7.11.2018

"Niebo na własność" Luke Allnutt [Recenzja przedpremierowa]



Autor: Luke Allnutt
W oryginale: We own te sky
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 400
Tłumaczenie: Grażyna Woźniak
Rok wydania: 2018

"Jeśli o czymś śnisz, to musi być prawda".

Gdybym miała podsumować, ocenić tę książkę w jednym zdaniu, brzmiałoby ono następująco: "Niebo na własność" pogruchotało mi serce w każdy możliwy sposób. 

Anna i Rob to szczęśliwe, bardzo kochające się małżeństwo. Do pełni radości brakuje im tylko dwóch małych stópek, biegających po ich domu. Niestety, para musi zmierzyć się z dramatem, jakim jest poronienie. Dwukrotne. Dlatego, gdy Anna zachodzi w ciążę po raz trzeci, małżeństwo nie może uwierzyć w swoje szczęście. Gdy na świat przychodzi Jack, wydaje się, że to właśnie teraz zacznie się prawdziwa sielanka, pełnia rodzinnego ciepła. Nic bardziej mylnego. Los bywa okrutny; wie z której strony uderzyć najmocniej, by bolało najbardziej.

Jack ma trzy lata, gdy zaczyna mieć problemy z równowagą i zawrotami głowy. Przestraszeni rodzice natychmiast zabierają go do lekarza; diagnoza jest porażająca. Guz. Na szczęście wyleczalny. Operacyjny. Mający się nie nawracać. Anna i Rob oddają dziecko w ręce najlepszych fachowców z dziedziny neurochirurgii; Jack z powodzeniem przechodzi operację, wraca do zdrowia, rodzice zrzucają z piersi niewyobrażalny ciężar, który przygniatał ich od momentu postawienia diagnozy. Jednak szczęście ma to do siebie, iż nie trwa zbyt długo, a zły omen lubi zataczać krąg. Gdy podczas przedszkolnego przedstawienia Jack słabnie - Anna i Rob już wiedzą. Wiedzą, że ich jedyne, wyczekane dziecko znalazło się w grupie wyjątków, gdzie nowotwór lubi się odnowić. Wiedzą, że tym razem nie skończy się na jednym zabiegu. Wiedzą, że nie zostało im dużo czasu. Postanawiają zatracić siebie i walczyć. Walczyć bez względu na wszystko.

Do ostatniej chwili mają nadzieję. Niestety. Diagnoza ponownie rzuca im na pierś tonowy kamień - Jack ma glejaka; złośliwy nowotwór, którego nie da się usunąć z powodu jego przesiąknięcia w mózgowe tkanki. Pojawiają się tysiące pytań; dlaczego on?, dlaczego w tak młodym wieku?, co można zrobić?, jak można było temu zapobiec?, ile czasu pozostało?, itp. Rozpoczyna się walka o każdy dzień. Zdesperowani rodzice nie cofną się przed niczym, by ulżyć swojemu dziecku. "Niebo na własność" to opowieść o tym, jak wiele ludzie są w stanie zrobić dla najbliższej osoby; jak dużo są gotowi poświęcić, by ratować to, na czym najbardziej im zależy. Autor ukazał od środka to, o czym wielu boi się mówić; jak choroba dziecka zmienia małżonków, jak pojawiają się spory i kłótnie o metody i sposoby leczenia, jak jedynym tematem rozmów staje się lista lekarzy mogących pomóc, jak zanika bliskość, zarówno fizyczna jak i psychiczna. Milczenie staje się nieodłącznym towarzyszem samotnie spędzanych dni na poszukiwaniu możliwych rozwiązań; bezradność i desperacja przejmują kontrolę nad organizmem, nie dając szansy pogodzenia się z sytuacją. Nadzieja stanowi motor działań, jest jedyną mocą trzymającą parę na powierzchni życia. I tak jak w słynnym powiedzeniu, to ona umiera ostatnia...

Anna i Rob rezygnują ze swoich zawodowych obowiązków, by całkowicie zająć się synem i spełniać jego wszelkie marzenia. Śledzą blogi, fora internetowe, konsultują się z lekarzami, cały czas szukają rozwiązań. Rob w akcie desperacji zawozi nawet dziecko do kliniki w Pradze, która ma zarówno swoich zwolenników, jak i przeciwników. Nie patrząc na koszty, nie mając już nic do stracenia - pragnie ratować istotę, za którą oddałby życie, gdyby tylko mógł. Choroba Jacka oddala od siebie małżonków; jest przeszkodą, z którą nie są sobie w stanie poradzić. Pojawia się ogromny ból, cierpienie, wzajemne obwinianie się o powody choroby, jak i jej efekty, pretensje do losu i życia o tak raniące doświadczenia. Anna i Rob nie mogą pojąć, dlaczego to spotkało właśnie ich, czym sobie zasłużyli na taki cios? Pojawia się druzgoczące poczucie winy. Jednak oboje wiedzą, że nie mogą się poddać złym emocjom, przecież muszą zapewnić dziecku swoje zaangażowanie. Do pewnego momentu. 

Ta książka wydarła moje serce z piersi, podeptała je, po czym tak pomięte odłożyła z powrotem na miejsce. Powinnam napisać, że nikt nigdy nie powinien czytać takich lektur, zwłaszcza ktoś, kto ma dzieci. Coś okropnego. Większą część mojego czytania spędziłam na ronieniu łez - temat choroby nigdy nie jest prosty, a gdy w grę wchodzi śmiertelna choroba dziecka... Podziwiam autora, iż zmierzył się z tak ciężkim przypadkiem jak nowotwór złośliwy. Napisał historię, która może dotknąć każdego, bo los nie patrzy na kolor skóry, majątek czy przekonania religijne. Doświadcza bardzo mocno, bardzo boleśnie i w najmniej oczekiwanym momencie. Luke Allnutt przedstawia "Niebo na własność" z perspektywy Roba, dając pełny obraz odczuć pogrążonego w rozpaczy i desperacji ojca. Nie tak powinna wyglądać szczęśliwa rodzina, życie nie powinno tak uderzać, obezwładniając bez tchu. Los nie powinien mieć wpływu na ludzkie decyzje. Powinnam napisać, że nie polecam książki ze względu na jej bolesną tematykę. Ze względu na jej obrazowość. Ze względu na ból, który odczujecie po lekturze. Ale nie napiszę tak, wręcz przeciwnie. Napiszę, że polecam "Niebo na własność" z całego (zniszczonego) serca. Bo ta książka, pomimo ogromu cierpienia, niesie też mnóstwo nadziei. Nadziei na lepsze jutro. Nadziei na odnalezienie sensu w niezbadanych wyrokach losu. Nadziei na... MIŁOŚĆ.

"Niebo na własność" to WYJĄTKOWA historia zmuszająca do refleksji. Skłaniająca do rozmyślań i wyciągania wniosków z każdego przeżytego dnia. Pamiętaj, że jutra może już nie być.

16 lipca zapraszam do sklepów - ta książka powinna się znaleźć w Waszych biblioteczkach.

Za egzemplarz do recenzji bardzo dziękuję Wydawnictwu Otwartemu ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz