazdrością o detale z życia. W świecie materialnym liczy się to, na ile sobie możesz pozwolić, jakiej klasy luksus staje się twoim udziałem, uroda, na którą zasługujesz lub wręcz przeciwnie, a także ilość imprez w stylu glamour, które zaszczycisz swoją obecnością. Nina dobrze czuje się w świecie, który zdobyła poprzez małżeństwo z Kirkiem, jednak coraz dosadniej zaczyna odczuwać efekty fałszywości pieniędzy, które przecież szczęścia nie dają. 

Tom to samotny ojciec; wychowuje córkę Lylę. Na życie zarabia zawodem stolarza, stara się z całych sił, by zapewnić odpowiedni byt swojemu dziecku. Jest dumny z Lyli, która dzięki uzyskanemu stypendium dostaje się do elitarnej szkoły Winsdor. Po burzliwym związku z Beatriz, którego owocem jest ukochana córka, Tom twardo stąpa po ziemi, pragnąc ochronić to, co dla niego jest najważniejsze. Gdy Lyla staje się ofiarą okrutnego żartu Fincha, Tom zrobi WSZYSTKO, by winowajca poniósł odpowiednią karę. Niespodziewanie sojusznika znajduje w osobie... Niny, która również pragnie dla syna tego, czego nigdy nie doświadczył. Powzięcia odpowiedzialności za swoje czyny. Bo do tej pory miarą jego moralności były odpowiednie kwoty pieniężne. Sprawy niespodziewanie się komplikują, a Nina zaczyna się zastanawiać, w którym momencie popełniła błąd.

Problemem poruszanym w powieści jest ogromny wpływ mediów społecznościowych na dzisiejszą młodzież. W zalewie Facebooka, Instagrama, Twittera, Snapchata i im podobnych nietrudno zatracić swoją tożsamość, osobowość, realność; niejednokrotnie ludzie ukazują w Internecie świat, w którym pragnęliby się znaleźć, chwalą się tym, do czego udało się im dojść, oraz kreują swoją rzeczywistość w najbardziej (pozornie) komfortowy dla siebie sposób. Krzyk "Popatrz na mnie!", "Zobacz, kim jestem!", "Udało mi się!" - to prośba o zwrócenie na siebie uwagi, jej motywy bywają różne, być może czasem chodzi o coś innego, ale nie na tym chcę się skupić. Sama nie stronię od mediów społecznościowych, lubię wiedzieć, co dzieje się u moich znajomych oraz u ludzi, których bardzo szanuję i podziwiam. Cudownie, że znajdują czas, by dzielić się sobą, swoimi doświadczeniami, przeżyciami w Internecie, gdzie kontakt bywa błyskawiczny. Pomimo ogromu plusów, jakie niosą z sobą strony społecznościowe (grupy ze studiów, kontakt ze znajomymi, konkursy, akcje, itp.), są też one czarną dziurą, jeśli chodzi o kontrolę tego, co się znajduje w Internecie. Przykładem jest Finch, który wysyła do znajomych kompromitujące zdjęcie Lyli - dociera ono do sporego grona odbiorców, dając wyraz tego, iż nikt w sieci nie jest anonimowy. Rozpoczyna się walka z czasem, uprzedzeniami, szacunkiem do drugiego człowieka, młodością, przeszłością i przyszłością. Nina zastanawia się, czy mogła temu w jakiś sposób zapobiec. Nie sposób odpowiedzieć na to pytanie. 

Jak wiecie, jestem nauczycielką w przedszkolu. Codziennie spotykam się z około 150 dziećmi, w mojej grupie jest magiczna 25, gdzie poznałam bliżej i dzieciaki i ich rodziców. Pozostałe znam pozornie "tylko z widzenia", jednak śmiało mogę powiedzieć (zresztą zawsze tak przy tym obstawałam), że wychowanie ma OGROMNY wpływ na zachowanie dziecka. Dziecko z rodziny, gdzie brakuje jasno ustalonych zasad moralnych; norm, które kształtują jego umysł od najmłodszych lat, kodeksu postępowania, do którego w każdej chwili można się odnieść - błądzi, poszukując swoich własnych rozwiązań w gronie rówieśników, zdając się kompletnie na ich wpływ. Wyobraźmy sobie, że właśnie mamy grupę około 25 takich dzieci. Błędne koło samo się nie zamknie. W swojej pracy codziennie widuję dzieci, które są rozpieszczane do granic możliwości, którym się pozwala dosłownie na WSZYSTKO, gdzie w domu najciekawszą rozrywką jest komputer, gry, playstation, telefon z odpowiednimi aplikacjami, tablet. To nic, że te dzieci nie potrafią samodzielnie trzymać łyżki - ważne, że kciuk i palec wskazujący są rozwinięte aż nadto od ekranów smartfonów. Takie dziecko nie zna granicy, za którą rodzic mówi wyraźne "stop". Zaznaczam, iż mam do czynienia z dziećmi w wieku 3-6 lat. Nie wspomnę, co będzie, gdy owe dziecko tak bardzo przyzwyczai się do dobrobytu; dostawania tego, czego chce, w tym momencie (bo przecież nie może być "zaraz"), iż rodzic nawet się nie obejrzy, a na efekty nie trzeba będzie długo czekać. 

Czy zachowaniu Fincha można było zapobiec? Wydaje mi się, że tak. Gdyby ojciec i matka trzymali jeden front, uczyli chłopaka oboje wyznawania pewnych wartości, poszanowania tego, co dostał od nich i od życia, być może zastanowiłby się dwa razy, zanim zrobiłby obrzydliwe zdjęcie z Bogu ducha winną dziewczyną. On jednak bywał rzucany ze skrajności w skrajność. Z jednej strony jest mama, która wychowała się w biednej rodzinie; docenia zatem wartość pieniądza, szanuje ludzi podobnych do niej, nigdy nikogo nie ocenia po pozorach, wpaja synowi, iż nie liczy się stan materialny, a to, co człowiek reprezentuje swoją postawą moralną, za każdy błąd trzeba zapłacić (metaforycznie, nie dosłownie), a nauczka to dobra lekcja na przyszłość. Z drugiej strony jest tata, który pieniędzmi otaczał się od zawsze; twierdzi, że kwestia "dogadania się" to po prostu ustalenie odpowiedniej kwoty, liczy się to, na ile cię stać, a nie to, kim jesteś. Kirka cechuje brak szacunku do ludzi uboższych od siebie, najważniejszy jest prestiż, lans i szpan, a to, że synuś troszkę przesadził ze swoim zachowaniem? No przecież nic się nie stało... Gdyby i Kirk i Nina zajęli jednostronne stanowisko od początku życia Fincha - być może nie doszłoby do wydarzeń mających miejsce w książce. Sytuacja jest tak bardzo realna i tak bardzo dzisiejsza; mogła się zdarzyć każdemu z nas w dowolnym momencie życia. Gdyby Finch miał wpajane od urodzenia zasady, dzięki którym stałby się po prostu dobrym człowiekiem - może nie krzywdziłby tylu ludzi na swojej drodze, co zaowocowałoby totalnie innym finałem. Oczywiście nie zawsze tak jest, iż rodzic ma wpływ na to, na kogo wyrośnie jego dziecko. Czasem po prostu tak się dzieje. Dają o sobie znać głęboko skryte geny, wpływ znajomych, zakorzeniony swojego rodzaju bunt, nad którym nie sposób zapanować. Nie ma jednej reguły. Ale to nie znaczy, że należy przestać się starać. Dlatego tak bardzo dbam o to, by "moje" dzieciaki miały granicę, wspólnie staram się negocjować ją z ich rodzicami, by obrać wspólny punkt działania, mając na celu wyłączne dobro dziecka. I jego przyszłość. Bo należy pamięć, iż "czym skorupka za młodu nasiąknie..." ;).

