7.27.2018

"Wbrew grawitacji" Julie Johnson



Autor: Julie Johnson
W oryginale: Like gravity
Wydawnictwo: Kobiece
Ilość stron: 414
Tłumaczenie: Małgorzata Bortnowska
Rok wydania: 2018

"(...) nie ma znaczenia, że upadłaś. Liczy się to, że wstajesz i idziesz dalej".

Bardzo chętnie (co jakiś czas( sięgam po coraz bardziej popularny gatunek New Adult. Historie ludzi wkraczających w dorosłe życie; doświadczenia, z którymi muszą się zmierzyć i decyzje, które muszą podjąć - kradną zatrważającą ilość serc na świecie. W tym moje. Do tej pory moim zdecydowanym numer jeden w tej kwestii była/jest Colleen Hoover, jednak po lekturze "Wbrew grawitacji" muszę przyznać, iż pani Julie Johnson w niczym tutaj nie ustępuje. Ale dlaczego? Bo jej historia nie dość, że porwała moje serce, to spowodowała swoistą tęsknotę za czasami, gdy sama miałam dwadzieścia lat. Teraz mam wprawdzie dwadzieścia pięć, ale to już nie to samo... Prawda? ;)

Brooklyn Turner ma zaledwie sześć lat, gdy jest świadkiem czegoś, co nigdy nie powinno się wydarzyć - na jej oczach morderca strzela jej ukochanej mamie w głowę. Następnie kradnie samochód i nieświadomy tego, iż na tylnym siedzeniu siedzi mała wystraszona dziewczynka, ucieka przed policją... Na szczęście szybko postępujący szereg wypadków sprawia, iż morderca zostaje ujęty, a Brooklyn... Z racji tego, iż jej tata nie za bardzo widzi chęć zajęcia się swoją córką... Trafia do rodziny zastępczej. Tragiczne wydarzenie ma ogromny wpływ na psychikę Brooklyn; nic już nigdy nie będzie takie jak dawniej, koszmary tego, co widziała - już nigdy nie dadzą o sobie zapomnieć, a wspomnienia roześmianej mamy wciąż będą powodować niewyobrażalny ból w sercu. Gdy dziewczyna wkracza w drugi rok studiów, nawet nie przypuszcza, jak wiele zmian się szykuje w jej życiu. 

"Jeśli kogoś kochasz, prawdziwie go kochasz - bardziej niż swoją dumę, bardziej niż siebie - możesz wybaczyć wszystko, nieważne jak mocno cię zranił".

Jak to często bywa, o wielu sprawach decyduje los. Nie inaczej jest i tym razem, gdyż pewnego dnia Brooklyn upada na... Hydrant. Z opresji ratuje ją niejaki Finn Chambers - wokalista popularnego zespołu Apiphobic Treason oraz bożyszcze wszystkich dziewcząt na kampusie. Dziwny początek znajomości pomiędzy tą parą zwiastuje coś więcej, niż przyjaźń. Między Brooklyn a Finnem bowiem nawiązuje się relacja, która jest głębsza niż cokolwiek, kiedykolwiek, jakkolwiek. Finn daje Brooklyn ukojenie, którego tak bardzo potrzebowała, oraz rozumie o wiele więcej niż inni. Lecz co za tym stoi? Skąd Finn tak wiele wie o dziewczynie? Te jak i mnóstwo innych pytań jest do przewidzenia już od pierwszych rozdziałów książki, gdyż niestety jest ona niemożliwie przewidywalna. Ale co z tego! Autorka po prostu maluje słowem. Nie da się tego inaczej określić; ma się wrażenie, iż każde zdanie w powieści jest dokładnie przemyślane, żadne słowo nie jest tu przypadkowe. I pomimo iż jest to powieść z gatunku tych lżejszych, na jedno popołudnie, to ma swój niepowtarzalny urok i nie jest w żadnym stopniu płytka, jak można by sądzić, przewidując rozwój wypadków. Brooklyn to dziewczyna boleśnie zraniona, zamknięta w sobie, nieokazująca emocji, niedopuszczająca do siebie ludzi, z wyjątkiem jednej przyjaciółki Lexi, która wspiera ją na każdym kroku. Bee jest dręczona przez koszmary, w których boleśnie nakładają się wspomnienia z przeszłości, zarówno te najbardziej dramatyczne, jak i te kojące... Dotyczące pobytu w rodzinie zastępczej. Przeszłość miesza się z teraźniejszością, przez co Brooklyn nie może poradzić sobie ze swoją psychiką; ukojenia szuka w przygodnym seksie i tequili, próbując w bolesny sposób odciąć to, co złe i zostawić krwawiące doświadczenia za sobą. Cała sytuacja zmienia się, gdy poznaje Finna, faceta z marzeń każdej dziewczyny, nieziemsko przystojnego, z głosem anioła. Z niewyjaśnionych powodów Finn krąży wokół Brooklyn; para przyciąga się jak magnes, dając upust wszelkim nagromadzonym emocjom.

Bardzo lubię książki, gdzie jedną z głównych ról odgrywa muzyka. Finn jest wokalistą; obszerne tło powieści stanowią wyprawy Brooklyn z Lexi na koncerty jego kapeli, gdzie usłyszeć można uczucia opowiedziane za pomocą słów w piosenkach. Autorka zresztą podaje na końcu tytuły utworów, które zajmują szczególne miejsce w historii. Czytając "Wbrew grawitacji" ma się wrażenie, jakby się również uczestniczyło w koncercie grupy Apiphobic Treason, krzycząc pod sceną z uwielbieniem dla frontmana. Piosenki śpiewane przez Finna i Brooklyn (okazuje się bowiem, że dziewczyna ma niesamowity talent) przepełnione są uczuciami, emocjami, kłębiącymi się w sercach ich obojga; jest tu ból dzieciństwa, rozdarta dusza wołająca o pomoc, strach, brak zaufania, niepewność, ale i ogrom pragnienia prawdziwej MIŁOŚCI, poczucia bezpieczeństwa, wolności i bezgranicznego oddania się komuś, z kim będzie można iść przez życie. Autorka cudownie odmalowała obraz dwóch poszukujących się połówek, gdzie nieważny jest czas oczekiwania, jak i konsekwencje związane z podejmowanymi decyzjami. Mimo, iż książka jest do bólu przewidywalna, to zasługuje na uznanie w gatunku new adult. Duży plus za wprowadzenie sytuacji niepokoju przez "mroczne" prezenty, jakie otrzymuje główna bohaterka, głuche telefony itp., co dodatkowo wzmacnia finał powieści. Julie Johnson już od prologu zawładnęła moim sercem, przez co od książki nie sposób było się oderwać. 

No i postać Finna... Ach, ten Finn... Sama się rozmarzyłam! Polecam bardzo serdecznie.

Za książkę dziękuję Księgarni TaniaKsiążka.pl, gdzie znajduje się również mnóstwo innych bestsellerów ;)

7.25.2018

"Rywalka" Sandie Jones



Autor: Sandie Jones
Tytuł: Rywalka
W oryginale: The other woman
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 400
Tłumaczenie: Aleksandra Żak
Rok wydania: 2018


Ach, jakże nie mogłam się doczekać przeczytania tej książki! Po udanej lekturze "Tej dziewczyny" Michelle Frances, zastanawiałam się, czym jeszcze może zaskoczyć tak oklepany temat: kobieta, mężczyzna i... Jego mama... Wprawdzie nie miałam z nim zbyt wiele do czynienia, jednak byłam ciekawa, co można tu wnieść nowego? Nieprzewidywalnego, wzbudzającego większy niepokój i budzącego szereg skrajnych emocji? Otóż... Udało się. Chyba wystarczającym dowodem na to jest fakt, iż przy "Rywalce" nie mogłam zmrużyć oka ani oderwać się od książki nawet na moment. 

Zaczyna się zwyczajnie; jak to bywa w tego typu opowieściach. Kobieta - Emily, mężczyzna - Adam i jego rodzicielka - Pammie. Złowieszczy trójkąt, którego kompilacja nigdy nie wróży nic dobrego. Emily imprezuje ze swoimi znajomymi z branży rekrutacyjnej; dziewczyna w klubie nie bawi się jednak najlepiej. Do czasu, gdy przypadkiem poznaje Adama - zmysł informatyczny, który natychmiast zawraca jej w głowie. Dla dziewczyny, której w przeszłości cios w serce zadał narzeczony i najlepsza przyjaciółka - otwiera się nowy rozdział. Bojąc się angażować w nowy obiecujący związek, Emily stawia wszystko na jedną kartę. Adam staje się dla niej ostoją, opoką; jest "tym jedynym". Gdy dochodzi do pierwszego spotkania z mamą mężczyzny - Emily ma mieszane odczucia. Kobieta bowiem... Robi WSZYSTKO, by poróżnić parę. I nie cofnie się przed niczym, żeby dopiąć swego. Rozpoczyna się walka dwóch kobiet o mężczyznę, którego obie kochają ponad życie. 

Pammie zaczyna delikatnie. Pozorne uwagi o wyglądzie Emily, zastrzeżenia co do jej zachowania, ciągłe dowody na to, iż Adam jest bardziej związany z mamusią niż z narzeczoną, przechodzące w ciosy, które niejedną dziewczynę skutecznie by odstraszyły. Pammie nie liczy się z niczym, by osiągnąć swój cel; jej zachowanie przekształca się w coś rodzaju fanatyzmu i krucjaty przeciwko przyszłej znienawidzonej synowej. Starsza kobieta nie docenia jednak swojej przeciwniczki. Emily bowiem nie jest słabą psychicznie dziewuszką, która daje sobą pomiatać. Praktycznie od razu orientuje się w sabotażu swojej przyszłej teściowej. Zaczyna grać tak jak ona, jednak nie jest w stanie przewidzieć, jakie konsekwencje czekają każdą z nich... 

Nie spodziewałam się wiele po tej publikacji. Szczerze mówiąc, myślałam, iż to kolejna taka w zalewie thrillerów o podobnej tematyce. Fakt, nie mogłam się doczekać lektury, ale ja po prostu lubię takie książki; idealne na lato, niewymagające skupienia całej swojej uwagi i rozmyślań nad każdym słowem zawartym w tekście. "Rywalka" bardzo mnie zaskoczyła. Od pierwszej strony zaangażowałam się w całą historię; pochłaniałam kolejne rozdziały z wypiekami na policzkach. Wciąż się zastanawiałam, co jeszcze wymyśli Pammie w swoich intrygach, które plasowały się na bardzo wysokim poziomie - nie wiedziałam, że można aż tak kogoś nienawidzić, by robić tak okrutne rzeczy. Utożsamiałam się z Emily, kibicowałam jej, czasem się irytowałam, gdy nie udało się jej załatwić sprawy od razu, tak jak ja bym to zrobiła; jednak autorka doskonale wiedziała co robi. Dokładnie taki był jej zamiar, tak skołować Czytelnika, by sam do końca nie wiedział po której stronie ma stać, za którym bohaterem się opowiedzieć. Każda z głównych postaci jest tu mocna; może nie jest perfekcyjnie psychologicznie skonstruowana, jednak ma w sobie to "coś", co zapada w pamięć. Brawa dla bohatera pobocznego, jakim okazuje się James, brat Adama. Jego chyba najbardziej polubiłam z całej opowieści, i mimo, iż nie do końca jestem usatysfakcjonowana zakończeniem właśnie z jego powodu, to i tak uważam, że autorka naprawdę świetnie rozegrała pojawienie się tej postaci i jej cały udział w historii. Książka wywołała we mnie szereg emocji; złość, irytację, nerwy, ale i politowanie, niedowierzanie czy w końcu ulgę. Ktoś powie, że zakończenie było przewidywalne. Totalnie się nie zgadzam! Dla mnie zakończenie było jednym wielkim zaskoczeniem; po drodze obstawiałam milion innych rozwiązań zagadki postępowania Pammie, jednak to zaserwowane przez Sandie Jones bije na głowę moje wymysły. Tego oczekiwałam; rozedrganych rąk, nieprzespanej nocy, i finału, po którym dobrą chwilę nie mogłam się otrząsnąć. Autorka pomięła mój mózg jak kartkę papieru; tego właśnie chciałam! 