Emily Giffin daje do myślenia i zmusza do refleksji. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz.

Co myślicie o takiej "recenzji"?

#JaTeżCzytamGiffin #BlogujęNieHejtuję #WeźNieHejtuj #StopHejt 

Za egzemplarz książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Otwartemu!

8.07.2018

Damsko-męskim okiem o: "Harry Potter i Insygnia Śmierci" J. K. Rowling



Autor: Joanne Kathleen Rowling
Tytuł: Harry Potter i Insygnia Śmierci
Seria/cykl: Harry Potter (tom 7)
W oryginale: Harry Potter and the Deathly Hallows
Wydawnictwo: Media Rodzina
Ilość stron: 782
Tłumaczenie: Andrzej Polkowski
Rok wydania: 2008


Zarys fabuły

Po śmierci jednego z najwybitniejszych czarodziejów wszechczasów nic już nie będzie takie samo. Harry musi radzić sobie sam (oczywiście z pomocą swoich najlepszych przyjaciół) w drodze do pokonania Lorda Voldemorta. Świat czarodziejów pogrąża się w mroku; Zakon Feniksa wytęża swoje siły, by chronić Wybrańca oraz zapewnić bezpieczeństwo magicznemu społeczeństwu. Gdzie jest Snape, który okazał się podłym zdrajcą i mordercą? Czym są tytułowe Insygnia Śmierci i jaką rolę odgrywają w walce z Tym-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać? Czy dobro zatryumfuje? Co tak naprawdę niesie z sobą siódmy tom przygód o młodym czarodzieju?

Ogólne wrażenia

Kamil: Muszę szczerze przyznać, że czuję się rozczarowany, bo więcej dobrego i ciekawego spodziewałem się po ostatniej części. Nie to, żeby nic się tutaj nie działo ciekawego, bo akcji jest sporo i zdarzają się dobre momenty, które wpłynęły na pozytywną ocenę, ale moim zdaniem trochę tu za dużo naciągania, chaosu i spłycenia. Harry, Ron i Hermiona kłócą się o jakieś bzdety, rozdzielają, potem wracają, ogólnie do pewnego momentu zachowują się beznadziejnie i są płytcy jak nigdy dotąd. Średnio przekonywający jest udział i zastosowanie tych tajemniczych Insygniów Śmierci. Bardzo rozczarowujące jest zbezczeszczenie pamięci Dumbledore'a - najciekawszej i najlepszej postaci cyklu. Do tego jeszcze słabe ostateczne starcie z Wielkim Voldemortem, który niby tam jakieś spustoszenie wprowadził, zabijając wspólnie ze śmierciożercami kilka osób i wprowadzając nieco dramaturgi (na szczęście!), ale ogólnie pasuje mi tu jak ulał stwierdzenie - z dużej chmury mały deszcz. To miałoby być zakończenie z mocnym przytupem, które podziała ostro na czytelnika i zapadnie na długo w pamięci, a okazało się po prostu poprawne, przyzwoite i dające odpowiedź na wszystkie nurtujące dotąd kwestie. I tyle. 

Asia: Naprawdę? Nie sądziłam, że AŻ tak Ci się nie spodoba ta finalna część! Chociaż... Może masz trochę racji. Ja ogólnie jestem zachwycona całym cyklem, dlatego ten ostatni tom mną rzucał emocjonalnie, gdyż w końcu wyjaśniły się wszystkie kwestie. I zapewne dlatego przymknęłam oko na rzeczy, o których wspominasz. Wydawać by się mogło, że nasi czarodzieje, już siedemnastoletni, są mądrzejsi, dojrzalsi, bardziej gotowi na spotkanie ze złem. No cóż... W każdej przyjaźni musi kiedyś nastąpić kryzys, tutaj wyklarowało się to w najmniej oczekiwanym momencie. Dla mnie pierwsze wrażenie to zaskoczenie, iż akcja nie dzieje się w szkole! Autorka pomanewrowała trochę miejscami i całą fabułą, nie powiem, dobra odmiana. Co do Insygniów - mnie się podobało wyjaśnienie ich znaczenia itp., no i jak dla mnie przytup był! Sama akcja ze Snapem przecież! Śmierć kilku czołowych postaci! No proszę Cię! Ale to według Ciebie ta dramaturgia, tak? ;)

Kamil: Ale jakie tam czołowe. Poza tym S nikt, kto aż tak był znaczący, nie ginie na końcu. Sama trójka też jakoś specjalnie poszkodowana nie była. Niemal bez szwanku wyszli z wielkiego finału. Nie powiem, bo to w dalszym ciągu literatura młodzieżowa, więc wcale się nie dziwię, że Rowling nie chciała uśmiercać nie wiadomo kogo i w jakiej ilości, ale mi tam brakowało po prostu takiego mocniejszego walnięcia. ;)

Asia: Ej ej! A Fred? A Lupin? A Tonks? No przepraszam za spoiler, ale to i tak już wszyscy wiedzą... Dla mnie to jedne z czołowych postaci, serio, Lupina i Freda bardzo lubiłam a Tonks z tymi swoimi metamorfozami wywoływała we mnie mnóstwo uśmiechu! ;)

Kamil: Najbardziej dotkliwe były śmierci Syriusza i Dumbledore'a. I to był najlepsze też tomy. A w ostatnim wszyscy Ci, których wymieniłaś, to mało znaczące postaci. Poza może tym Lupinem, którego nawet lubiłem. Ale znaczenia ich śmierci, a tych dwóch to bez porównania. ;)

Najciekawsza scena 

Kamil: Ze scen bardzo podobała mi się ta z cmentarzem i domem upamiętniającym cześć Potterów oraz oczywiście akcja z Bankiem Gringotta, która pewnie nie tylko mi skojarzyła się z "Hobbitem". Akcji było dosyć sporo, mimo nieco usypiającego i irytującego początku, ale te dwie podobały mi się najbardziej, bo były najbardziej takie powiedzmy potterowskie, czyli ze specyficznym podejściem i humorem znanymi z poprzednich tomów.

Asia: Tak, cmentarz też mi utkwił w pamięci. Ale podobało mi się jeszcze odkrywanie znaczenia Insygniów - baśnie Barda Beedle'a i cała ta otoczka... I już nie przesadzaj, że początek był irytujący! Chyba nie lubisz wesel, co? :D

Kamil: Właśnie wręcz przeciwnie, uwielbiam! Ale tutaj nie chodziło mi o wesele jako takie, ale o te zachowania całej trójki, jakieś bzdurne, miotali się, nie wiedzieli co robić, a...

Asia: No dojrzeć, to oni nie dojrzeli, faktycznie, masz rację. Jedyna Hermiona jak zwykle przewidująca z tą swoją torebką. Gdyby nie ona... Chciałabym widzieć, jakby Harry poszedł walczyć z Voldemortem.

Kamil: Zginąłby naprawdę i byłby finał idealny. :D

Najlepsza i najgorsza postać książki

Kamil: Ciężko jest mi wyróżnić tutaj jakoś specjalnie pozytywne i negatywne postaci, bo ja uważam, że w tym tomie niemal wszystkie są na tym samym poziomie i niczym szczególnie się nie wyróżniają, co nie miało miejsca w poprzednich tomach. Pomijając wyjaśnioną kwestię ze Snapem, czego można się było domyślić już wcześniej, i te rozczarowujące spłycenie Dumbledore'a, może nieco bardziej irytowała mnie swoim jazgotem ciotka Muriel, a ciekawy wydawał mi się brat Dumbledore'a, czyli Aberforth, bo miał ostry dowcip i mniej namieszane w głowie całą tą magią i wydarzeniami, więc był bardziej wycofany.

Asia: No dla mnie Snape rozwalił system i nie, dla mnie nie było to do przewidzenia. Zbierałam szczękę z podłogi, gdy wyjaśniła się cała ta kwestia (musiałam nawet szybko przeczytać poprzednie tomy, żeby zwrócić uwagę na sceny z jego udziałem i nie mogłam wyjść z podziwu, jak autorka mogła AŻ tak zaplanować całą serię! Z takim wyprzedzeniem!), byłam w szoku i to sporym. Najgorsza postać? To zdecydowanie ojciec Luny, bardzo mnie zirytował, choć w sumie byłam w stanie go zrozumieć (wszystko dla dziecka), no i Ron... Który w pewnym momencie okazał się najsłabszym ogniwem. Na szczęście chwilowo!

Kamil: To znaczy, ja też bym nie przewidział, że tak się akurat potoczy w 100%. Ale ciągle mi nie pasowało, że on taki zły i zły. Tylko myślałem, że to wyjdzie jednak nieco wcześniej, dlatego w "Zakonie Feniksa" zacząłem wątpić w moje przeczucie. Dopiero finał pokazał, że jednak było słuszne. Nie spodziewałbym się jednak tej akcji z Voldemortem i z takim powiązaniem z matką Pottera. A ojciec Luny w sumie też był denerwujący, to prawda.

Plusy i minusy


Kamil:
+ niektóre sceny
+ trochę śmierci i dramaturgii

- infantylne zachowania Rona, Hermiony i Harry'ego
- spłycenie Dumbledore'a
- mało przekonywające tajemnicze Insygnia Śmierci i ich zastosowanie
- zbyt mało emocjonalne i konkretne zakończenie

Asia:

+ wyjaśnienie wszelkich kwestii
+ dobry finał
+ przeniesienie akcji poza szkołę

- niedojrzałość głównych bohaterów
- śmierć czołowych postaci (choć w sumie to plus, bo nie było zbyt przewidywalnie)

Ulubione cytaty
Kamil: „Gdzie skarb nasz, tam i serce nasze”* i „Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony”
Asia: "Bo widzisz, Harry, to nasze wybory ukazują, kim naprawdę jesteśmy, o wiele bardziej niż nasze zdolności."
Sławetne:
,,-Przez te wszystkie lata?...

-Zawsze".
(Chciałam sobie to kiedyś nawet wytatuować ;))

Podsumowanie

Kamil: Ogólnie rzecz biorąc nie uważam czasu poświęconego na przeczytanie całego cyklu o "Harrym Potterze" za stracony. Historia Joanne Kathleen Rowling o młodym i osieroconym czarodzieju słusznie zyskała setki tysięcy fanów dzięki dobrze wykreowanym i barwnym postaciom, fascynującej sztuce magicznej, ciekawych miejscach i wydarzeniach oraz wartościom, które powinny być wpajane ludziom od najmłodszy lat, więc warto, żeby dzieciaki sięgały po tego typu literaturę, bo jest ona wartościowa i pouczająca, czyli jak najbardziej odpowiednia dla młodzieży młodszej i starszej. Dla mnie osobiście cykl ten prezentował momentami naprawdę kawał porządnej, ciekawej i przyjemnej lektury, którą czytało się z zainteresowaniem o dalsze losy postaci, nowe wydarzenia, magiczne przedmioty, zaklęcia czy miejsca i przede wszystkim z chęcią otrzymania odpowiedzi na niewyjaśnione kwestie i ostateczną konfrontację. Tyle wystarczy, żeby na zakończenie uznać i od czasu do czasu wspomnieć, że to bardzo przyzwoity cykl i warto było samemu się o tym przekonać. I dzięki serdeczne, że wspólnie trochę czasu poświęciliśmy na jego fajne omówienie. :)

Asia: Cudownie było wrócić już któryś raz w życiu to tej serii. Za każdym podejściem odnajdywałam w tych tomach coś nowego, coś na co wcześniej być może nie zwróciłam uwagi, itp. Ponownie dużo się nauczyłam i nikt mi nie powie, że książki o HP nie są pouczające! Mogę wymienić chociażby kilka podstawowych kwestii: miłość to najmocniejsze uczucie na świecie, mogące góry przenosić i dawać niesamowite poczucie bezpieczeństwa i siły; przyjaźń to drogocenny dar, który odpowiednio pielęgnowany przynosi owoce; dobro zawsze zwycięża, a karma po prostu wraca ze zdwojoną mocą, nie istnieje podział na ludzi lepszych i gorszych - wszyscy jesteśmy tacy sami... Itp., itd., można wymieniać i wymieniać! Styl pani Rowling jest lekki i przyjemny, czyta się naprawdę szybko i z zaciekawieniem. Cała seria to splot niesamowitych wydarzeń, nieustannych przygód i MAGII! Nie wiem, czy wiesz, ale powstała ósma część Pottera, wydana jako scenariusz, piszesz się na to? :D

Kamil: Pewnie i sam bym to dostrzegł jakbym czytał za drugim razem, ale ciężko mi sobie to wyobrazić w ciągu najbliższych kilkunastu lat, bo po prostu niektóre tomy i sceny są męczące. Nie wiem czy chciałoby mi się przedzierać przez poprzednie aż do rewelacyjnego "Więźnia", mimo że wiedziałbym, że świetnie się go czytało. To jednak dla mnie cykl na raz, mimo że ogólne wrażenia bardzo dobre. Drugi nastąpi jak tam kiedyś przyszłoby mi czytać jakiemuś szkrabowi. Ale tego akurat się mogłem spodziewać, bo ja miałem od początku świadomość, że to nie Tolkien, Martin czy inny fantasta dla starszych czytelników i z mocniejszymi momentami. I tak, wiem bardzo dobrze, że jest jeszcze ósma część, ale nie wyobrażam sobie tego w formie scenariusza. To znaczy raz takowy czytałem od Kinga (Sztorm Stulecia), ale, no nie wiem. Krótkie to pewnie, więc może. Ty już chyba też to czytałaś?