Może nie jest to najbardziej ambitny thriller jaki czytałam, ale jeśli chcecie się oderwać od codzienności (a zaręczam, że tak będzie!) to gorąco polecam. Ale co najważniejsze, odczułam tu ogromną refleksję. Zaraz dzwonię do przyszłej teściowej, powiedzieć jak bardzo ją uwielbiam. Gdybym trafiła na kogoś podobnego do Pammie... Nie, ja bym chyba nie dała rady.

Za książkę bardzo dziękuję Księgarni TaniaKsiążka.pl, gdzie znajduje się również mnóstwo innych bestsellerów! ;)

7.15.2018

"Jak upolować pisarza?" Sally Franson



Autor: Sally Franson 
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 384
Tłumaczenie: Joanna Dziubińska
Rok wydania: 2018

"Dobroć zawsze trzyma się na dystans, czekając aż wydarzy się coś złego, bo każdy z nas na pewnym etapie swojego życia przeżył rozczarowanie".

Gdy tylko ujrzałam zapowiedź książki cechującej się podobieństwem do słynnego: "Diabeł ubiera się u Prady" - nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Gdy na dodatek okazało się, iż fabuła oscyluje wokół kręgu pisarzy i ich branży, jakim jest literacki świat... Czego mogłabym chcieć więcej? Wydawać by się mogło, iż trafiłam na lekturę idealną! Zachęcała również okładka i pozytywne recenzje, oraz zapowiedź samej autorki, gdzie opisywała główną bohaterkę jako taką, której nie polubię od razu. Jednak miało się to zmienić. 

Niestety.

Casey Pendergast ma dwadzieścia osiem lat, pracuje w agencji reklamowej. Jest niepoprawną optymistką, ma milion pomysłów na minutę (które skrzętnie realizuje), jej nogi porównywane są do gazeli i na dodatek uwielbia swoje życie. Lubi swoją pracę, swoją najlepszą przyjaciółkę Susan (z którą czasem nie potrafi się dogadać), swój team z agencji, pomimo iż czasem "obrabiają sobie tyłki". Najbardziej Casey chyba jednak lubi swoją szefową Celeste, dzięki której, jak twierdzi, zawdzięcza to, kim jest. A jest gwiazdą. I nic nie jest w stanie zmienić jej tak wysokiego mniemania o sobie. Gdy pewnego razu Celeste wyznacza Casey do tajnego projektu, jakim jest pozyskanie pisarzy do głośnych kampanii reklamowych - dziewczyna nie posiada się z radości. Zrobi wszystko, by pokazać się od jak najlepszej strony. Jej głównym zadaniem jest przekonanie dziesięciu autorów powieści i poetów do akcji. Na pierwszy rzut idzie Ben Dickinson - z którym Casey od razu łapie nić porozumienia...

Nie wiem jak ocenić tę książkę; z jednej strony nie porwała mnie w żaden sposób, nie otworzyła mi oczu na nic nowego, główna bohaterka zamiast wzbudzić moją sympatię, to wręcz przeciwnie - nie uzyskała jej do samego końca. Z innego punktu widzenia nie mogę jednak powiedzieć, iż ta książka to kompletna strata czasu, gdyż umiliła mi kilkugodzinną podróż pociągiem, skłoniła do kilku refleksji, oraz dała powód, by nigdy nie ufać już szumnym zapowiedziom. Zatem pozwolę ją sobie ocenić dwojako. 

PLUSY
Główna bohaterka to typowa młoda dziewczyna, która marzy o tysiącu rzeczy naraz; angażuje się w każde swoje działanie na sto procent, oddaje się pracy, gdzie największą nagrodą jest spora wypłata oraz błysk zadowolenia w oczach wymagającej szefowej. Casey bezwiednie poddaje się wpływowi Celeste; nie widzi tego, jak ona i jej współpracownicy są wykorzystywani, nie przyjmuje do wiadomości, iż brak życia towarzyskiego to jednak jest problem, twierdzi, że skoro ma przyjaciółkę Susan, to nie potrzebuje już nikogo innego do zapełniania swojego czasu. Dziewczyna jest profesjonalna w tym co robi, robi to dobrze, jest jej wygodnie z wysokim standardem życia (zresztą komu by nie było), gdy dostaje ogromne zadanie do wykonania - jest zaszczycona i od razu rusza do działania. Popełnia po drodze kilka potyczek, jednak nikt nie jest idealny, prawda? Niekwestionowanym plusem powieści jest fakt, iż przez przysłowiową dziurkę od klucza możemy zobaczyć, jak naprawdę wygląda życie w agencji reklamowej; na jakiej zasadzie celebryci są nakłaniani do udziału w akcjach i kampaniach, co za to dostają, jak wygląda praca ludzi, którzy muszą za to odpowiadać, kto tak naprawdę jest na szczycie, a kto tylko "cieniem" powodzenia reklamy. Ile można zyskać, a jak szybko można to stracić. Czym tak naprawdę są social media?Autorka ukazała dobitnie, jak fałszywe są to sfery, ile kosztuje "bycie na szczycie", jaką cenę trzeba zapłacić, by osiągnąć sukces w tej branży; niejednokrotnie na szali stawia się rodzinę, przyjaciół, bliskich, w myśl zasady "po trupach do celu". Ale czy o to chodzi? By na samym końcu zostać samemu, ze świadomością, że nie można na nikogo liczyć? Sally Franson zmusza do refleksji nad tym, ile można poświęcić dla kariery i czy na pewno warto? Zamiast Casey polubiłam Susan - jej opanowanie, poczucie swojej wartości, szacunek do siebie i otaczającego ją świata oraz przyjaźń, jaką mogła zaoferować. O takiej przyjaciółce marzy każdy. Naprawdę.