Asia: Tak tak, pewnie czytałam i to kilka razy. Kwestia dosłownie dwóch godzin (może nawet niecałych), bo czyta się mega szybko. Mimo, że to niby ósma część sagi, to dla mnie Potter niestety ma tylko siedem części. Fakt, forma scenariusza - niespotykana i traktowana jako taka "wisienka na torcie", ale... To już nie to samo. Jakbyś reflektował, to ja bardzo chętnie! ;)

Kamil: Spoko. To jeszcze się nad tym zastanowimy. A na ten moment pozostaje mi już tylko podziękować za ten wspólny cykl, który był ciekawym i fajnym projektem, dzięki któremu pokazaliśmy, że rozmawiać o książkach można w jeszcze inny, myślę ciekawy sposób. To było fajne i przyjemne. Dzięki Rysia. I oczywiście dzięki wszystkim, którzy czytali ten nasz wydłużający się w nieskończoność projekt oraz za miłe słowa. ;)

Oceniamy


Kamil: 4/6
Asia: 5/6

7.27.2018

"Wbrew grawitacji" Julie Johnson



Autor: Julie Johnson
W oryginale: Like gravity
Wydawnictwo: Kobiece
Ilość stron: 414
Tłumaczenie: Małgorzata Bortnowska
Rok wydania: 2018

"(...) nie ma znaczenia, że upadłaś. Liczy się to, że wstajesz i idziesz dalej".

Bardzo chętnie (co jakiś czas( sięgam po coraz bardziej popularny gatunek New Adult. Historie ludzi wkraczających w dorosłe życie; doświadczenia, z którymi muszą się zmierzyć i decyzje, które muszą podjąć - kradną zatrważającą ilość serc na świecie. W tym moje. Do tej pory moim zdecydowanym numer jeden w tej kwestii była/jest Colleen Hoover, jednak po lekturze "Wbrew grawitacji" muszę przyznać, iż pani Julie Johnson w niczym tutaj nie ustępuje. Ale dlaczego? Bo jej historia nie dość, że porwała moje serce, to spowodowała swoistą tęsknotę za czasami, gdy sama miałam dwadzieścia lat. Teraz mam wprawdzie dwadzieścia pięć, ale to już nie to samo... Prawda? ;)

Brooklyn Turner ma zaledwie sześć lat, gdy jest świadkiem czegoś, co nigdy nie powinno się wydarzyć - na jej oczach morderca strzela jej ukochanej mamie w głowę. Następnie kradnie samochód i nieświadomy tego, iż na tylnym siedzeniu siedzi mała wystraszona dziewczynka, ucieka przed policją... Na szczęście szybko postępujący szereg wypadków sprawia, iż morderca zostaje ujęty, a Brooklyn... Z racji tego, iż jej tata nie za bardzo widzi chęć zajęcia się swoją córką... Trafia do rodziny zastępczej. Tragiczne wydarzenie ma ogromny wpływ na psychikę Brooklyn; nic już nigdy nie będzie takie jak dawniej, koszmary tego, co widziała - już nigdy nie dadzą o sobie zapomnieć, a wspomnienia roześmianej mamy wciąż będą powodować niewyobrażalny ból w sercu. Gdy dziewczyna wkracza w drugi rok studiów, nawet nie przypuszcza, jak wiele zmian się szykuje w jej życiu. 

"Jeśli kogoś kochasz, prawdziwie go kochasz - bardziej niż swoją dumę, bardziej niż siebie - możesz wybaczyć wszystko, nieważne jak mocno cię zranił".

Jak to często bywa, o wielu sprawach decyduje los. Nie inaczej jest i tym razem, gdyż pewnego dnia Brooklyn upada na... Hydrant. Z opresji ratuje ją niejaki Finn Chambers - wokalista popularnego zespołu Apiphobic Treason oraz bożyszcze wszystkich dziewcząt na kampusie. Dziwny początek znajomości pomiędzy tą parą zwiastuje coś więcej, niż przyjaźń. Między Brooklyn a Finnem bowiem nawiązuje się relacja, która jest głębsza niż cokolwiek, kiedykolwiek, jakkolwiek. Finn daje Brooklyn ukojenie, którego tak bardzo potrzebowała, oraz rozumie o wiele więcej niż inni. Lecz co za tym stoi? Skąd Finn tak wiele wie o dziewczynie? Te jak i mnóstwo innych pytań jest do przewidzenia już od pierwszych rozdziałów książki, gdyż niestety jest ona niemożliwie przewidywalna. Ale co z tego! Autorka po prostu maluje słowem. Nie da się tego inaczej określić; ma się wrażenie, iż każde zdanie w powieści jest dokładnie przemyślane, żadne słowo nie jest tu przypadkowe. I pomimo iż jest to powieść z gatunku tych lżejszych, na jedno popołudnie, to ma swój niepowtarzalny urok i nie jest w żadnym stopniu płytka, jak można by sądzić, przewidując rozwój wypadków. Brooklyn to dziewczyna boleśnie zraniona, zamknięta w sobie, nieokazująca emocji, niedopuszczająca do siebie ludzi, z wyjątkiem jednej przyjaciółki Lexi, która wspiera ją na każdym kroku. Bee jest dręczona przez koszmary, w których boleśnie nakładają się wspomnienia z przeszłości, zarówno te najbardziej dramatyczne, jak i te kojące... Dotyczące pobytu w rodzinie zastępczej. Przeszłość miesza się z teraźniejszością, przez co Brooklyn nie może poradzić sobie ze swoją psychiką; ukojenia szuka w przygodnym seksie i tequili, próbując w bolesny sposób odciąć to, co złe i zostawić krwawiące doświadczenia za sobą. Cała sytuacja zmienia się, gdy poznaje Finna, faceta z marzeń każdej dziewczyny, nieziemsko przystojnego, z głosem anioła. Z niewyjaśnionych powodów Finn krąży wokół Brooklyn; para przyciąga się jak magnes, dając upust wszelkim nagromadzonym emocjom.

Bardzo lubię książki, gdzie jedną z głównych ról odgrywa muzyka. Finn jest wokalistą; obszerne tło powieści stanowią wyprawy Brooklyn z Lexi na koncerty jego kapeli, gdzie usłyszeć można uczucia opowiedziane za pomocą słów w piosenkach. Autorka zresztą podaje na końcu tytuły utworów, które zajmują szczególne miejsce w historii. Czytając "Wbrew grawitacji" ma się wrażenie, jakby się również uczestniczyło w koncercie grupy Apiphobic Treason, krzycząc pod sceną z uwielbieniem dla frontmana. Piosenki śpiewane przez Finna i Brooklyn (okazuje się bowiem, że dziewczyna ma niesamowity talent) przepełnione są uczuciami, emocjami, kłębiącymi się w sercach ich obojga; jest tu ból dzieciństwa, rozdarta dusza wołająca o pomoc, strach, brak zaufania, niepewność, ale i ogrom pragnienia prawdziwej MIŁOŚCI, poczucia bezpieczeństwa, wolności i bezgranicznego oddania się komuś, z kim będzie można iść przez życie. Autorka cudownie odmalowała obraz dwóch poszukujących się połówek, gdzie nieważny jest czas oczekiwania, jak i konsekwencje związane z podejmowanymi decyzjami. Mimo, iż książka jest do bólu przewidywalna, to zasługuje na uznanie w gatunku new adult. Duży plus za wprowadzenie sytuacji niepokoju przez "mroczne" prezenty, jakie otrzymuje główna bohaterka, głuche telefony itp., co dodatkowo wzmacnia finał powieści. Julie Johnson już od prologu zawładnęła moim sercem, przez co od książki nie sposób było się oderwać. 

No i postać Finna... Ach, ten Finn... Sama się rozmarzyłam! Polecam bardzo serdecznie.

Za książkę dziękuję Księgarni TaniaKsiążka.pl, gdzie znajduje się również mnóstwo innych bestsellerów ;)

7.25.2018

"Rywalka" Sandie Jones



Autor: Sandie Jones
Tytuł: Rywalka
W oryginale: The other woman
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 400
Tłumaczenie: Aleksandra Żak
Rok wydania: 2018


Ach, jakże nie mogłam się doczekać przeczytania tej książki! Po udanej lekturze "Tej dziewczyny" Michelle Frances, zastanawiałam się, czym jeszcze może zaskoczyć tak oklepany temat: kobieta, mężczyzna i... Jego mama... Wprawdzie nie miałam z nim zbyt wiele do czynienia, jednak byłam ciekawa, co można tu wnieść nowego? Nieprzewidywalnego, wzbudzającego większy niepokój i budzącego szereg skrajnych emocji? Otóż... Udało się. Chyba wystarczającym dowodem na to jest fakt, iż przy "Rywalce" nie mogłam zmrużyć oka ani oderwać się od książki nawet na moment. 

Zaczyna się zwyczajnie; jak to bywa w tego typu opowieściach. Kobieta - Emily, mężczyzna - Adam i jego rodzicielka - Pammie. Złowieszczy trójkąt, którego kompilacja nigdy nie wróży nic dobrego. Emily imprezuje ze swoimi znajomymi z branży rekrutacyjnej; dziewczyna w klubie nie bawi się jednak najlepiej. Do czasu, gdy przypadkiem poznaje Adama - zmysł informatyczny, który natychmiast zawraca jej w głowie. Dla dziewczyny, której w przeszłości cios w serce zadał narzeczony i najlepsza przyjaciółka - otwiera się nowy rozdział. Bojąc się angażować w nowy obiecujący związek, Emily stawia wszystko na jedną kartę. Adam staje się dla niej ostoją, opoką; jest "tym jedynym". Gdy dochodzi do pierwszego spotkania z mamą mężczyzny - Emily ma mieszane odczucia. Kobieta bowiem... Robi WSZYSTKO, by poróżnić parę. I nie cofnie się przed niczym, żeby dopiąć swego. Rozpoczyna się walka dwóch kobiet o mężczyznę, którego obie kochają ponad życie. 

Pammie zaczyna delikatnie. Pozorne uwagi o wyglądzie Emily, zastrzeżenia co do jej zachowania, ciągłe dowody na to, iż Adam jest bardziej związany z mamusią niż z narzeczoną, przechodzące w ciosy, które niejedną dziewczynę skutecznie by odstraszyły. Pammie nie liczy się z niczym, by osiągnąć swój cel; jej zachowanie przekształca się w coś rodzaju fanatyzmu i krucjaty przeciwko przyszłej znienawidzonej synowej. Starsza kobieta nie docenia jednak swojej przeciwniczki. Emily bowiem nie jest słabą psychicznie dziewuszką, która daje sobą pomiatać. Praktycznie od razu orientuje się w sabotażu swojej przyszłej teściowej. Zaczyna grać tak jak ona, jednak nie jest w stanie przewidzieć, jakie konsekwencje czekają każdą z nich... 

Nie spodziewałam się wiele po tej publikacji. Szczerze mówiąc, myślałam, iż to kolejna taka w zalewie thrillerów o podobnej tematyce. Fakt, nie mogłam się doczekać lektury, ale ja po prostu lubię takie książki; idealne na lato, niewymagające skupienia całej swojej uwagi i rozmyślań nad każdym słowem zawartym w tekście. "Rywalka" bardzo mnie zaskoczyła. Od pierwszej strony zaangażowałam się w całą historię; pochłaniałam kolejne rozdziały z wypiekami na policzkach. Wciąż się zastanawiałam, co jeszcze wymyśli Pammie w swoich intrygach, które plasowały się na bardzo wysokim poziomie - nie wiedziałam, że można aż tak kogoś nienawidzić, by robić tak okrutne rzeczy. Utożsamiałam się z Emily, kibicowałam jej, czasem się irytowałam, gdy nie udało się jej załatwić sprawy od razu, tak jak ja bym to zrobiła; jednak autorka doskonale wiedziała co robi. Dokładnie taki był jej zamiar, tak skołować Czytelnika, by sam do końca nie wiedział po której stronie ma stać, za którym bohaterem się opowiedzieć. Każda z głównych postaci jest tu mocna; może nie jest perfekcyjnie psychologicznie skonstruowana, jednak ma w sobie to "coś", co zapada w pamięć. Brawa dla bohatera pobocznego, jakim okazuje się James, brat Adama. Jego chyba najbardziej polubiłam z całej opowieści, i mimo, iż nie do końca jestem usatysfakcjonowana zakończeniem właśnie z jego powodu, to i tak uważam, że autorka naprawdę świetnie rozegrała pojawienie się tej postaci i jej cały udział w historii. Książka wywołała we mnie szereg emocji; złość, irytację, nerwy, ale i politowanie, niedowierzanie czy w końcu ulgę. Ktoś powie, że zakończenie było przewidywalne. Totalnie się nie zgadzam! Dla mnie zakończenie było jednym wielkim zaskoczeniem; po drodze obstawiałam milion innych rozwiązań zagadki postępowania Pammie, jednak to zaserwowane przez Sandie Jones bije na głowę moje wymysły. Tego oczekiwałam; rozedrganych rąk, nieprzespanej nocy, i finału, po którym dobrą chwilę nie mogłam się otrząsnąć. Autorka pomięła mój mózg jak kartkę papieru; tego właśnie chciałam! 