MINUSY
Miałam polubić Casey w trakcie lektury, jednak tak się nie stało. Główna bohaterka wzbudzała we mnie szereg różnych emocji, ale na pewno nie była to sympatia. Czułam irytację, złość, politowanie, a nawet żal. Wydawać by się mogło, że dziewczyna zbliżająca się do trzydziestych urodzin nie jest już naiwną trzpiotką, usilnie wierzącą, w "jesteś gwiazdą", tylko kobietą, która zna swoją wartość i wie, do czego dąży. Przynajmniej częściowo. Casey denerwowała mnie swoją dziecinnością, lekceważącym stosunkiem do pewnych kwestii (próba gwałtu zbyta machnięciem ręki? No błagam), zapatrzeniem w szefową, która nie do końca miała szczere zamiary. I mimo, iż starała się być dobrą przyjaciółką dla Susan, dobrą dziewczyną... Na staraniach się zakończyło, do pewnego momentu. Bo później pojawiają się już nauczki i płynące z nich refleksje.

Autorkę cechuje bardzo lekki styl, dlatego książkę chłonie się w mgnieniu oka, jednak nie jest to zbyt poważna lektura, która zostanie w pamięci na dłużej. Na wakacje - w sam raz, by oderwać się od codzienności, na plażę, do pociągu czy autobusu. W innym przypadku... Zdecydujcie sami.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak

7.12.2018

"Na gwiaździstych morzach" Sara Sheridan



Autor: Sara Sheridan
W oryginale: On starlit seas
Wydawnictwo: Kobiece
Ilość stron: 492
Tłumaczenie: Maria Białek
Rok wydania: 2018

"Dokonując życiowych wyborów, nie zapomnij żyć".

Jednym z moich czytelniczych upodobań; a właściwie uzależnień i ulubionych kwestii jest zatapianie się w lekturach, których akcja osadzona jest w XIX czy XX wieku. Dlatego tak bardzo cenię sobie klasyki takie jak te spod ręki Jane Austen czy sióstr Brontë. Uwielbiam klimat tamtych czasów, zwłaszcza angielskich, gdzie maniery, dobre wychowanie, poprawna etykieta zachowania, pozory, gra słów i gestów - odgrywały największą rolę. Nigdy nie mogę się oderwać od czytania o tym, jak mężczyzna zdobywał kobietę; jak walczył zaciekle o jej względy, jak posiadał swój honor, gdzie kodeks postępowania był jeden i nikt nigdy go nie kwestionował. Lubię wczuwać się w sytuacje postaci; patrzeć zza wachlarza na mojego adoratora, debatować nad doborem codziennej garderoby, używać wysublimowanego słownictwa i dawać się zdobywać. Coś pięknego. Dlatego tak bardzo się ucieszyłam, gdy w moje ręce wpadło "Na gwiaździstych morzach" autorstwa Sary Sheridan. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z powyższą autorką, jednak opis fabuły, jak i cu-do-wna (chyba jedna z najpiękniejszych, jakie dane mi było widzieć!) okładka sprawiły, iż nie wahałam się ani chwili przed lekturą.

Maria Graham to słynna pisarka (postać autentyczna!), podróżniczka, sawantka, wdowa po oficerze marynarki; kobieta inteligentna i idąca pod prąd. Dużo podróżuje, zwiedza, ale i odkrywa, porównuje - co zamieszcza w swoich książkach. Jej opowieści o krajach i zwyczajach w nich panujących podbijają angielski rynek wydawniczy, co nieszczególnie podoba się rodzinie kobiety. W wyniku zbiegu okoliczności i doświadczeń życiowych Maria ląduje w Brazylii, na dworze cesarzowej, gdzie ma być guwernantką jej córki. Zanim to jednak nastąpi, musi udać się do Londynu, by zakupić materiały dla swojej podopiecznej, ale również po to, by oddać swoje najnowsze rękopisy na temat Brazylii i Chile - swojemu wydawcy Johnowi Murray'owi. Brazylia jest ogarnięta wojną domową, zatem Maria musi dokładnie przemyśleć swoją długą podróż - jej rodzaj i charakter. W tamtych czasach wykształcona kobieta, wdowa - musiała się bardzo pilnować, gdyż każdy, nawet najmniejszy błąd, mógł kosztować ją reputację i wsparcie otoczenia. Wybór kobiety pada na statek "Bittersweet", należący do kapitana Jamesa Hendersona. Podróż ta nie będzie zwyczajna...