Może nie jest to najbardziej ambitny thriller jaki czytałam, ale jeśli chcecie się oderwać od codzienności (a zaręczam, że tak będzie!) to gorąco polecam. Ale co najważniejsze, odczułam tu ogromną refleksję. Zaraz dzwonię do przyszłej teściowej, powiedzieć jak bardzo ją uwielbiam. Gdybym trafiła na kogoś podobnego do Pammie... Nie, ja bym chyba nie dała rady.

Za książkę bardzo dziękuję Księgarni TaniaKsiążka.pl, gdzie znajduje się również mnóstwo innych bestsellerów! ;)

7.15.2018

"Jak upolować pisarza?" Sally Franson



Autor: Sally Franson 
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 384
Tłumaczenie: Joanna Dziubińska
Rok wydania: 2018

"Dobroć zawsze trzyma się na dystans, czekając aż wydarzy się coś złego, bo każdy z nas na pewnym etapie swojego życia przeżył rozczarowanie".

Gdy tylko ujrzałam zapowiedź książki cechującej się podobieństwem do słynnego: "Diabeł ubiera się u Prady" - nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Gdy na dodatek okazało się, iż fabuła oscyluje wokół kręgu pisarzy i ich branży, jakim jest literacki świat... Czego mogłabym chcieć więcej? Wydawać by się mogło, iż trafiłam na lekturę idealną! Zachęcała również okładka i pozytywne recenzje, oraz zapowiedź samej autorki, gdzie opisywała główną bohaterkę jako taką, której nie polubię od razu. Jednak miało się to zmienić. 

Niestety.

Casey Pendergast ma dwadzieścia osiem lat, pracuje w agencji reklamowej. Jest niepoprawną optymistką, ma milion pomysłów na minutę (które skrzętnie realizuje), jej nogi porównywane są do gazeli i na dodatek uwielbia swoje życie. Lubi swoją pracę, swoją najlepszą przyjaciółkę Susan (z którą czasem nie potrafi się dogadać), swój team z agencji, pomimo iż czasem "obrabiają sobie tyłki". Najbardziej Casey chyba jednak lubi swoją szefową Celeste, dzięki której, jak twierdzi, zawdzięcza to, kim jest. A jest gwiazdą. I nic nie jest w stanie zmienić jej tak wysokiego mniemania o sobie. Gdy pewnego razu Celeste wyznacza Casey do tajnego projektu, jakim jest pozyskanie pisarzy do głośnych kampanii reklamowych - dziewczyna nie posiada się z radości. Zrobi wszystko, by pokazać się od jak najlepszej strony. Jej głównym zadaniem jest przekonanie dziesięciu autorów powieści i poetów do akcji. Na pierwszy rzut idzie Ben Dickinson - z którym Casey od razu łapie nić porozumienia...

Nie wiem jak ocenić tę książkę; z jednej strony nie porwała mnie w żaden sposób, nie otworzyła mi oczu na nic nowego, główna bohaterka zamiast wzbudzić moją sympatię, to wręcz przeciwnie - nie uzyskała jej do samego końca. Z innego punktu widzenia nie mogę jednak powiedzieć, iż ta książka to kompletna strata czasu, gdyż umiliła mi kilkugodzinną podróż pociągiem, skłoniła do kilku refleksji, oraz dała powód, by nigdy nie ufać już szumnym zapowiedziom. Zatem pozwolę ją sobie ocenić dwojako. 

PLUSY
Główna bohaterka to typowa młoda dziewczyna, która marzy o tysiącu rzeczy naraz; angażuje się w każde swoje działanie na sto procent, oddaje się pracy, gdzie największą nagrodą jest spora wypłata oraz błysk zadowolenia w oczach wymagającej szefowej. Casey bezwiednie poddaje się wpływowi Celeste; nie widzi tego, jak ona i jej współpracownicy są wykorzystywani, nie przyjmuje do wiadomości, iż brak życia towarzyskiego to jednak jest problem, twierdzi, że skoro ma przyjaciółkę Susan, to nie potrzebuje już nikogo innego do zapełniania swojego czasu. Dziewczyna jest profesjonalna w tym co robi, robi to dobrze, jest jej wygodnie z wysokim standardem życia (zresztą komu by nie było), gdy dostaje ogromne zadanie do wykonania - jest zaszczycona i od razu rusza do działania. Popełnia po drodze kilka potyczek, jednak nikt nie jest idealny, prawda? Niekwestionowanym plusem powieści jest fakt, iż przez przysłowiową dziurkę od klucza możemy zobaczyć, jak naprawdę wygląda życie w agencji reklamowej; na jakiej zasadzie celebryci są nakłaniani do udziału w akcjach i kampaniach, co za to dostają, jak wygląda praca ludzi, którzy muszą za to odpowiadać, kto tak naprawdę jest na szczycie, a kto tylko "cieniem" powodzenia reklamy. Ile można zyskać, a jak szybko można to stracić. Czym tak naprawdę są social media?Autorka ukazała dobitnie, jak fałszywe są to sfery, ile kosztuje "bycie na szczycie", jaką cenę trzeba zapłacić, by osiągnąć sukces w tej branży; niejednokrotnie na szali stawia się rodzinę, przyjaciół, bliskich, w myśl zasady "po trupach do celu". Ale czy o to chodzi? By na samym końcu zostać samemu, ze świadomością, że nie można na nikogo liczyć? Sally Franson zmusza do refleksji nad tym, ile można poświęcić dla kariery i czy na pewno warto? Zamiast Casey polubiłam Susan - jej opanowanie, poczucie swojej wartości, szacunek do siebie i otaczającego ją świata oraz przyjaźń, jaką mogła zaoferować. O takiej przyjaciółce marzy każdy. Naprawdę.

MINUSY
Miałam polubić Casey w trakcie lektury, jednak tak się nie stało. Główna bohaterka wzbudzała we mnie szereg różnych emocji, ale na pewno nie była to sympatia. Czułam irytację, złość, politowanie, a nawet żal. Wydawać by się mogło, że dziewczyna zbliżająca się do trzydziestych urodzin nie jest już naiwną trzpiotką, usilnie wierzącą, w "jesteś gwiazdą", tylko kobietą, która zna swoją wartość i wie, do czego dąży. Przynajmniej częściowo. Casey denerwowała mnie swoją dziecinnością, lekceważącym stosunkiem do pewnych kwestii (próba gwałtu zbyta machnięciem ręki? No błagam), zapatrzeniem w szefową, która nie do końca miała szczere zamiary. I mimo, iż starała się być dobrą przyjaciółką dla Susan, dobrą dziewczyną... Na staraniach się zakończyło, do pewnego momentu. Bo później pojawiają się już nauczki i płynące z nich refleksje.

Autorkę cechuje bardzo lekki styl, dlatego książkę chłonie się w mgnieniu oka, jednak nie jest to zbyt poważna lektura, która zostanie w pamięci na dłużej. Na wakacje - w sam raz, by oderwać się od codzienności, na plażę, do pociągu czy autobusu. W innym przypadku... Zdecydujcie sami.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak

7.12.2018

"Na gwiaździstych morzach" Sara Sheridan



Autor: Sara Sheridan
W oryginale: On starlit seas
Wydawnictwo: Kobiece
Ilość stron: 492
Tłumaczenie: Maria Białek
Rok wydania: 2018

"Dokonując życiowych wyborów, nie zapomnij żyć".

Jednym z moich czytelniczych upodobań; a właściwie uzależnień i ulubionych kwestii jest zatapianie się w lekturach, których akcja osadzona jest w XIX czy XX wieku. Dlatego tak bardzo cenię sobie klasyki takie jak te spod ręki Jane Austen czy sióstr Brontë. Uwielbiam klimat tamtych czasów, zwłaszcza angielskich, gdzie maniery, dobre wychowanie, poprawna etykieta zachowania, pozory, gra słów i gestów - odgrywały największą rolę. Nigdy nie mogę się oderwać od czytania o tym, jak mężczyzna zdobywał kobietę; jak walczył zaciekle o jej względy, jak posiadał swój honor, gdzie kodeks postępowania był jeden i nikt nigdy go nie kwestionował. Lubię wczuwać się w sytuacje postaci; patrzeć zza wachlarza na mojego adoratora, debatować nad doborem codziennej garderoby, używać wysublimowanego słownictwa i dawać się zdobywać. Coś pięknego. Dlatego tak bardzo się ucieszyłam, gdy w moje ręce wpadło "Na gwiaździstych morzach" autorstwa Sary Sheridan. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z powyższą autorką, jednak opis fabuły, jak i cu-do-wna (chyba jedna z najpiękniejszych, jakie dane mi było widzieć!) okładka sprawiły, iż nie wahałam się ani chwili przed lekturą.

Maria Graham to słynna pisarka (postać autentyczna!), podróżniczka, sawantka, wdowa po oficerze marynarki; kobieta inteligentna i idąca pod prąd. Dużo podróżuje, zwiedza, ale i odkrywa, porównuje - co zamieszcza w swoich książkach. Jej opowieści o krajach i zwyczajach w nich panujących podbijają angielski rynek wydawniczy, co nieszczególnie podoba się rodzinie kobiety. W wyniku zbiegu okoliczności i doświadczeń życiowych Maria ląduje w Brazylii, na dworze cesarzowej, gdzie ma być guwernantką jej córki. Zanim to jednak nastąpi, musi udać się do Londynu, by zakupić materiały dla swojej podopiecznej, ale również po to, by oddać swoje najnowsze rękopisy na temat Brazylii i Chile - swojemu wydawcy Johnowi Murray'owi. Brazylia jest ogarnięta wojną domową, zatem Maria musi dokładnie przemyśleć swoją długą podróż - jej rodzaj i charakter. W tamtych czasach wykształcona kobieta, wdowa - musiała się bardzo pilnować, gdyż każdy, nawet najmniejszy błąd, mógł kosztować ją reputację i wsparcie otoczenia. Wybór kobiety pada na statek "Bittersweet", należący do kapitana Jamesa Hendersona. Podróż ta nie będzie zwyczajna...

James Henderson to prawdziwy mężczyzna, z krwi i kości, przemytnik, który do Brazylii trafia po śmierci swojej mamy. Do końca wierzyła, iż jej mąż, a ojciec Jamesa - jest w Ameryce Południowej znanym plantatorem. Niestety, gdy James dołączył do taty, okazało się, iż trudni się on szmuglowaniem artykułów do Europy. Chłopiec więc stał się taki jak on. Gdy jednak James spotyka Marię, zaczyna rozumieć, iż dzięki tej damie może się zmienić; stać się na powrót dżentelmenem godnym jej ręki, odzyskać dobre imię i znaleźć uznanie w oczach Londynu. Wspólna podróż wiele mu uświadamia...

Sara Sheridan pisze bardzo plastycznie i obrazowo. Z wręcz fotograficzną dokładnością. Oprócz wątku Marii i Jamesa, który jest powiedziałabym motywem pobocznym, pojawia się... Czekolada. Upał i skwar brazylijskiego lądu, charakterystyczna kultura i narodowość, ziarna kakaowca, wytwarzana z nich płynna czekolada, która w tamtym okresie jest rarytasem dla bogaczy, pomysły i sposoby na pozyskanie jej w innych częściach globu, szeroko rozwinięty przemyt... To tylko niektóre tematy, które pojawiają się w tej powieści. Przewracając kolejne strony, wręcz czułam namacalnie słony smak oceanu, rozpuszczające się na języku kakao, promienie słońca; słyszałam rozmowy marynarzy na "Bittersweet", nieśmiałe próby zbliżenia się Jamesa do Marii - jakby stali tuż obok mnie. Autorka wykreowała bardzo wyraźny obraz swojej powieści; po prostu się przez nią płynie. Styl jej jest lekki, przemyślany, skonstruowany tak, by Czytelnik łatwo się w nim mógł odnaleźć, pomimo tego, iż akcja dzieje się w XIX wieku. Pojawia się cudowny Londyn, jego dzielnice, charakterystyczne miejsca; na uwagę zasługuje fakt, iż tłumaczka dodała od siebie sporo przypisów, które są niezwykle pomocne przy lekturze. Jeszcze bardziej unaoczniają swoją wiarygodność. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Dodaję tę powieść do ulubionych.

Klimat XIX wieku, rozległy opis poprawnego zachowania się dam i dżentelmenów w tym okresie, normy i zasady obowiązujące w wyższych sferach, reputacja jako dobro najwyższe kobiety, pochwała i krytyka wyzwolenia oraz feminizmu kobiet, zapach i urok Brazylii, klimat eleganckiej Anglii, smak czekolady, upór, pasja, MIŁOŚĆ, przekonania... To i o wiele więcej znajduje się w "Na gwiaździstych morzach". Polecam bardzo serdecznie i na pewno jeszcze kiedyś wrócę do tej wspaniałej książki, którą pochłania się wręcz jednym tchem!

Za egzemplarz dziękuję Księgarni TaniaKsiążka.pl, gdzie można znaleźć również mnóstwo innych bestsellerów! ;)

7.11.2018

"Niebo na własność" Luke Allnutt [Recenzja przedpremierowa]



Autor: Luke Allnutt
W oryginale: We own te sky
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 400
Tłumaczenie: Grażyna Woźniak
Rok wydania: 2018

"Jeśli o czymś śnisz, to musi być prawda".