James Henderson to prawdziwy mężczyzna, z krwi i kości, przemytnik, który do Brazylii trafia po śmierci swojej mamy. Do końca wierzyła, iż jej mąż, a ojciec Jamesa - jest w Ameryce Południowej znanym plantatorem. Niestety, gdy James dołączył do taty, okazało się, iż trudni się on szmuglowaniem artykułów do Europy. Chłopiec więc stał się taki jak on. Gdy jednak James spotyka Marię, zaczyna rozumieć, iż dzięki tej damie może się zmienić; stać się na powrót dżentelmenem godnym jej ręki, odzyskać dobre imię i znaleźć uznanie w oczach Londynu. Wspólna podróż wiele mu uświadamia...

Sara Sheridan pisze bardzo plastycznie i obrazowo. Z wręcz fotograficzną dokładnością. Oprócz wątku Marii i Jamesa, który jest powiedziałabym motywem pobocznym, pojawia się... Czekolada. Upał i skwar brazylijskiego lądu, charakterystyczna kultura i narodowość, ziarna kakaowca, wytwarzana z nich płynna czekolada, która w tamtym okresie jest rarytasem dla bogaczy, pomysły i sposoby na pozyskanie jej w innych częściach globu, szeroko rozwinięty przemyt... To tylko niektóre tematy, które pojawiają się w tej powieści. Przewracając kolejne strony, wręcz czułam namacalnie słony smak oceanu, rozpuszczające się na języku kakao, promienie słońca; słyszałam rozmowy marynarzy na "Bittersweet", nieśmiałe próby zbliżenia się Jamesa do Marii - jakby stali tuż obok mnie. Autorka wykreowała bardzo wyraźny obraz swojej powieści; po prostu się przez nią płynie. Styl jej jest lekki, przemyślany, skonstruowany tak, by Czytelnik łatwo się w nim mógł odnaleźć, pomimo tego, iż akcja dzieje się w XIX wieku. Pojawia się cudowny Londyn, jego dzielnice, charakterystyczne miejsca; na uwagę zasługuje fakt, iż tłumaczka dodała od siebie sporo przypisów, które są niezwykle pomocne przy lekturze. Jeszcze bardziej unaoczniają swoją wiarygodność. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Dodaję tę powieść do ulubionych.

Klimat XIX wieku, rozległy opis poprawnego zachowania się dam i dżentelmenów w tym okresie, normy i zasady obowiązujące w wyższych sferach, reputacja jako dobro najwyższe kobiety, pochwała i krytyka wyzwolenia oraz feminizmu kobiet, zapach i urok Brazylii, klimat eleganckiej Anglii, smak czekolady, upór, pasja, MIŁOŚĆ, przekonania... To i o wiele więcej znajduje się w "Na gwiaździstych morzach". Polecam bardzo serdecznie i na pewno jeszcze kiedyś wrócę do tej wspaniałej książki, którą pochłania się wręcz jednym tchem!

Za egzemplarz dziękuję Księgarni TaniaKsiążka.pl, gdzie można znaleźć również mnóstwo innych bestsellerów! ;)

7.11.2018

"Niebo na własność" Luke Allnutt [Recenzja przedpremierowa]



Autor: Luke Allnutt
W oryginale: We own te sky
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 400
Tłumaczenie: Grażyna Woźniak
Rok wydania: 2018

"Jeśli o czymś śnisz, to musi być prawda".

Gdybym miała podsumować, ocenić tę książkę w jednym zdaniu, brzmiałoby ono następująco: "Niebo na własność" pogruchotało mi serce w każdy możliwy sposób. 

Anna i Rob to szczęśliwe, bardzo kochające się małżeństwo. Do pełni radości brakuje im tylko dwóch małych stópek, biegających po ich domu. Niestety, para musi zmierzyć się z dramatem, jakim jest poronienie. Dwukrotne. Dlatego, gdy Anna zachodzi w ciążę po raz trzeci, małżeństwo nie może uwierzyć w swoje szczęście. Gdy na świat przychodzi Jack, wydaje się, że to właśnie teraz zacznie się prawdziwa sielanka, pełnia rodzinnego ciepła. Nic bardziej mylnego. Los bywa okrutny; wie z której strony uderzyć najmocniej, by bolało najbardziej.

Jack ma trzy lata, gdy zaczyna mieć problemy z równowagą i zawrotami głowy. Przestraszeni rodzice natychmiast zabierają go do lekarza; diagnoza jest porażająca. Guz. Na szczęście wyleczalny. Operacyjny. Mający się nie nawracać. Anna i Rob oddają dziecko w ręce najlepszych fachowców z dziedziny neurochirurgii; Jack z powodzeniem przechodzi operację, wraca do zdrowia, rodzice zrzucają z piersi niewyobrażalny ciężar, który przygniatał ich od momentu postawienia diagnozy. Jednak szczęście ma to do siebie, iż nie trwa zbyt długo, a zły omen lubi zataczać krąg. Gdy podczas przedszkolnego przedstawienia Jack słabnie - Anna i Rob już wiedzą. Wiedzą, że ich jedyne, wyczekane dziecko znalazło się w grupie wyjątków, gdzie nowotwór lubi się odnowić. Wiedzą, że tym razem nie skończy się na jednym zabiegu. Wiedzą, że nie zostało im dużo czasu. Postanawiają zatracić siebie i walczyć. Walczyć bez względu na wszystko.