Gdybym miała podsumować, ocenić tę książkę w jednym zdaniu, brzmiałoby ono następująco: "Niebo na własność" pogruchotało mi serce w każdy możliwy sposób. 

Anna i Rob to szczęśliwe, bardzo kochające się małżeństwo. Do pełni radości brakuje im tylko dwóch małych stópek, biegających po ich domu. Niestety, para musi zmierzyć się z dramatem, jakim jest poronienie. Dwukrotne. Dlatego, gdy Anna zachodzi w ciążę po raz trzeci, małżeństwo nie może uwierzyć w swoje szczęście. Gdy na świat przychodzi Jack, wydaje się, że to właśnie teraz zacznie się prawdziwa sielanka, pełnia rodzinnego ciepła. Nic bardziej mylnego. Los bywa okrutny; wie z której strony uderzyć najmocniej, by bolało najbardziej.

Jack ma trzy lata, gdy zaczyna mieć problemy z równowagą i zawrotami głowy. Przestraszeni rodzice natychmiast zabierają go do lekarza; diagnoza jest porażająca. Guz. Na szczęście wyleczalny. Operacyjny. Mający się nie nawracać. Anna i Rob oddają dziecko w ręce najlepszych fachowców z dziedziny neurochirurgii; Jack z powodzeniem przechodzi operację, wraca do zdrowia, rodzice zrzucają z piersi niewyobrażalny ciężar, który przygniatał ich od momentu postawienia diagnozy. Jednak szczęście ma to do siebie, iż nie trwa zbyt długo, a zły omen lubi zataczać krąg. Gdy podczas przedszkolnego przedstawienia Jack słabnie - Anna i Rob już wiedzą. Wiedzą, że ich jedyne, wyczekane dziecko znalazło się w grupie wyjątków, gdzie nowotwór lubi się odnowić. Wiedzą, że tym razem nie skończy się na jednym zabiegu. Wiedzą, że nie zostało im dużo czasu. Postanawiają zatracić siebie i walczyć. Walczyć bez względu na wszystko.

Do ostatniej chwili mają nadzieję. Niestety. Diagnoza ponownie rzuca im na pierś tonowy kamień - Jack ma glejaka; złośliwy nowotwór, którego nie da się usunąć z powodu jego przesiąknięcia w mózgowe tkanki. Pojawiają się tysiące pytań; dlaczego on?, dlaczego w tak młodym wieku?, co można zrobić?, jak można było temu zapobiec?, ile czasu pozostało?, itp. Rozpoczyna się walka o każdy dzień. Zdesperowani rodzice nie cofną się przed niczym, by ulżyć swojemu dziecku. "Niebo na własność" to opowieść o tym, jak wiele ludzie są w stanie zrobić dla najbliższej osoby; jak dużo są gotowi poświęcić, by ratować to, na czym najbardziej im zależy. Autor ukazał od środka to, o czym wielu boi się mówić; jak choroba dziecka zmienia małżonków, jak pojawiają się spory i kłótnie o metody i sposoby leczenia, jak jedynym tematem rozmów staje się lista lekarzy mogących pomóc, jak zanika bliskość, zarówno fizyczna jak i psychiczna. Milczenie staje się nieodłącznym towarzyszem samotnie spędzanych dni na poszukiwaniu możliwych rozwiązań; bezradność i desperacja przejmują kontrolę nad organizmem, nie dając szansy pogodzenia się z sytuacją. Nadzieja stanowi motor działań, jest jedyną mocą trzymającą parę na powierzchni życia. I tak jak w słynnym powiedzeniu, to ona umiera ostatnia...

Anna i Rob rezygnują ze swoich zawodowych obowiązków, by całkowicie zająć się synem i spełniać jego wszelkie marzenia. Śledzą blogi, fora internetowe, konsultują się z lekarzami, cały czas szukają rozwiązań. Rob w akcie desperacji zawozi nawet dziecko do kliniki w Pradze, która ma zarówno swoich zwolenników, jak i przeciwników. Nie patrząc na koszty, nie mając już nic do stracenia - pragnie ratować istotę, za którą oddałby życie, gdyby tylko mógł. Choroba Jacka oddala od siebie małżonków; jest przeszkodą, z którą nie są sobie w stanie poradzić. Pojawia się ogromny ból, cierpienie, wzajemne obwinianie się o powody choroby, jak i jej efekty, pretensje do losu i życia o tak raniące doświadczenia. Anna i Rob nie mogą pojąć, dlaczego to spotkało właśnie ich, czym sobie zasłużyli na taki cios? Pojawia się druzgoczące poczucie winy. Jednak oboje wiedzą, że nie mogą się poddać złym emocjom, przecież muszą zapewnić dziecku swoje zaangażowanie. Do pewnego momentu. 

Ta książka wydarła moje serce z piersi, podeptała je, po czym tak pomięte odłożyła z powrotem na miejsce. Powinnam napisać, że nikt nigdy nie powinien czytać takich lektur, zwłaszcza ktoś, kto ma dzieci. Coś okropnego. Większą część mojego czytania spędziłam na ronieniu łez - temat choroby nigdy nie jest prosty, a gdy w grę wchodzi śmiertelna choroba dziecka... Podziwiam autora, iż zmierzył się z tak ciężkim przypadkiem jak nowotwór złośliwy. Napisał historię, która może dotknąć każdego, bo los nie patrzy na kolor skóry, majątek czy przekonania religijne. Doświadcza bardzo mocno, bardzo boleśnie i w najmniej oczekiwanym momencie. Luke Allnutt przedstawia "Niebo na własność" z perspektywy Roba, dając pełny obraz odczuć pogrążonego w rozpaczy i desperacji ojca. Nie tak powinna wyglądać szczęśliwa rodzina, życie nie powinno tak uderzać, obezwładniając bez tchu. Los nie powinien mieć wpływu na ludzkie decyzje. Powinnam napisać, że nie polecam książki ze względu na jej bolesną tematykę. Ze względu na jej obrazowość. Ze względu na ból, który odczujecie po lekturze. Ale nie napiszę tak, wręcz przeciwnie. Napiszę, że polecam "Niebo na własność" z całego (zniszczonego) serca. Bo ta książka, pomimo ogromu cierpienia, niesie też mnóstwo nadziei. Nadziei na lepsze jutro. Nadziei na odnalezienie sensu w niezbadanych wyrokach losu. Nadziei na... MIŁOŚĆ.

"Niebo na własność" to WYJĄTKOWA historia zmuszająca do refleksji. Skłaniająca do rozmyślań i wyciągania wniosków z każdego przeżytego dnia. Pamiętaj, że jutra może już nie być.

16 lipca zapraszam do sklepów - ta książka powinna się znaleźć w Waszych biblioteczkach.

Za egzemplarz do recenzji bardzo dziękuję Wydawnictwu Otwartemu ;)