Do ostatniej chwili mają nadzieję. Niestety. Diagnoza ponownie rzuca im na pierś tonowy kamień - Jack ma glejaka; złośliwy nowotwór, którego nie da się usunąć z powodu jego przesiąknięcia w mózgowe tkanki. Pojawiają się tysiące pytań; dlaczego on?, dlaczego w tak młodym wieku?, co można zrobić?, jak można było temu zapobiec?, ile czasu pozostało?, itp. Rozpoczyna się walka o każdy dzień. Zdesperowani rodzice nie cofną się przed niczym, by ulżyć swojemu dziecku. "Niebo na własność" to opowieść o tym, jak wiele ludzie są w stanie zrobić dla najbliższej osoby; jak dużo są gotowi poświęcić, by ratować to, na czym najbardziej im zależy. Autor ukazał od środka to, o czym wielu boi się mówić; jak choroba dziecka zmienia małżonków, jak pojawiają się spory i kłótnie o metody i sposoby leczenia, jak jedynym tematem rozmów staje się lista lekarzy mogących pomóc, jak zanika bliskość, zarówno fizyczna jak i psychiczna. Milczenie staje się nieodłącznym towarzyszem samotnie spędzanych dni na poszukiwaniu możliwych rozwiązań; bezradność i desperacja przejmują kontrolę nad organizmem, nie dając szansy pogodzenia się z sytuacją. Nadzieja stanowi motor działań, jest jedyną mocą trzymającą parę na powierzchni życia. I tak jak w słynnym powiedzeniu, to ona umiera ostatnia...

Anna i Rob rezygnują ze swoich zawodowych obowiązków, by całkowicie zająć się synem i spełniać jego wszelkie marzenia. Śledzą blogi, fora internetowe, konsultują się z lekarzami, cały czas szukają rozwiązań. Rob w akcie desperacji zawozi nawet dziecko do kliniki w Pradze, która ma zarówno swoich zwolenników, jak i przeciwników. Nie patrząc na koszty, nie mając już nic do stracenia - pragnie ratować istotę, za którą oddałby życie, gdyby tylko mógł. Choroba Jacka oddala od siebie małżonków; jest przeszkodą, z którą nie są sobie w stanie poradzić. Pojawia się ogromny ból, cierpienie, wzajemne obwinianie się o powody choroby, jak i jej efekty, pretensje do losu i życia o tak raniące doświadczenia. Anna i Rob nie mogą pojąć, dlaczego to spotkało właśnie ich, czym sobie zasłużyli na taki cios? Pojawia się druzgoczące poczucie winy. Jednak oboje wiedzą, że nie mogą się poddać złym emocjom, przecież muszą zapewnić dziecku swoje zaangażowanie. Do pewnego momentu. 

Ta książka wydarła moje serce z piersi, podeptała je, po czym tak pomięte odłożyła z powrotem na miejsce. Powinnam napisać, że nikt nigdy nie powinien czytać takich lektur, zwłaszcza ktoś, kto ma dzieci. Coś okropnego. Większą część mojego czytania spędziłam na ronieniu łez - temat choroby nigdy nie jest prosty, a gdy w grę wchodzi śmiertelna choroba dziecka... Podziwiam autora, iż zmierzył się z tak ciężkim przypadkiem jak nowotwór złośliwy. Napisał historię, która może dotknąć każdego, bo los nie patrzy na kolor skóry, majątek czy przekonania religijne. Doświadcza bardzo mocno, bardzo boleśnie i w najmniej oczekiwanym momencie. Luke Allnutt przedstawia "Niebo na własność" z perspektywy Roba, dając pełny obraz odczuć pogrążonego w rozpaczy i desperacji ojca. Nie tak powinna wyglądać szczęśliwa rodzina, życie nie powinno tak uderzać, obezwładniając bez tchu. Los nie powinien mieć wpływu na ludzkie decyzje. Powinnam napisać, że nie polecam książki ze względu na jej bolesną tematykę. Ze względu na jej obrazowość. Ze względu na ból, który odczujecie po lekturze. Ale nie napiszę tak, wręcz przeciwnie. Napiszę, że polecam "Niebo na własność" z całego (zniszczonego) serca. Bo ta książka, pomimo ogromu cierpienia, niesie też mnóstwo nadziei. Nadziei na lepsze jutro. Nadziei na odnalezienie sensu w niezbadanych wyrokach losu. Nadziei na... MIŁOŚĆ.

"Niebo na własność" to WYJĄTKOWA historia zmuszająca do refleksji. Skłaniająca do rozmyślań i wyciągania wniosków z każdego przeżytego dnia. Pamiętaj, że jutra może już nie być.

16 lipca zapraszam do sklepów - ta książka powinna się znaleźć w Waszych biblioteczkach.

Za egzemplarz do recenzji bardzo dziękuję Wydawnictwu Otwartemu ;)

7.06.2018

"Chłopak taki jak ty" Ginger Scott



Autor: Ginger Scott
Seria/cykl: Young
Wydawnictwo: Kobiece
Ilość stron: 352
Tłumaczenie: Monika Wiśniewska
Rok wydania: 2018

"Rankiem wracam do tego pudełka, w którym mnie trzyma - tego, na którym widnieje kartka: NIE DOTYKAĆ. A raczej: NIE KOCHAĆ".

Gust czytelniczy jest czymś niezmiernie fascynującym; kiedyś nie wyobrażałam sobie chwili bez powieści młodzieżowej pod ręką, dziś sięgam po takowe coraz rzadziej. Choć w sercu nadal mam miejsce dla ukochanych XIX-wiecznych klasyków czy Harry'ego Pottera, to teraz przepadam za kryminałami, wciągającymi thrillerami psychologicznymi czy interesującymi powieściami obyczajowymi. Częściej też okazuję większą dozę zaufania naszym rodzimym autorom, przez co odkrywam totalne literackie perły. Nie byłabym jednak sobą, gdybym choć raz w miesiącu nie przeczytała choć jednej lektury dla młodzieży, z czystej ciekawości, by wiedzieć "co w trawie piszczy", by zobaczyć, jak wysoko jest postawiona poprzeczka young adult. I tak oto w moje ręce wpadł "Chłopak taki jak ty"; gdzie... Niby nie powinno się oceniać książki po okładce, aczkolwiek... Nie sposób odmówić publikacji tego, iż to właśnie okładka gra tu kompletnie pierwsze skrzypce. Nie można przejść obojętnie obok takiego spojrzenia młodego mężczyzny!

Podobnie jest z treścią. Zwyczajnie nie da się przeczytać tej książki i o niej zapomnieć. Jest to WYJĄTKOWA powieść dla młodzieży; mam nadzieję, że w przyszłości będę już trafiać tylko na takie.

Josselyn Winters to nastoletnia dziewczyna, niestety bardzo boleśnie już doświadczona przez życie. W wieku dziewięciu lat została opuszczona przez mamę, która odeszła do kochanka. Joss cudem przeżyła wypadek, spowodowany przez swojego tatę. Uratował ją... Kolega - Christopher. Od tamtej pory mija kilka ładnych lat, a ślad po Christopherze ginie. Do czasu. Pewnego dnia bowiem Joss spotyka trójkę braci, nowych uczniów w szkole. Jeden z nich, Wes - ma oczy Christophera. I właśnie w tym momencie rozpoczyna się historia znajomości tej dwójki, gdzie teraźniejszość przeplata się z przeszłością, głęboko zakorzenione rany na sercu i duszy ponownie się zaogniają, w głowie kłębi się tysiąc pytań bez odpowiedzi, a emocje i ogrom uczuć też muszą znaleźć gdzieś swoje ujście. Joss nieprzerwanie poszukuje znaków, które łączą Christophera z Wesem, próbuje naprawić swoje fatalne stosunki z ojcem, który nie radzi sobie z jej wychowaniem, oraz wraca do treningów baseballa, by udowodnić sobie i światu kilka spraw. "Chłopak taki jak ty" to piękna opowieść o bólu, cierpieniu, doświadczeniu życia, przewrotności losu i... Przeznaczeniu.

Autorka stworzyła cudowną postać głównej bohaterki. Joss jest całkowicie ludzka; ukształtowana przez przeżycia z dzieciństwa, które odcisnęły piętno na jej psychice. Mieszka tylko z tatą, gdzie to ona przejęła rolę rodzica (gdy musi co tydzień przywlekać pijanego ojca do domu i zajmować się nim), nie wie, jak nawiązać z nim nić porozumienia od momentu odejścia mamy i rozegrania się fatalnych wydarzeń, które zaważyły na jej przyszłości. Joss ma jedną przyjaciółkę, której zwierza się ze swoich problemów; jak to jest uparta, silna, ale i słaba, pokiereszowana w środku od mnogości bolesnych chwil. Gdy w jej życiu pojawia się Wes, wiele się zmienia. Chłopak jest motorem wielu działań podjętych przez Joss; pomaga jej, niejednokrotnie ratuje z opresji, pokazuje jej jaśniejsze strony życia, udowadnia, że nie warto się poddawać, że zawsze należy podnosić się z upadków i podejmować kolejne wyzwania. Tylko dlaczego jego oczy to oczy Chrisa, chłopaka z dzieciństwa? Chłopaka, któremu zawdzięcza życie? Joss musi znaleźć odpowiedzi na pytania, przede wszystkim na te dotyczące jej obecnego życia i przyszłości, która zbliża się zbyt szybko. Joss oczywiście popełnia błędy, przez co jej postać jest tak niemożliwie wiarygodna. Wierzyłam każdemu jej słowu, przeżywałam z nią każdy moment, wspierając i kibicując jej z całego serca. 

Historia Joss i Wesa to opowieść o tym, jak ogromny wpływ na życie mają bolesne wydarzenia z przeszłości; jak oddziałują na psychikę, jak ją kształtują i jak dalej są powodem różnie podejmowanych decyzji. To historia o tym, jak ważny jest odpowiedni kontakt rodzica z dzieckiem; by role rodzic-dziecko były jasno czytelne od samego początku, z wyznaczeniem odpowiednich granic. To powieść o tym, jak wiele emocji głęboko skrywanych może znaleźć ujście w najmniej oczekiwanym momencie; o tym, jak wiele zależy od nas samych, od naszych działań i myśli, od podążenia wybraną przez nas drogą. Ginger Scott unaoczniła wiele rzeczy, skłaniając do refleksji. Autorkę cechuje lekki, ale bardzo przemyślany styl, piękne psychologiczne wykreowanie bohaterów, i... Niebanalne zakończenie. Wprost nie mogłam uwierzyć, jak to się skończyło... I teraz nie mogę się doczekać drugiej części "Dziewczyna taka jak ja"! 

Bardzo polecam tę książkę, nie tylko Czytelnikom w wieku młodzieżowym. Zaręczam, że każdy, bez względu na wiek znajdzie tu coś dla siebie. 

Za książkę dziękuję Księgarni TaniaKsiążka.pl, gdzie znajdziecie również mnóstwo innych bestsellerów ;)

7.01.2018

"I że cię nie opuszczę" Michelle Richmond



Autor: Michelle Richmond
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 488
Tłumaczenie: Maria Smulewska-Dziadosz
Rok wydania: 2018

"Śmiej się, kiedy jest dobrze, i śmiej się, kiedy jest źle.
Kochaj bez umiaru, kochaj bezinteresownie.
Życie jest proste, życie jest złożone, życie jest krótkie.
Jedyna waluta, jaką tak naprawdę masz,
to czas - mądrze nim gospodaruj..."



Uwielbiam sięgać po książki, wokół których trwa nieprzerwany medialny (ale i nie tylko) szum. Reklamy, zapowiedzi, nuta ekscytacji i fascynującego oczekiwania zawsze wywołują we mnie emocje. Czy książka okaże się takim bestsellerem, na jaki się zapowiada? Czy te wszelkie pochlebne recenzje mają sens i naprawdę warto sięgnąć po ową lekturę? Czy głosy krytyki to jednocześnie głosy zazdrości? Czy może faktycznie pojawi się znaczny przerost formy  nad treścią i szumnie zapowiadany hit okaże się gniotem, którym nie warto zawracać sobie głowy? Bywa różnie. Już niejeden raz boleśnie przekonałam się, że "numery jeden" nie mieszczą się w mojej prywatnej setce, a czasem publikacje oceniane niby jako "takie sobie" - totalnie kradną moje serce, zapadając w pamięć na długo. Ale dlaczego w ogóle poruszam ten temat? Bo "I że cię nie opuszczę" było dla mnie taką książką. Wyczekiwaną, reklamowaną, wokół której wyrosło mnóstwo opinii; i tych pozytywnych, ale i mniej pochlebnych, pożądaną ze względu... Tematyki. Bo ta jest czymś nowym i rzadko spotykanym. Ale o czym dokładnie mowa? Zapraszam.

Alice i Jake są szczęśliwą parą, właśnie wzięli ślub. Pomimo tego, jak bardzo się różnią, znaleźli złoty środek, by wieść razem cudowne życie do końca swoich dni. Alice, teraz wzięta pani prawnik (choć kiedyś grała w zespole rockowym i nie myślała o przyszłości), jest zapracowana, roztrzepana, pełna chaosu i nieprzewidywalna. Jake to psycholog-terapeuta, którego charakteryzują ład i opanowanie. Oboje się wzajemnie siebie uczą, i pewnie tak byłoby już zawsze, gdyby nie... Prezent ślubny od klienta kancelarii Alice. Dziwna skrzynka, w której zawarte są zaskakujące i jeszcze bardziej dziwne rzeczy trafia do młodej pary. Początkowo Alice i Jake podchodzą sceptycznie do owego podarunku, jednak z biegiem czasu poddają się jego zasięgowi. Owym prezentem jest Pakt - umowa małżeńska, z której należy się skrupulatnie wywiązywać. W przeciwnym wypadku... Ponosi się spore konsekwencje. Pakt ma zadanie wzmacniać związek; chronić go za wszelką cenę, pomagać pokonywać przeciwności losu, dbać o wzajemne wspieranie się. Według założycielki Paktu - pozornie niedoceniane czynności, takie jak podarowanie ukochanej osobie raz w miesiącu prezentu, czy zorganizowanie wspólnego wyjazdu raz na kwartał - tworzą solidne podstawy związku, które nie pozwolą mu się rozpaść podczas większego sztormu. Ale Pakt to nie tylko pozytywny aspekt udanego małżeństwa. Alice i Jake wkrótce bowiem się przekonają, czym tak naprawdę jest organizacja, do której przystąpili, i jak bolesne są konsekwencje przeciwstawienia się jej. Nie jest to bowiem klub dla szczęśliwych małżeństw, gdzie podobne sobie pary wymieniają się doświadczeniami. To zasady, którym trzeba się podporządkować, a z Paktu nie można się ot tak wypisać. Bo... "Z Paktu nikt nie wychodzi żywy", rozumiesz?

Nie spodziewałam się, że tak absurdalna historia AŻ tak mnie pochłonie. Nie mieści się mi bowiem w głowie, że kobieta-prawnik i rozważny mężczyzna tak lekkomyślnie podpisują umowę, nie czytając wcześniej wszystkich jej punktów. A tak się dzieje. Składają na umowie swój podpis, pieczętując tym samym swój los. Muszą zacząć się pilnować, gdyż każde złamanie punktu z Paktu niesie za sobą dramatyczne skutki. Pochłonęłam tę książkę w dwa dni, nie mogąc się od niej oderwać. Oryginalny i momentami niewiarygodny pomysł na fabułę totalnie mnie porwał. Krótkie rozdziały odkrywające kolejne elementy układanki ciągną Czytelnika za sobą, nie dając mu chwili na oddech. To thriller psychologiczny; nie ma tu kałuży krwi i morderczej jatki, jednak jest coś innego. Świadomość, iż Pakt mógł/może istnieć naprawdę. Przecież inne sekty istnieją i mają się całkiem dobrze, prawda? Przerażające jest to, jak wyglądają pozornie niewinne sposoby werbowania nowych członków, jak fanatyczni ludzie kierują takimi organizacjami, jak bardzo mają spaczone podejście do rzeczywistości, jak wytrwale w swoim myśleniu dążą do założonych wcześniej celów. Autorka zagłębiła się w temat, dając ujście właśnie taką lekturą. Jest ona specyficzna, na pewno inna niż podobne w gatunku, wyzwalająca różne dziwne emocje. Cała fabuła i jej dopracowanie naprawdę zasługują na uznanie. Lista zasług i przewinień w Pakcie jest naprawdę długa; z każdego zadania należy systematycznie się wywiązywać, inaczej stosowane są kary... Od których aż włos na głowie się jeży. Nie mogłam przejść obojętnie obok takiej książki. I choć wiem, że niektórym się bardzo nie spodoba, to ja ją przeczytałam z zapałem. Bardzo spodobał mi się styl pani Michelle Richmond, narracja poprowadzona z punktu widzenia Jake'a. I choć momentami chciałam poznać również stanowisko Alice, może to i dobrze, że tak się jednak nie stało. "I że cię nie opuszczę" zapada w pamięć na długo. 

Na pewno sięgnę po inne książki autorki. Polecam!

Za książkę dziękuję Księgarni TaniaKsiążka.pl, gdzie znajdziecie również mnóstwo innych bestsellerów ;)